Выбрать главу

W słowach Randa zabrzmiały twarde tony. Odkąd Min go znała, jeszcze nigdy takich nie słyszała.

– Randzie – powiedziała, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Wracajmy.

– Zostało jeszcze coś do zrobienia – odparł, nawet na nią nie spojrzawszy.

– Może jeszcze raz wszystko przemyślimy– upierała się Min. – Zasięgniemy rady. Możesz zapytać Cadsuane albo…

– Cadsuane zamknęła mnie w skrzyni, Min – oznajmił cicho, bardzo cicho. Jego twarz spowijały cienie, lecz kiedy spojrzał na nią, w jego oczach odbiły się refleksy światła bijącego od Bramy. Zalśniły na czerwono i pomarańczowo. W głosie grały nuty gniewu.

„Nie powinnam wymieniać imienia Cadsuane” – zdała sobie sprawę. Dźwięk jej imienia był jedną z niewielu rzeczy, które potrafiły jeszcze wzbudzić w nim jakiekolwiek emocje.

– W skrzyni, Min – szepnął Rand. – Choć skrzynia Cadsuane miała niewidzialne ściany, w istocie niczym nie różniła się od tamtej. A jej język chłostał mnie z siłą każdej rózgi, pejcza i bata, jakich kiedykolwiek zaznałem. Teraz to rozumiem.

Cofnął się przed dotykiem dłoni Min.

– O co ci właściwie chodzi? – zdenerwowała się Nynaeve. – Posłałeś tego człowieka na pastwę Przymusu, doskonale wiedząc, czym to się dla niego skończy? Nie mam ochoty przyglądać się, jak się skręca i umiera! Do czegokolwiek go Przymusiła, nie dam rady tego usunąć! A jeżeli cię zabije, to będzie twoja wina.

– Mój panie? – zapytał Ramshalan.

Min aż skręciło, gdy usłyszała narastające w jego głosie przerażenie.

Słońce zaszło, postać Randa była już tylko ciemną sylwetką. Odległa forteca zmieniła się w masyw czerni najeżony światłami okiennych otworów. Rand podszedł na skraj zbocza, wyjął z kieszeni klucz dostępu. Figurka mędrca zalśniła lekko, w jej wnętrzu zapłonęła iskra czerwonego żaru. Nynaeve wciągnęła głośno powietrze do płuc.

– Żadnego z was nie było przy tym, gdy zawiódł mnie Callandor – powiedział, kierując swe słowa w noc. – Zdarzyło się to dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy chciałem przywołać zmarłego do życia, a on powstał jako bezduszna marionetka. Po raz drugi, gdy chciałem przy jego pomocy zgładzić Seanchan, a spowodowałem tyleż samo śmierci w swoich szeregach, co wśród nich. Cadsuane wyjaśniła mi, że ta druga porażka wynikała ze skazy w samej budowie Callandora. Najwyraźniej samotny człowiek nie jest w stanie zapanować nad mieczem. Pożytek z niego może mieć tylko ktoś, kto znalazł się w sytuacji bez wyjścia, ktoś zamknięty w skrzyni. Callandor to tylko kusząca pułapka, smycz specjalnie zaprojektowana, tak bym poddał się jej z własnej woli.

Sfera na kluczu dostępu rozjarzyła się szeroką gamą barw, jak podświetlony od wnętrza kryształ. Przestrzeń na obrzeżach wciąż miała kolor szkarłatu, lecz płonąca we wnętrzu iskra raziła już oczy jaskrawym blaskiem. Jakby ktoś wrzucił rozżarzony do białości kamień w kałużę krwi.

– Osobiście uważam, że sedno problemu tkwi gdzie indziej – ciągnął Rand głosem niewiele bardziej donośnym od szeptu. – Za każdym razem, gdy zawiódł mnie Callandor, zanadto uległem emocjom. Pozwoliłem, żeby kierował mną poryw uczucia. Nie mogę zabijać w gniewie, Min. Muszę ten gniew opanować, stłumić, ograniczyć, muszę przenosić go tak, jak przenoszę Jedyną Moc. Już żadnych przypadkowych śmierci. Każda musi być skutkiem namysłu i świadomego zamiaru.

Min oniemiała. Nie potrafiła znaleźć słów dla oddania paraliżującego ją lęku, nie miała pojęcia, co zrobić, żeby go powstrzymać. Jakimś sposobem oczy Randa spowijała ciemność, mimo iż stał w powodzi płynnego światła wylewającego się z trzymanej w dłoni statuetki. Tylko cienie lasu uciekały przed nim niby od centrum niemego wybuchu. Min spojrzała na Nynaeve – Aes Sedai wpatrywała się w Randa szeroko otwartymi oczami, jej usta były lekko rozchylone. Najwyraźniej również nie wiedziała, co powiedzieć.

Z powrotem spojrzała na Randa. Przed oczyma stanęła jej tamta chwila, gdy próbował ją zabić – ale wtedy się go nie bała. Wtedy wiedziała, że to nie Rand chce ją udusić, lecz Semirhage.

Natomiast ten Rand z ogniem płonącym w dłoni, oczyma skupionymi, a równocześnie pozbawionymi śladu uczuć… Ten Rand przerażał ją do głębi.

– Robiłem to już wcześniej – szeptał. -Twierdziłem kiedyś, że nigdy nie zabiłem kobiety, lecz to było kłamstwo. Miała na imię Liah. Zabiłem ją w Shadar Logoth. Zadałem jej śmiertelny cios i nazwałem to miłosierdziem.

Wbił spojrzenie w fortecę w dole.

– Wybacz mi – rzekł, lecz jego słowa wyraźnie nie były adresowane do Min – że to również nazwę miłosierdziem.

W powietrzu przed nim zaczęła się kształtować jakaś niewyobrażalna jasność. Min cofnęła się z krzykiem. Wokół Randa powietrze drgało i skręcało się, jakby równie zalęknione. Kurz podrywał się z ziemi miniaturową trąbą powietrzną, jęczały zalane jaskrawym, białym światłem drzewa, sosnowe igły chrzęściły niczym setki tysięcy mrowiących się owadów. Min nie widziała już nawet sylwetki Randa, tylko płonącą, oślepiającą świetlną potęgę. Czysta moc, która podnosiła jej włosy na głowie. I wtedy Min zdało się po raz pierwszy w życiu, że rozumie, czym tak naprawdę jest Jedyna Moc. Ponieważ jej uosobienie stało tu, przed jej oczami, pod postacią Randa al’Thora.

Moment później Rand wyzwolił tę Moc. Słup najczystszej bieli oderwał się od niego z odgłosem przypominającym westchnienie olbrzyma i ruszył skroś nocnego nieba, zalewając swoim blaskiem przemykające pod nim drzewa. Poruszał się szybko, jak trzaśnięcie z bicza, minęło ledwie parę chwil, nim uderzył w mury odległej fortecy. Kamienie budowli rozjarzyły się, przyjmując potężny haust energii. Po chwili jarzyła się cała forteca, dotykiem Jedynej Mocy przemieniona w spektakl żywego światła, zdumiewającą konstrukcję utkaną z samego światła. Widok był zaiste piękny.

A potem wszystko zniknęło. Wydarte z krajobrazu, wypalone ze Wzoru – jakby nigdy nie istniało. Cała forteca – kamienna bryła wysoka na setki stóp – i wszyscy, którzy w niej byli.

Min poczuła się tak, jakby uderzyła w nią pięść powietrza, jakby otrzymała właśnie ogłuszający cios. Uderzenie nie było materialne i nie powaliło jej, ale skręciło jej wnętrzności. Las wokół nich – wciąż zalany poświatą płonącego klucza dostępu w dłoni Randa – zdawał się trząść i skręcać. Wrażenie było takie, jakby cały świat jęczał w agonii.

Po chwili wszystko wróciło na swoje miejsce, jednak Min wciąż czuła napięcie wokół. Całą swoją istotą czuła, że w tamtej krytycznej chwili sama substancja świata omal nie pękła.

– Coś ty uczynił? – szepnęła Nynaeve.

Rand nie odpowiedział. Teraz, gdy zniknął już potężny słup płomienia wokół niego, Min znowu mogła dostrzec twarz podświetloną żarem wylewającym się ze statuetki. To był obraz ekstazy: lekko rozchylone usta, wzniesiona tryumfalnie dłoń.

Wreszcie otrząsnął się z uniesienia, zacisnął zęby. Jego oczy otworzyły się szeroko, usta wykrzywił grymas, jakby nagle na jego barkach spoczął wielki ciężar. Światło zamigotało raz jeszcze, po czym zgasło. Wszystko wokół spowiła ciemność. Min zamrugała oczami, próbując przystosować wzrok do nocy, która nagle powróciła na świat. Jaskrawy powidok postaci Randa uparcie trwał pod jej powiekami. Naprawdę to zrobił? Naprawdę wypalił całą fortecę ogniem stosu?

Ci wszyscy ludzie. Myśliwi wracający z polowania… kobiety niosące wodę… żołnierze na murach… stajenni z końmi… Zniknęli bezpowrotnie. Wypaleni ze Wzoru. Zabici. Raz na zawsze. Na tę myśl aż się zachwiała, musiała oprzeć się o drzewo, żeby nie upaść.