Выбрать главу

Fortuona pocałowała ostatniego z piątki Krwawych Noży, wymawiając słowa skazujące ich na śmierć, lecz równocześnie zwiastujące chwałę bohaterstwa. Dała kilka kroków do tyłu. Selucia stanęła przy jej boku. Generał Yulan wystąpił przed szereg swoich żołnierzy i pokłonił się nisko.

– Niech Imperatorowej, oby żyła wiecznie, będzie wiadomo, że jej nie zawiedziemy.

– Jest jej to wiadome – powiedziała Selucia. – Niech wam Światłość sprzyja. Wiedzcie, że Jej Wysokość, oby żyła wiecznie, dostrzegła dziś w ogrodzie nową wiosenną różę, zrzucającą trzy płatki. To znak zwiastujący wasze zwycięstwo. Wypełnij tę przepowiednię, generale, a twoja nagroda będzie wielka.

Yulan wstał i zasalutował, przykładając do piersi zaciśniętą pięść, metal zazgrzytał o metal. Potem odmaszerował na czele swych żołnierzy do zagród to’rakenów, a pięcioro Niebiańskich Pięści szło tuż za nim. Już po kilku chwilach pierwsze stwory biegły po długim pastwisku za zagrodami, ogrodzonym masztami i proporcami, a potem kolejno unosiły się w powietrze. Za nimi podążały następne, tworząc flotę powietrzną, jakiej Fortuonie nigdy nie zdarzyło się widzieć. Gdy zgasły ostatnie blaski zachodu, skierowały się na północ.

Rakeny i to’rakeny rzadko wykorzystywano do takich manewrów. Zazwyczaj dostarczały żołnierzy do wyznaczonego miejsca, gdzie to’rakeny czekały na ich powrót z pola bitwy. Jednak ten rajd był niewyobrażalnie istotny. Plan Yulana opierał się na posunięciu nadzwyczaj śmiałym, z rodzaju tych, które rzadko brano pod uwagę, nawet teoretycznie. To’rakeny atakujące z powietrza, z sul’dam i damane na grzbietach. To mógł być początek nowych koncepcji taktyki bojowej. Albo pierwsza odsłona katastrofy.

– Zmieniliśmy wszystko – cicho oznajmiła Fortuona. – Generał Galgan się myli, skutkiem tego ataku Smok Odrodzony nie znajdzie się wobec nas w gorszej pozycji przetargowej. Wystąpi przeciwko nam.

– A dotąd nie występował? – zapytała Selucia.

– Nie – odrzekła Fortuona. – My występowaliśmy przeciwko niemu.

– A jest różnica?

– Tak – stwierdziła Fortuona, obserwując ledwie już widoczną na niebie chmarę to’rakenów. – Jest. Obawiam się, że wkrótce przekonamy się, jak wielka to różnica.

37.

Potęga Światła.

Min siedziała w milczeniu, obserwując jak Rand się ubiera. W jego ruchach znać było napięcie i powodowaną nim przesadną ostrożność – były niczym kroki akrobaty stąpającego po linie rozciągniętej wysoko nad cyrkową areną. Powoli, z rozmysłem zapinał mankiet lewego rękawa swojej nakrochmalonej białej koszuli. Prawy mankiet był już zapięty, zadbali o to służący.

Na dworze powoli zapadał wieczór. Nie było jeszcze całkiem ciemno, choć zamykano okiennice jedna po drugiej, szykując miasto na noc. Rand sięgnął po kaftan w barwach czerni i złota, wsunął dłoń w jeden rękaw, potem jakoś poradził sobie z drugim. Na koniec zapiął guziki, po kolei, jeden po drugim. Ze względu na brak ręki czynność ta początkowo przysparzała mu nieco kłopotów, lecz z czasem nabierał coraz większej wprawy. Guzik za guzikiem. Najpierw jeden, potem drugi, trzeci…

Min miała ochotę krzyczeć.

– Chciałbyś pomówić o tym, co się stało?

Rand nie odrywał wzroku od lustra.

– Czyli o czym?

– O Seanchanach.

– Nie będzie pokoju – stwierdził, prostując kołnierz kaftana. – Zawiodłem. – Mówił głosem pozbawionym wyrazu, w którym jednak dawało się wyczuć napięcie.

– Masz prawo być rozczarowany, Randzie.

– Rozczarowanie jest pozbawione znaczenia – rzekł. – Gniew jest bez sensu. Żadne uczucia nie zmienią faktów, a fakty są takie, że nie mam już czasu na Seanchan. Będziemy musieli wyruszyć na Ostatnią Bitwę, nie mając zabezpieczonych tyłów i stabilnej sytuacji w Arad Doman. Trudno to nazwać sytuacją idealną, lecz tak niestety jest.

Powietrze nad głową Randa zawirowało i pojawiła się w nim góra. Ostatnimi czasy wizje otaczały go właściwie bez przerwy, a Min zazwyczaj zmuszała się, aby je ignorować, chyba że pojawiało się w nich coś nowego – zdarzało się jednak, że część dnia poświęcała na próby skatalogowania ich i wprowadzenia jakiejś systematyzacji. Ta wizja była czymś nowym i dlatego zwróciła jej uwagę. Gigantyczna góra pękła, w jednym ze zboczy ziała poszarpana rozpadlina. Góra Smoka? Masyw spowijały głębokie cienie, jakby rzucane przez pełznące nisko chmury. Dziwne, gdy ta góra pojawiała się w jej wizjach, jej szczyt sięgał zazwyczaj ponad chmury.

Góra Smoka w cieniach… Z pewnością wizja ta mogła przydać się Randowi w przyszłości. Czy to wzrok ją mylił, czy naprawdę widziała maleńką smużkę światła przedzierającego się przez chmury i oświetlającego szczyt?

Wizja zniknęła. I choć zazwyczaj Min rozumiała swoje widzenia, to wywołało u niej konsternację. Westchnęła, rozsiadła się wygodniej w wyściełanym czerwonym pluszem fotelu. Książki leżały na podłodze; badania zabierały jej coraz więcej czasu, po części dlatego, że Rand cały czas ją naglił, a po części dlatego, że nie miała nic innego do roboty. Zawsze widziała w sobie kobietę potrafiącą o siebie zadbać. Przebywając dłużej z Randem, zaczęła postrzegać się jako ostatnią linię jego obrony.

Ostatnio przekonała się, jak skuteczna była w tej roli ostatniej linii obrony. Dziecko poradziłoby sobie lepiej! W rzeczy samej okazała się tylko zawadą, narzędziem, którego Semirhage mogła użyć przeciwko niemu. Obrażała się, kiedy Rand bodaj zasugerował, że ją odeśle i zawsze urządzała mu wtedy potworną awanturę. Odesłać ją w bezpieczne miejsce? Nonsens! Potrafi o siebie zadbać.

Tak myślała. Teraz zrozumiała, że to on przez cały czas miał rację.

Źle się z tym czuła. Szukała więc ucieczki w lekturach i próbowała schodzić mu z drogi. Zresztą od tamtego dnia on też był inny, jakby wszystko, co w nim było jasne, wypaliło się. Oliwa w lampie wyczerpała się, płomień zamigotał i zgasł, została tylko zimna obudowa. I patrzył na nią jakoś inaczej. Czy kiedy przyglądał jej się tym swoim wzrokiem, widział wyłącznie zbędny ciężar?

Zadrżała, próbując przepędzić tę myśl ze swej głowy.

Rand tymczasem wzuł już buty i zabrał się za sprzączki. W końcu wstał i sięgnął po miecz oparty o kufer z ubraniami. Czarna pochwa pokryta zdobieniami w czerwono-złote smoki zamigotała kaskadą iskier. Jaką dziwną broń znaleźli ci uczeni pod zakopanym w ziemi posągiem. Miecz wydawał się taki stary. Czy Rand nosił go w charakterze jakiegoś symbolu? Może traktował go jako znak dla świata, że rusza do boju?

– Zamierzasz ruszyć przeciwko niej, prawda? – Słowa jakby same wyrwały się z jej ust. – Chodzi mi o Graendal.

– Muszę skupić się na rozwiązywaniu tych problemów, które mogę rozwiązać – oświadczył Rand, wyciągając starożytny miecz z pochwy i podnosząc klingę do oczu. Na ostrzu nie było wprawdzie godła czapli, jednak znakomita stal lśniła w świetle lamp, ukazując falujące warstwy skuwanego metalu. Rand twierdził, że broń została wykuta Mocą. Skąd to wiedział, nie miała pojęcia. Wiedział różne rzeczy, którymi się z nią nie dzielił.

Z hałasem wsunął klingę z powrotem do czarnej pochwy. Spojrzał na nią.

– Rozwiązuj problemy, na które możesz coś poradzić, nie gryź się tymi, na które nie możesz. Tam powiedział mi raz coś w tym stylu. Arad Doman będzie samo musiało stawić czoła Seanchanom. Ostatnią rzeczą, którą uczynię dla tego ludu, będzie zdjęcie im z karku jednej z Przeklętych.

– Nie obawiasz się, że ona na ciebie czeka, Randzie? – zapytała Min. – Nie przyszło ci do głowy, że podstawiła nam tego chłopaka, którego znalazła Nynaeve? Że chodziło jej o to, abyśmy się do niego dobrali, a potem jego śladem ruszyli w pułapkę?