– Dwadzieścia dni – powiedział.
– Trzydzieści – odparła kobieta, po czym wstała i uniosła palec, chcąc uciszyć jego ewentualne obiekcje. -To jest kompromis, Mat. Wiesz, jakie są Aes Sedai, przypuszczam więc, że potrafisz docenić moją. ustępliwość. – Wyciągnęła do niego rękę.
Trzydzieści dni. Mógł zaczekać trzydzieści dni. Opuścił wzrok na list trzymany w dłoni. Mógł go nie otwierać, a trzydzieści dni to nie było tak dużo. Prawie tyle samo zabrałby mu powrót do Caemlyn o własnych siłach. Po prawdzie, to umowa była całkiem niezła! Potrzebował kilku tygodni, żeby ruszyć z produkcją smoków, potrzebował też trochę czasu, żeby dowiedzieć się czegoś o Wieży Ghenjei oraz wężach i lisach. Thom nie może się uskarżać – skoro i tak dotarcie do Caemlyn zabrałoby im dwa tygodnie.
Verin przyglądała mu się, po jej twarzy błąkał się odległy cień niepokoju. Nie mógł jej zdradzić, jak bardzo jest zadowolony. Wystarczy, że kobieta się zorientuje, a już znajdzie sposób na ściągnięcie dodatkowej należności.
– Trzydzieści dni – oznajmił niechętnie, ujmując jej rękę – lecz kiedy miną, mogę iść gdzie chcę.
– Możesz też otworzyć list po dziesięciu – przypomniała mu Verin – i zrobił, co w nim napisane. Jedno z dwojga, Matrimie. Dajesz słowo?
– Daję – zgodził się. – Ale nie otworzę tego przeklętego listu. Zaczekam trzydzieści dni, a potem zajmę się swoimi sprawami.
– Zobaczymy – rzekła, uśmiechając się pod nosem i puszczając jego rękę. Zwinęła jego podobiznę i wyciągnęła z kieszeni niewielką skórzaną saszetkę. Otworzyła ją i wsunęła papier do środka, a kiedy to robiła, zauważył, że ma w niej niewielką kolekcję zapieczętowanych zwojów, jak ten, który trzymał w ręku. Po co jej one?
Gdy tylko zbiór papierów znalazł się w jej kieszeni, wyjęła z niej rzeźbiony fragment przejrzystego kamienia – broszkę w kształcie lilii.
– Każ zwijać obóz, Matrimie. Muszę zrobić tę Bramę najszybciej, jak się tylko da. Mnie samą czeka Podróż.
– Świetnie. – Mat jeszcze raz obrzucił wzrokiem zapieczętowany, zwinięty papier w swych dłoniach. Dlaczego Verin była taka tajemnicza?
„Żeby to wszystko sczezło!” – pomyślał. „Nie przeczytam go. Za nic”.
– Mandevwinie – powiedział. – Daj Verin Sedai jakiś namiot, w którym będzie mogła zaczekać, aż nie zwiniemy obozu, i przydziel paru żołnierzy, którzy zadbają o wszystkie jej potrzeby. Poza tym poinformuj pozostałe Aes Sedai, że przebywa w obozie. Zapewne będą zainteresowane przybyciem innej Aes Sedai. Wsunął papier za pas i zebrał się do wyjścia.
– I niech ktoś spali te przeklętą ławę. Nie mogę uwierzyć, że przez cały czas targaliśmy ją ze sobą.
Tuon nie żyła. Odeszła, umarła, została zapomniana. Tuon była niegdyś Córką Dziewięciu Księżyców. Teraz stanowiła tylko wzmiankę w historii.
Imperatorową była Fortuona.
Fortuona Athaem Devi Paendrag pocałowała lekko żołnierza w czoło. Żołnierz klęczał ze schyloną głową wśród niskiej trawy. Spowijający wszystko wilgotny altarański upał sprawiał, że wydawało się, iż lato już nadeszło, lecz trawa – która ledwie kilka tygodni wcześniej zdawała się bujna i soczysta -skarłowaciała i zaczynała już żółknąć. Gdzie się podziały chwasty i osty? W ostatnich dniach nasiona nie wschodziły, jak powinny. Psuły się jak ziarno, umierały, zanim naprawdę ożyły.
Żołnierz klęczący przed Fortuoną był jednym z pięciorga. Za tą piątką stało dwustu członków Niebiańskich Pięści – elity jej sił szturmowych. Ich zbroje składały się z ciemnych skórzanych napierśników oraz hełmów z drewna i skóry, ukształtowanych na podobieństwo owadzich głów. Na hełmach i napierśnikach widniał symbol zaciśniętej pięści. Oprócz nich były tu też sul’dam ze swoimi damane, w liczbie pięćdziesięciu par, wśród nich jej Dali, tym razem nadzorowana przez Malahavanę, którą Fortuona przydzieliła do tego zadania kierowana potrzebą złożenia jakiejś osobistej ofiary na rzecz misji.
Dalej były zagrody, gdzie kłębiły się setki to’rakenów prowadzone przez swoich opiekunów przygotowujących je do zbliżającego się lotu. W górze już krążyła wdzięczna grupa tych, którym pozwolono wzbić się w powietrze.
Fortuona spojrzała na żołnierza przed nią i położyła palce na jego czole w miejscu, gdzie go wcześniej pocałowała.
– Niech twoja śmierć przyniesie nam zwycięstwo – wypowiedziała cicho słowa rytuału. – Niech spod twego noża spłynie krew. Nich twoje dzieci głoszą twą chwałę aż po ostatni świt.
Pochylił się jeszcze niżej. Jak pozostała czwórka w szeregu, miał na sobie czarną skórę. U pasa wisiały trzy noże. Nie miał płaszcza ani hełmu. Był niewysokim mężczyzną – do Niebiańskich Pięści zawsze rekrutowano według kryteriów niskiego wzrostu i atletycznej budowy ciała, przez co połowę formacji stanowiły kobiety. W misjach z udziałem to’rakenów waga zawsze stanowiła problem. A podczas operacji zbrojnych większy pożytek był z dwóch świetnie wyszkolonych drobnych żołnierzy niż z jednego niezgrabnego olbrzyma w ciężkiej zbroi.
Był wczesny wieczór, słońce niedawno zaszło. Generał-porucznik Ulan – który osobiście miał dowodzić siłami uderzeniowymi – uznał, że najlepiej będzie wyruszyć o tej właśnie porze. Oddział odleci pod osłoną ciemności, która skryje początek operacji przed oczyma tych, którzy mogli obserwować niebo nad Ebou Dar. Kiedyś ta ostrożność byłaby uznana za przesadną. Jakie to mogło mieć znaczenie, czy mieszkańcy Ebou Dar zobaczą setkę to’rakenów wznoszących się ku niebu. Wieści nie nadążą za ich skrzydłami.
Lecz teraz wróg odkrył sposób przemieszczania się, który stanowił wyzwanie dla zdrowego rozsądku. Może był to jakiś ter’angreal, może jakiś splot dał im tę potęgę, w każdym razie niebezpieczeństwo było jak najbardziej realne. Lepiej więc zachować w tajemnicy, ile się da. Lot do Tar Valon zajmie kilka dni.
Fortuona podeszła do następnego żołnierza w pięcioosobowym szeregu. Czarne włosy klęczącej przed nią kobiety były zaplecione w cienkie warkoczyki. Pocałowała ją w czoło, wypowiedziała te same słowa rytualnej roty. Cała piątka należała do Krwawych Noży. Każde z nich było wyposażone w pierścień z czystego, czarnego kamienia – wyspecjalizowany ter’angreal, który zapewni im siłę i szybkość, a ponadto uczyni niewidzialnymi w ciemnościach, pozwalając roztopić się w cieniach.
Te niewiarygodne zdolności pociągały jednak za sobą określone koszty, ponieważ pierścienie wysysały życie z tych, którzy się nimi posługiwali, i to w takim tempie, że śmierć przychodziła w ciągu ledwie kilku dni. Zdjęcie pierścienia mogło nieco spowolnić ten proces, jednak raz aktywowany – co następowało przez upuszczenie kropli krwi posiadacza pierścienia na czarny kamień – proces był nieodwracalny.
Ta piątka nie wróci. Niezależnie od tego, jak skończy się rajd, zostaną na placu boju, aby zabić tyle marath’damane, ile zdołają. Straszne marnotrawstwo – te damane można było przecież wziąć na smycz – lecz lepiej je pozabijać, niż zostawić w rękach Smoka Odrodzonego.
Fortuona podeszła do następnego żołnierza w szeregu, ofiarowując mu pocałunek i błogosławieństwo.
Tyle zmieniło się od czasu spotkania ze Smokiem Odrodzonym. Jej nowe imię było tylko jedną z oznak tych zmian. Teraz nawet członkowie Szlachetnej Krwi często korzyli się przed nią. Jej so’jhin -włączywszy w to Selucię – zgolili włosy z głów. Odtąd będą systematycznie golić lewą stronę głowy, podczas gdy na prawej włosy będą rosnąć swobodnie, zaplatane w warkocz. Na razie na lewej skroni nosili czepce.
Gmin zachowywał się z większą pewnością siebie, z większą dumą. Znowu mieli Imperatorową. I choćby wszystko w świecie szło źle, ta jedna rzecz była wreszcie na swoim miejscu.