Выбрать главу

Zawahał się na chwilę, potem pokręcił głową.

– Powiedział prawdę, Min. Zresztą o ile Moghedien mogłaby wpaść na taki pomysł, Graendal z pewnością nie. Ryzyko, że zostanie wykryta, byłoby dla niej zbyt wielkie. Dlatego musimy wyruszać jak najszybciej, zanim dotrze do niej słowo, że znamy jej kryjówkę. Trzeba uderzyć zaraz.

Min powstała.

– A więc idziesz ze mną? – zapytał Rand, wyglądając na zdziwionego.

Zarumieniła się.

„A jeśli z Graendal wszystko pójdzie równie źle jak z Semirhage? Jeśli znowu stanę się narzędziem, które ktoś wykorzysta przeciwko niemu?”.

– Tak – powiedziała, choćby już tylko po to, żeby samej sobie udowodnić, że się nie poddaje. – Oczywiście, że idę z tobą. Nie myśl sobie, że mnie tu zostawisz!

– Nawet o tym nie śniłem – odparł głosem pozbawionym wyrazu. – Chodź.

Oczekiwała dłuższej dyskusji.

Z nocnego stolika wziął statuetkę mężczyzny trzymającego w uniesionej ręce sferę. Przez chwilę obracał ter’angreal w dłoni, przyglądając mu się z uwagą. Potem spojrzał na Min, w jego oczach zalśniło coś jakby wyzywanie. Milczała.

Wsunął statuetkę do powiększonej kieszeni kaftana i wyszedł z komnaty; starożytny, wykuty Mocą miecz kołysał się u jego boku. Min pospieszyła za nim. Zatrzymał się w przejściu i zwrócił do dwóch stojących tam Panien Włóczni:

– Ruszam na bitwę – powiedział. – Sprowadźcie towarzyszki, ale nie więcej niż dwadzieścia.

Panny wymieniły parę zdań w mowie dłoni, potem jedna pobiegła gdzieś, druga zaś ruszyła za Randem, który już maszerował korytarzem. Z bijącym sercem Min pośpieszyła za nimi, jej buty stukały głośno w deski podłogi. Była już świadkiem takich wymarszów na pojedynek z którymś z Przeklętych, lecz zazwyczaj Rand nieco więcej czasu poświęcał planowaniu całej operacji. Przez wiele miesięcy zwodził Sammaela, zanim uderzył na Illian, gdzie tamten miał kwaterę główną. Decyzję w sprawie Graendal podjął w niespełna jeden dzień!

W marszu Min dokonała inspekcji swego uzbrojenia, sprawdzając, czy noże tkwią w rękawach – był to nawyk wynikający ze zdenerwowania. Rand dotarł do końca korytarza i bez zatrzymywania ruszył po schodach; twarz miał spokojną, krok wprawdzie szybki, lecz nie gorączkowy. Przypominał burzę z piorunami, zwartą i sprężoną, jakimś sposobem ujętą w karby i pchniętą na pojedynczy cel. Żałowała, że nie może po prostu wybuchnąć jak dawniej, pozbyć się tego napięcia, które w nim tkwiło! Kiedyś wprawdzie ją drażnił w takich chwilach, ale nigdy nie przerażał! Teraz wszystko się zmieniło – te lodowate, nieodgadnione oczy, ta bijąca od niego groźba. Od czasu incydentu z Semirhage wciąż mówił, że „trzeba robić to, co konieczne”, niezależnie od ponoszonych kosztów; wiedziała, jak bardzo musiało go dręczyć fiasko misji u Seanchan. Do czego może go doprowadzić to połączenie poczucia klęski i żelaznej determinacji?

Na dole szerokich schodów Rand powiedział do służącego:

– Sprowadź Nynaeve Sedai i lorda Ramshalana. Będę na nich czekał w salonie.

Lorda Ramshalana? Tego nadętego pyszałka z kręgów otaczających niegdyś lady Chadmar?

– Randzie – odezwała się cicho Min, zajmując miejsce u jego boku na dole schodów – coś ty wymyślił?

Nie odpowiedział. Przeszedł przez westybul z marmurową posadzką, wkroczył do salonu o czerwonych ścianach, które kontrastowały z białą podłogą. Nie usiadł, stanął z zaplecionymi na piersiach rękami przed mapą Arad Doman, którą zgodnie z jego poleceniem zawieszono na ścianie. Sfatygowana mapa zawieszona w miejscu zajmowanym kiedyś przez piękny obraz olejny wydawała się w tym wnętrzu zupełnie nie na miejscu.

Na mapie czarnym atramentem zaznaczona była kropka w okolicy niewielkiego jeziora w południowo-wschodniej części kraju. Rand sam ją tam umieścił, rankiem po tej nocy, gdy umarł Kerb. W tym miejscu znajdował się Kurhan Natrina.

– Kiedyś był tam fort – powiedział nieobecnym głosem Rand.

– To jest to miasto, gdzie ukrywa się Graendal? – zainteresowała się Min, podchodząc bliżej.

Pokręcił głową.

– To nie jest miasto. Zwiadowcy już powrócili. Pojedyncza budowla, wzniesiona dawno temu, żeby strzec przełęczy Gór Mgły przez inwazją Manetheren. Fort nie pełnił funkcji obronnych, lecz wyłącznie obserwacyjne. Od czasów Wojen z Trollokami stracił znaczenie militarne, ponieważ raczej nie sposób było się obawiać napaści ze strony mieszkańców Dwu Rzek, którzy zapomnieli nawet nazwę Manetheren.

Min pokiwała głową.

– A jednak Arad Doman doczekało się inwazji dowodzonej przez pasterza z Dwu Rzek.

Kiedyś uśmiechnąłby się na te słowa. Wciąż zapominała, że śmiech stał mu się obcy.

– Kilka wieków temu – ciągnął, marszcząc w namyśle czoło – król Arad Doman zajął Kurhan Natrina w imię tronu. Wcześniej był w posiadaniu pomniejszej rodziny szlacheckiej z Głowy Tomana, która traktowała to miejsce jako przyczółek dla dalszych planów wykrojenia sobie własnego królestwa. Na Równinie Almoth takie rzeczy od czasu do czasu się zdarzały. Królowi Domani tak spodobało się malownicze otoczenie fortu, że urządził sobie w nim wiejską rezydencję. Z biegiem lat spędzał w niej coraz więcej czasu, w istocie tak dużo, że władzę w Bandar Eban praktycznie rzecz biorąc przejęli jego wrogowie ze środowisk kupieckich. Król w końcu upadł, lecz jego następcy nie zapomnieli o forcie, który stał się popularnym ustroniem dla Korony, gdy władca potrzebował wypoczynku. Na przestrzeni ostatnich mniej więcej stu lat zaczął tracić na znaczeniu, aż w końcu przed pięćdziesięciu laty trafił z nadania w ręce dalekiego kuzyna króla. Od tego czasu zamieszkiwała w nim rodzina tamtego. Ludność Domani jako taka właściwie zapomniała o Kurhanie Natrina.

– Alsalam nie zapomniał? – podsunęła Min.

Rand pokręcił głową.

– Nie, to nie tak. Wątpię, aby w ogóle zdawał sobie sprawę z jego istnienia. Historię fortu poznałem z ust królewskiego archiwisty, który przez wiele godzin musiał szperać w dokumentach, żeby podać mi imię rodu zajmującego tę siedzibę. Okazało się, że od wielu miesięcy nikt nie miał z nimi kontaktu, choć wcześniej raz na jakiś czas odwiedzali stolicę. Od okolicznych farmerów moi zwiadowcy dowiedzieli się, że ich zdaniem w pałacu mieszka teraz ktoś inny, żaden z nich jednak nie miał pojęcia, co stało się z poprzednim właścicielem. Kiedy ich o to pytano, sami się dziwili, że w ogóle ich to dotąd nie zainteresowało.

Spojrzał Min w oczy.

– To miejsce spełnia wszystkie warunki wymarzonego ośrodka władzy Graendal. To prawdziwy klejnot: zapomniana forteca skąpana w atmosferze piękna i władzy, starożytna i królewska. Położona na tyle blisko Bandar Eban, żeby można było ingerować w sprawowanie władzy nad Arad Doman, a równocześnie na tyle daleko, by zapewniała odosobnienie i możliwość obrony. Szukając jej, popełniłem błąd, przyjąłem, że znajdzie sobie piękną posiadłość z rozległymi terenami wokół i ogrodami. Powinienem się domyślić, że nie chodzi jej o piękno, tylko o prestiż. Wspaniała forteca Królów odpowiada jej w takim samym stopniu co elegancki dwór. Zwłaszcza że obecnie i tak bardziej jest pałacem niż fortem.

Uwagę Min przyciągnął odgłos kroków na posadzce za drzwiami salonu. Po chwili służący wprowadził do środka Nynaeve i tego fircyka Ramshalana z wystrzyżoną w szpic bródką i cieniutkim wąsikiem. Dzisiaj w czubek brody wplótł maleńkie dzwoneczki, na policzku miał aksamitny sztuczny pieprzyk, również w kształcie dzwoneczka. Do tego odziany był w luźną jedwabną szatę w zieleniach i błękitach z szerokimi rękawami, spod której wystawała pomięta koszula. Min zazwyczaj nie zwracała uwagi na dziwactwa mody, ale ten człowiek wyglądał w jej oczach błazeńsko. Jak zmierzwiony paw.