Выбрать главу

– Idziemy – oznajmił Rand i podszedł do portalu Bramy. Min ruszyła za nim, lecz Nynaeve wyprzedziła ją i prawie biegiem pokonała Bramę w ślad za Randem.

We trójkę znaleźli się na dywanie zbrązowiałych sosnowych igieł zmaltretowanych długą drzemką pod zimowym śniegiem, po którym nie pozostał już ślad. Nad ich głowami uderzały o siebie gałęzie miotane podmuchami wiatru. Powietrze było znacznie chłodniejsze, niż można by sądzić po tych tchnieniach, które docierały do nich jeszcze w komnacie rezydencji. Min pożałowała, że nie pomyślała o płaszczu, lecz teraz nie było już mowy o powrocie. Rand ruszył prosto przed siebie, Nynaeve goniła za nim, mówiąc coś przyciszonym głosem.

Nie miała szans, żeby coś z niego wyciągnąć, kiedy był w takim nastroju. Trzeba po prostu zaczekać na to, co ma być. Między drzewami mignęła jej sylwetka którejś z kobiet Aielów, ale tylko dlatego, że Panny nieszczególnie starały się ukrywać. Trudno było zaprzeczyć, że Aielowie z łatwością przystosowali się do życia na mokradłach. Skąd ludzie wychowani na Pustkowiu instynktownie wiedzieli, jak kryć się w lesie?

Przed nimi drzewa zaczynały się przerzedzać. Min przyśpieszyła kroku, żeby dogonić Randa i Nynaeve, którzy przystanęli u szczytu łagodnego zbocza. Rozciągał się stąd widok na cały las, rozlewający się u ich stóp drzewami w barwach zieleni i brązów. W oddali sosny rozstępowały się na brzegach niewielkiego górskiego jeziora, które znalazło kolebkę w trójkątnym zagłębieniu wśród górskich stoków.

Ponad taflą jeziora na odosobnionym wzniesieniu stała imponująca budowla z białego kamienia. Wysoka prostokątna bryła miała formę kilku wież ustawionych jedna na drugiej, każda nieco węższa od poprzedniej. Pałac sprawiał wrażenie zarówno eleganckiego, jak i dobrze ufortyfikowanego.

– Piękny – wyszeptała Min bez tchu.

– Zbudowano go w innych czasach – wyjaśnił Rand. – W czasach, gdy ludzie wciąż uważali, że majestat budowli spoczywa w jej sile.

Pałac znajdował się dość daleko, jednak nie na tyle, by Min nie widziała sylwetek wartowników na blankach, z halabardami na ramionach i słońcem odbijającym się w napierśnikach. Przez bramę wjeżdżała właśnie do środka grupa myśliwych, do grzbietu jucznego konia przytroczoną mieli tuszę jelenia; w pobliżu grupa robotników z siekierami pracowała nad powalonym drzewem, zapewne pozyskując drewno na opał. Para służących w bieli niosła na koromysłach wodę z jeziora. Promienie słońca odbijały się w szeregach okien biegnących przez całą długość ścian. Prawdziwa tętniąca życiem posiadłość, zamknięta w ścianach pojedynczej masywnej budowli.

– Sądzisz, że Ramshalan znalazł drogę? – zapytała Nynaeve.

Ramiona miała założone na piersiach i wyraźnie dokładała starań, żeby nie dać poznać po sobie, jakie wrażenie wywarł na niej pałac.

– Nawet taki głupiec nie mógłby go przegapić – odrzekł Rand, patrząc na budowlę spod zmrużonych powiek. W kieszeni miał swoją statuetkę. Min żałowała, że jej nie zostawił. Nie potrafiła się nie denerwować, kiedy tak muskał ją palcami.

– A więc wysłałeś Ramshalana na śmierć – stwierdziła Nynaeve. – W jakim celu?

– Ona go nie zabije – powiedział Rand.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– To nie w jej stylu – wyjaśnił. – Przynajmniej dopóki będzie wierzyła, że może go wykorzystać przeciwko mnie.

– Chyba nie oczekujesz, że uwierzy w bajeczkę, którą kazałeś mu opowiedzieć – zauważyła Min. – Że oto ma przed sobą emisariusza Smoka, który negocjuje lojalność lordów Domani?

Rand powoli pokręcił przecząco głową.

– Nie. Chciałbym, żeby przynajmniej częściowo w nią uwierzyła, ale tak naprawdę nie tego oczekuję. Kiedy mówiłem, że jest ode mniej zręczniejsza, naprawdę miałem to na myśli, Min. Poza tym obawiam się, że ona zna mnie znacznie lepiej niż ja ją. Nałoży na Ramshalana splot Przymusu i wyciągnie zeń treść całej rozmowy, jaką przeprowadziliśmy. A potem znajdzie jakiś sposób, żeby ją wykorzystać przeciwko mnie.

– Jaki? – zapytała Min.

– Nie mam pojęcia. Choć naprawdę chciałbym wiedzieć. Wymyśli jakąś chytrą intrygę, a potem podda Ramshalana subtelnemu Przymusowi, którego skutków nie będę w stanie przewidzieć. W ten sposób da mi wybór: albo zatrzymam go przy sobie, żeby odkryć, co mu zrobiła, albo go odeślę. Oczywiście jej intryga będzie przewidywała obie te możliwości, a tym samym, cokolwiek zrobię, wprawię w ruch sieć jej knowań.

– Mówisz tak, jakbyś nie wierzył, że potrafisz z nią wygrać – powiedziała Nynaeve, marszcząc czoło. Z pozoru chłód wcale jej nie dokuczał. Rand natomiast zdawał się zupełnie nań niewrażliwy. Na czymkolwiek polegała „sztuczka” pozwalająca ignorować zimno i upał, Min mimo długotrwałych starań nie potrafiła jej rozszyfrować. Wszyscy, którzy ją opanowali, twierdzili, że nie miała nic wspólnego z Jedyną Mocą, jeżeli jednak tak było, to dlaczego dysponowali nią tylko Rand i Aes Sedai? No, może jeszcze Aielowie, którym kaprysy temperatury też najwyraźniej nie dokuczały, lecz z Aielami to była zupełnie inna sprawa. Im nie dokuczały chyba żadne przyziemne niedogodności, choć potrafili okazywać nadwrażliwość w obliczu nic nieznaczących drobiazgów.

– Nie możemy wygrać, powiadasz? – zdziwił się Rand. – Czy naprawdę o to nam chodzi? Żeby wygrać?

Nynaeve uniosła brew.

– Przestałeś już odpowiadać na pytania?

Rand oderwał wzrok od pałacu i spojrzał na Nynaeve. Ponieważ Min stanęła przy jego drugim boku, nie mogła widzieć wyrazu jego twarzy, zobaczyła jednak, jak oblicze Nynaeve nagle pobladło. Sama pakuje się w kłopoty. Czy nie rozumie, że Rand ledwie nad sobą panuje? Może ten dreszcz, który przeszył ją przed chwilą, nie miał nic wspólnego z zimnem? Przysunęła się do niego bliżej, ale nie otoczył jej odruchowo ramieniem, co zrobiłby jeszcze niedawno. Kiedy w końcu oderwał wzrok od Nynaeve, Aes Sedai zgarbiła się lekko, jakby jego spojrzenie podtrzymywało ją niczym marionetkę na sznurkach.

Żadne z nich się nie odzywało przez dłuższy czas. Stali w ciszy na grzbiecie wzgórza, obserwując dalekie słońce w jego drodze ku horyzontowi. Cienie wydłużały się niczym odgięte palce zmierzchu. W dole pod murami pałacu grupka stajennych wyprowadziła konie, żeby zapewnić im odrobinę ruchu. W kolejnych oknach fortecy zapalały się światła. Ilu ludzi miała tam Graendal? Dziesiątki, jeśli nie setki.

Zadumę Min przerwał głośny odgłos dobiegający z zarośli. Po chwili rozległy się przekleństwa, które równie nagle umilkły.

Z zarośli wyłoniła się grupka kobiet Aielów, wiodąc rozczochranego Ramshalana. Z porozdzieranego przez gałęzie ubrania sterczały sosnowe igły. Na widok Randa dworzanin otrzepał się szybko i dał krok w jego stronę.

Panny przytrzymały go. Spojrzał na nie spode łba.

– Mój Lordzie Smoku?

– Jest zarażony?– zapytał Rand, zwracając się do Nynaeve.

– Czym zarażony?

– Dotykiem Graendal.

Nynaeve podeszła do Ramshalana i przyglądała mu się przez chwilę. W końcu syknęła z odrazą i rzekła:

– Tak, znajduje się we władzy silnego Przymusu. Widzę tu mnóstwo splotów. Nie tak paskudne, jak u czeladnika świecarza, a może po prostu bardziej subtelne.

– Pozwolę sobie zapytać – wtrącił Ramshalan – Mój Lordzie Smoku, o co tu chodzi? Dama zamieszkująca leżący poniżej zamek przyjęła mnie nadzwyczaj życzliwie… Jest naszym sprzymierzeńcem, mój panie. Niczego nie musisz się z jej strony obawiać! Poza tym, muszę dodać, że jest osobą wielkiego wyrafinowania.

– Doprawdy? – zapytał Rand cichym głosem.

Powoli robiło się ciemno, słońce zachodziło już za odległe turnie. Gasnące światło wieczoru mącił tylko blask wylewający się z Bramy. Mamiła światłem lamp i przytulnym ciepłem, jakże różnym od zalegających tu cieni i chłodu.