Roześmiała się.
– Prędzej ryba przestałaby pływać. Nie, problemy ze skazą skończyły się, ponieważ skazy już nie ma. Al’Thor oczyścił saidina.
– Co takiego? – zdumiał się Mat, raptownie prostując.
Verin upiła kolejny łyk herbaty.
– Mówisz poważnie?
– Jak najbardziej.
Mat znów spojrzał na Thoma. Następnie wygładził poły kaftana i podrapał się po głowie.
– Co ty wyprawiasz? – zapytała Verin z rozbawieniem.
– Sam nie wiem – powiedział Mat, czując się głupio. – Myślę po prostu, że powinienem się poczuć jakoś inaczej. Przecież cały świat się odmienił, żyjemy odtąd w innym świecie, prawda?
– Można tak rzec – zgodziła się Verin – choć moim zdaniem można się spierać, czy usunięcie skazy, jakkolwiek wielkim dokonaniem by się nie wydawało, nie jest tylko kamykiem ciśniętym do stawu. Dotarcie do brzegu zajmie zmarszczkom rozchodzącym się po powierzchni trochę czasu.
– Kamyk? – zdumiał się Mat. – Mówisz: kamyk?
– Cóż, może powinnam powiedzieć: głaz.
– Cholerna góra, jeżeli o mnie chodzi – mruknął Mat. Znów spróbował znaleźć sobie wygodniejsza pozycję na strasznej ławie.
Verin zachichotała. Przeklęte Aes Sedai. Czy zawsze muszą się w ten sposób zachowywać? Najprawdopodobniej składały przysięgę, o której nikomu nic nie mówiły – żeby zachowywać się tak tajemniczo, jak tylko się da. Spojrzał na nią uważnie.
– Co miał znaczyć ten chichot? – zapytał wreszcie.
– Nic – odparła. – Po prostu przyszło mi do głowy, że już wkrótce poczujesz na własnej skórze to, co ja czułam przez ostatnich kilka dni.
– To znaczy?
– Cóż, wydaje mi się, że o tym właśnie mówiłam, nim nasza rozmowa zeszła na manowce.
– Nie na żadne manowce, tylko na kwestię oczyszczenia przeklętego Prawdziwego Źródła – mruknął Mat. – Szczerze mówiąc…
– Byłam ostatnio świadkiem i uczestniczką doprawdy przedziwnych wydarzeń – ciągnęła Verin, całkowicie ignorując słowa Mata. – Być może nie zdajesz sobie z tego sprawy, lecz aby Podróżować z jakiegoś miejsca, musisz najpierw spędzić w nim trochę czasu. Zazwyczaj wystarczy jeden wieczór. Stosując się do tej zasady, po rozstaniu ze Smokiem udałam się do najbliższej wioski, gdzie wynajęłam pokój w gospodzie. Rozlokowałam się w nim i zapoznałam z pomieszczeniem, żeby rankiem móc otworzyć Bramę. Jednak w samym środku nocy zawitał do mnie skonsternowany karczmarz i poprosił mnie, żebym przeniosła się do innego pokoju. Wyjaśnił, że dach nad moim przecieka i wkrótce woda zaleje sufit. Protestowałam, lecz okazał się nieugięty. Takim to sposobem znalazłam się pod drugiej stronie korytarza, gdzie musiałam zapoznać się z nowym pokojem. Kiedy już uznałam, że znam go dostatecznie dobrze, żeby móc otworzyć Bramę, znowu mi przeszkodzono. Tym razem karczmarz… zaambarasowany jeszcze bardziej niż poprzednio… wyjaśnił, że podczas rannego sprzątania jego żona zgubiła w moim nowym pokoju pierścionek. Tak ją to dręczyło, że obudziła się w nocy i kazała mu szukać. Karczmarz, który wyglądał już na bardzo udręczonego swoimi perypetiami, poprosił mnie, abym łaskawie przeniosła się na nowe miejsce.
– I co z tego? – spytał Mat. – To tylko zbieg okoliczności, Verin.
Uniosła brew, spojrzała na niego, a potem uśmiechnęła się, gdy znowu zmienił pozycję na swojej ławie.
Żeby to wszystko sczezło, przecież się nie wiercił!
– Odmówiłam jego prośbie, Matrimie – wyjaśniła. – Powiedziałam mu, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby przeszukał mój pokój po tym, jak go opuszczę, i obiecałam, że nie zabiorę żadnych pierścionków, które ewentualnie w nim znajdę. Potem zamknęłam mu drzwi przed nosem. – Podniosła kubek do ust. – Kilka minut później w gospodzie wybuchł pożar… Jak się okazało, z kominka wysypał się na podłogę żar, czego skutkiem cała gospoda spaliła się do fundamentów. Na szczęście nikomu nic się nie stało, niemniej z gospody została kupa popiołu. Zmęczeni, z przekrwionymi od braku snu oczyma, Tomas i ja musieliśmy udać się do następnej wioski, żeby tam poszukać schronienia.
– Mimo wszystko to dalej mi wygląda na zwykły zbieg okoliczności – upierał się Mat.
– Trwało to w ten sposób przez kolejne trzy dni – ciągnęła Verin. – Przeszkadzano mi nawet wówczas, gdy próbowałam zaznajomić się z miejscem na otwartym powietrzu. Przypadkowi przechodnie proszący o zaproszenie do ogniska, drzewo walące się na nasze obozowisko, wałęsające się w pobliżu stado owiec, raptowna, niczym nie zapowiadana burza. Najrozmaitsze przypadkowe wydarzenia, do których dochodziło zawsze wtedy, gdy chciałam oswoić się z otoczeniem.
Talmanes gwizdnął cicho. Verin pokiwała głową.
– Za każdym razem, gdy już zaczynałam zaznajamiać się z otoczeniem, coś szło nie tak. Następowały wydarzenia, które zmuszały mnie do opuszczenia tego miejsca. Jednak kiedy nie podejmowałam żadnych działań w tę stronę, kiedy świadomie podejmowałam postanowienie, że nie będę rozglądać się wokół i nie stworzę żadnej Bramy, wtedy nic się nie działo. Ktoś inny pewnie zrezygnowałby z Podróżowania na jakiś czas, ale moja natura wzięła nade mną górę i nie mogłam się powstrzymać, żeby dokładnie nie zbadać tego zjawiska. Wkrótce wykryłam w nim regularności, o których ci właśnie opowiadam.
Krwawe popioły. W taki właśnie sposób Rand oddziaływał na otaczających go ludzi. Ale nie Mat.
– Z twojej opowieści można by wnosić, że wciąż powinnaś przebywać we Łzie.
– Tak – zgodziła się – wkrótce jednak poczułam ten zew czy swego rodzaju przyciąganie. Coś mnie ciągnęło, szarpało. Jakby…
Mat znów nerwowo zmienił pozycję.
– Jakbyś miała przeklęty haczyk na ryby wbity we wnętrzności? A ktoś stał daleko i ciągnął delikatnie… lecz konsekwentnie… za linkę?
– Tak – potwierdziła Verin. Uśmiechnęła się. – Nadzwyczaj trafnie to ująłeś.
Mat nie odpowiedział.
– W końcu postanowiłam odbyć swą podróż przy pomocy bardziej prozaicznych środków. Pomyślałam, że być może moja niezdolność do Podróżowania wiąże się w jakiś sposób z obecnością al’Thora w pobliżu albo jest to skutek rozplatania się Wzoru wynikający z wpływu Czarnego na świat. Zdobyłam miejsce w kupieckiej karawanie zdążającej do Cairhien. Dysponowali pustym wozem, który byli skłonni odnająć za przystępną cenę. Byłam już porządnie zmęczona skutkiem tych wszystkich nieprzespanych nocy, kiedy wybuchały pożary, płakały dzieci i coś zmuszało mnie do przenosin na nowe miejsce. W efekcie spałam zdecydowanie zbyt długo. Tomas także się zdrzemnął. Kiedy się obudziliśmy, z zaskoczeniem odkryliśmy, że karawana skręciła na północny zachód, zamiast skierować się prosto ku Cairhien. Rozmówiłam się z mistrzem karawany, on zaś wyjaśnił mi, że w ostatniej chwili otrzymał wiadomość, iż wiezione przezeń towary osiągną znacznie lepszą cenę w Murandy niż w Cairhien. Zastanawiał się przez chwilę, po czym poinformował mnie, że chciał mi powiedzieć o zmianie celu, lecz jakoś mu to umknęło.
Napiła się herbaty.
– Wtedy właśnie zrozumiałam, że coś mną kieruje. Podejrzewam, że większość ludzi pewnie nie zwróciłaby na to uwagi, jednak ja prowadziłam badania nad naturą ta’veren. Karawana zresztą nie ujechała zbyt daleko w kierunku Murandy – ledwie jeden dzień drogi – jednak to poczucie przyciągania mi starczyło. Porozmawiałam z Tomasem i postanowiliśmy unikać podróży w kierunku, w którym nas ciągnęło. Przemykanie to kiepska namiastka Podróżowania, lecz przynajmniej nie jest się ograniczonym koniecznością znajomości obszaru, z którego się wyrusza. Otworzyłam więc Bramę, lecz kiedy dotarliśmy do końca naszej eskapady, okazało się, że wcale nie jesteśmy w Tar Valon, lecz w małej wiosce na północy Murandy! Co powinno być niemożliwe. Kiedy jednak tak na głos rozmyślałam nad niemożliwym, Tomas i ja zdaliśmy sobie sprawę, że w chwili otwierania Bramy wspominał pewną wyprawę myśliwską, na którą wybrał się pewnego razu w okolicach miasteczka Trustair, więc pewnie tym sposobem sama nieświadomie pomyliłam cel podróży.