– I tak oto dotarliśmy tutaj – skonstatował Tomas, który z założonymi na piersi rękami i wyrazem najgłębszego rozczarowania na twarzy stał, dotąd milczący, za krzesłem swojej Aes Sedai.
– Zaiste – potwierdziła Verin. – Ciekawe, nieprawdaż, młody Matrimie? Skutkiem niewyobrażalnego splotu przypadków wylądowałam tutaj, na twojej drodze, dokładnie w chwili, gdy potrzebny był ci ktoś, kto otworzy Bramę dla twojej armii.
– Jak sama mówisz, może to być tylko splot przypadków.
– A uczucie przyciągania?
Nie wiedział, co na to odpowiedzieć.
– Przypadek jest właśnie instrumentem działania ta’veren – tłumaczyła Verin. – Znajdujesz wyrzucony przez kogoś przedmiot, który tobie właśnie jest strasznie potrzebny, albo spotykasz w odpowiedniej chwili właściwą osobę. Przypadkowe wydarzenia całkiem przypadkowo układają się tak, aby było to dla ciebie korzystne. A może tego nie zauważyłeś? – Uśmiechnęła się. – Gotów jesteś postawić o to zakład?
– Nie – odparł Mat z niechęcią.
– Wszelako jedna rzecz nie dawała i nie daje mi spokoju – mówiła dalej Verin. – Dlaczego to ktoś inny nie znalazł się na twojej drodze? Przecież Asha’mani al’Thora nieustannie poszukują mężczyzn potrafiących przenosić, podejrzewam, że wiejskie okolice znajdują się wśród ich priorytetów, ponieważ w takich miejscach łatwiej jest się ukryć ludziom obdarzonym Talentem. Jeden z nich mógł stanąć na twojej drodze i otworzyć ci Bramę.
– Mało prawdopodobne – powiedział Mat i zadrżał. – Nie przyjąłbym nikogo takiego do Legionu.
– Nawet po to, żeby w mgnieniu oka znaleźć się w Andorze? – zapytała Verin.
Mat się zawahał. Cóż, może.
– Musi istnieć jakiś powód, dla którego się tu znalazłam – oznajmiła Aes Sedai.
– Wciąż uważam, że zbyt poważnie traktujesz całą sprawę – powiedział Mat i nie wiadomo który już raz zmienił ułożenie ciała na ławie tortur.
– Może tak. Może nie. W pierwszym rzędzie powinniśmy ustalić cenę za transport twoich wojsk do Andoru. Zakładam, że chcesz się znaleźć w Caemlyn?
– Cenę? – zdziwił się Mat. – Przecież mówiłaś, że Wzór mi cię tu zesłał! Dlaczego domagasz się jeszcze ode mnie opłaty?
– Dlatego – uniosła palec w górę – że kiedy czekałam, aż los mnie do ciebie sprowadzi… szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, czy to będziesz ty, czy młody Perrin… zrozumiałam, że jest kilka takich rzeczy, które mogę ci zapewnić, a których nie mógłby zapewnić ci nikt inny. – Sięgnęła do kieszeni sukni i wydobyła z niej kilka kartek papieru. Na jednej z nich Mat zobaczył swoją podobiznę. – Nie zapytałeś, skąd to mam.
– Jesteś Aes Sedai – zauważył Mat, wzruszając ramionami. – Pomyślałem sobie, że… no, wiesz… stworzyłaś je z użyciem saidara.
– Z użyciem saidara? – zapytała tonem całkowicie bez wyrazu.
Wzruszył ramionami.
– Ten papier, Matrimie, otrzymałam od…
– Mów mi Mat – powiedział.
– Ten papier, Matrimie, otrzymałam od Sprzymierzeńca Ciemności – ciągnęła zupełnie niezrażona – który powiedział mi… myląc mnie ze sługą Cienia… że jedno z Przeklętych rozkazało zabić ludzi przedstawionych na tych podobiznach. Ty i Perrin jesteście w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
– Żadna to dla mnie nowina – stwierdził niefrasobliwie, równocześnie z całych sił skrywając dreszcz, jaki przeszył go po jej słowach. – Verin, Sprzymierzeńcy Ciemności polują na mnie od dnia, w którym opuściłem Dwie Rzeki. – Na moment zawiesił głos. – Żebym sczezł. To się zaczęło jeszcze wcześniej. Ale co to zmienia?
– Teraz chodzi o coś innego – tłumaczyła Verin, a z każdym słowem jej głos nabierał coraz poważniejszych tonów. – Grożące ci niebezpieczeństwo ma teraz zupełnie inny wymiar… Ja… Cóż, zgódźmy się po prostu, że jesteś w wielkim, ogromnym niebezpieczeństwie. Proszę cię, abyś w ciągu najbliższych kilku dni bardzo na siebie uważał.
– Zawsze na siebie uważam – stwierdził Mat.
– Cóż, wobec tego proszę cię, żebyś uważał jeszcze bardziej – powiedziała Verin. – Ukryj się gdzieś. Nie ryzykuj. Będziesz potrzebny, zanim to wszystko się skończy.
Znowu wzruszył ramionami. Ukryć się? Nie ma sprawy. Z pomocą Thoma mógł zapewne tak się zmienić, że rodzone siostry by go nie poznały.
– Na to mogę się zgodzić – rzekł. – Prosta sprawa. Ile dni zabierze ci odstawienie nas do Caemlyn?
– Kiedy wcześniej mówiłam o cenie, nie to miałam na myśli – rzekła, rozbawiona. – To była tylko prośba. Do której chyba powinieneś odnieść się ze stosowną powagą. – Odwróciła kartkę z jego podobizną i podała mu niewielki rulonik papieru. Zapieczętowany był kroplą krwistoczerwonego wosku.
Mat z wahaniem wziął rulonik do ręki.
– Co to takiego?
– Polecenia – odrzekła Verin. – Zastosujesz się do nich dziesiątego dnia od chwili, gdy znajdziesz się w Caemlyn.
Podrapał się w kark, zmarszczył brwi, a potem spróbował zerwać pieczęć.
– Masz to otworzyć dopiero wtedy – zaprotestowała Verin.
– Jak to? – zdziwił się Mat. – Ale…
– Taka jest moja cena – oznajmiła krótko Verin.
– Przeklęta kobieto – powiedział, zerkając ponownie na zwój. – Niczego ci nie przysięgnę, póki nie będę wiedział, co to jest.
– Wątpię, aby te polecenia były szczególnie trudne do wykonania – rzekła uspokajająco.
Mat przez chwilę patrzył na pieczęć spod zmarszczonych brwi, potem się wyprostował.
– Rezygnuję.
Zacisnęła usta.
– Matrimie, nie…
– Mów mi Mat – powtórzył i wziął do ręki swój kapelusz, spoczywający na stercie poduszek. -Jak powiedziałem, nie ma umowy. Tak czy siak, droga do Caemlyn zajmie mi jakieś dwadzieścia dni marszu. – Odrzucił na bok klapę namiotu, gestem wskazał jej wyjście. – Nie dam się uwiązać na sznurkach jak marionetka, kobieto.
Nawet nie drgnęła, tylko jej czoło zmarszczyło się gniewnie.
– Zapomniałam, jaki potrafisz być niemożliwy.
– Z czego jestem dumny – oznajmił Mat.
– Może zawrzemy jakiś kompromis? – zapytała Verin.
– Powiesz mi, co jest napisane na tym przeklętym papierze?
– Nie – oświadczyła Verin. – Ponieważ niewykluczone, że nie będziesz musiał zapoznawać się z jego treścią. Mam nadzieję, że zdążę wrócić i uwolnię cię od listu, a potem wyślę tam, gdzie będziesz chciał się udać. Jednak nie mogę…
– Jak więc brzmi proponowany przez ciebie kompromis? – zapytał Mat.
– Nie musisz otwierać listu – poinformowała go Verin. – Spal go. Jeżeli jednak tak uczynisz, zaczekasz na mnie w Caemlyn przez dodatkowe pięćdziesiąt dni, na wypadek gdyby powrót zabrał mi więcej czasu, niż się spodziewam.
Musiał się zastanowić. Pięćdziesiąt dni to dużo czasu. Jeżeli jednak mógłby spędzić ten czas w Caemlyn, zamiast podróżować o własnych siłach…
Czy Elayne była w mieście? Od czasu ucieczki z Ebou Dar martwił się o nią. Gdyby jednak znajdowała się w mieście, mógłby przynajmniej od razu przystąpić do produkcji smoków Aludry.
Lecz czekać pięćdziesiąt dni? Albo to, albo otworzyć przeklęty list i zrobić, co w nim napisane? Oba rozwiązania nie przedstawiały mu się szczególnie atrakcyjnie.