Tyle żywotów wymazanych w jednej chwili. Zgładzonych. Z ręki Randa.
W miejscu, gdzie stała Nynaeve, rozbłysło światło, Min odwróciła się i zobaczyła kulę ciepłego, łagodnego światła płonącą w dłoni Aes Sedai.
– Tracisz panowanie nad sobą, Randzie al’Thorze – oznajmiła.
– Robię to, co muszę – odparł głos spośród cieni. Słychać było w nim wyczerpanie dokonanym dziełem. – Przyjrzyj mu się, Nynaeve.
– Co mam zrobić?
– Chodzi mi o tego durnia tutaj – wyjaśnił Rand. – Czy wciąż jest pod wpływem Przymusu? A może wpływ Graendal zniknął wraz z nią samą?
– Nienawidzę tego, co właśnie zrobiłeś, Randzie – warknęła Nynaeve. – Nie. „Nienawiść” to zbyt słabe słowo. Gardzę tym, co właśnie zrobiłeś. Co się z tobą dzieje?
– Sprawdź, w jakim jest stanie! – szepnął Rand, a w jego głosie zabrzmiały groźne nuty. – Zanim zaczniesz mnie potępiać, sprawdźmy najpierw, czy swoimi uczynkami zasłużyłem na coś więcej niż własne potępienie.
Nynaeve westchnęła ciężko, a potem spojrzała na Ramshalana, który wciąż tkwił w uścisku kilku Panien Włóczni. Wyciągnęła rękę, dotknęła jego czoła, zamarła w koncentracji.
– Nic nie wyczuwam – powiedziała wreszcie. – Przymus zniknął.
– To znaczy, że Graendal nie żyje – dobiegł z ciemności głos Randa.
„Światłości!” – pomyślała Min. W końcu w pełni dotarło do niej, co Rand sobie zaplanował. „Ramshalan nie był ani jego ambasadorem, ani przynętą. Miał być żywym dowodem tego, że Graendal naprawdę zginęła”. Człowiek pochłonięty ogniem stosu był całkowicie wypalany ze Wzoru, co równocześnie znosiło wszystkie skutki jego niedawnych czynów. Ramshalan będzie pamiętał o swej wizycie u Graendal, lecz Przymus, który na niego nałożyła, zniknął wraz z nią. W pewnym sensie została zabita, zanim Ramshalan ją odwiedził.
Min dotknęła dłonią swego karku, na którym wciąż czuła siniaki zostawione przez dłoń Randa.
– Nie rozumiem – poskarżył się Ramshalan piskliwym głosem.
– Jak przechytrzyć kogoś, kto jest mądrzejszy od ciebie? – wyszeptał Rand. – Odpowiedź jest prosta. Musisz ją przekonać, że siedzisz naprzeciw niej za stołem, gotów grać w jej grę. A potem z całej siły bijesz w twarz. Dobrze mi się przysłużyłeś, Ramshalanie. Więc wybaczam ci, że w obecności lordów Vivian i Callswell przechwalałeś się, jak to do woli możesz mną manipulować.
Na te słowa w Ramshalanie jakby coś pękło. Podtrzymujące go Panny puściły go i osunął się na kolana.
– Mój panie! – zawołał. – Zbyt wiele wypiłem tamtej nocy i…
– Cicho – przerwał mu Rand. – Jak powiedziałem, dobrze mi się przysłużyłeś. Nie każę cię stracić. Dwa dni drogi na południe stąd znajduje się wioska.
Z tymi słowami Rand się odwrócił. W oczach Min był tylko cieniem szeleszczącym w leśnym poszyciu. Podszedł do Bramy i przeszedł na drugą stronę. Min pospieszyła za nim, Nynaeve natychmiast ruszyła w jej ślady. Na końcu szły Panny. Ramshalan został na klęczkach w lesie. Kiedy ostatnia kobieta Aielów znalazła się po drugiej stronie, portal zamknął się, odcinając ostatecznie ciemny las wypełniony jękami Ramshalana.
– Zrobiłeś coś potwornego, Randzie al’Thorze – powiedziała Nynaeve, gdy tylko Brama się zamknęła. – W tym pałacu były setki, może tysiące ludzi!
– A każdy z nich był bezmózgim debilem, poruszanym tylko Przymusem Graendal – odparł Rand. – Nigdy nie pozwalała się zbliżyć do siebie nikomu, czyjego umysłu pierwej nie zniszczyła. Chłopak, który pracował w warsztacie będącym fasadą więzienia, zaznał ledwie ułamka tortur, jakim poddawała swoje inne pieszczoszki. Ona obdzierała ludzi z resztek zdolności myślenia i działania… potem potrafili już tylko klęczeć przed nią, wielbić ją i może załatwiać jakieś proste sprawy. Wyświadczyłem im przysługę.
– Przysługę? – zapytała Nynaeve. – Randzie, użyłeś ognia stosu! Obdarłeś ich z istnienia!
– Jest tak, jak powiedziałem – cicho odparł Rand. – Przysługa. Czasami chciałbym, żeby mi ktoś wyświadczył podobną. Dobranoc, Nynaeve. Śpij dobrze. Wyśpij się, ponieważ nasz czas w Arad Doman dobiegł końca.
Min przyglądała się, jak odchodzi, coś w niej krzyczało, żeby pobiec za nim, stłumiła jednak w sobie ten głos. Kiedy Rand zamknął za sobą drzwi komnaty, Nynaeve bez słowa osunęła się w jedno z krzeseł z drzewa kasztanowca, westchnęła i skryła twarz w dłoniach.
Min nie marzyła o niczym innym. Nie zdawała sobie dotąd sprawy, jak jest wyczerpana. Przebywanie w towarzystwie Randa ostatnio wywierało na nią taki skutek, nawet jeśli nie oddawał się czynom równie strasznym co dzisiejszej nocy.
– Żałuję, że Moiraine nie ma z nami – mruknęła pod nosem Nynaeve, a potem aż zadrżała, gdy dotarło do niej, co powiedziała.
– Musimy coś z tym zrobić, Nynaeve – powiedziała Min, spoglądając na Aes Sedai.
Nynaeve z roztargnieniem pokiwała głową.
– Może i tak.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– A co jeśli on ma rację? – zapytała Nynaeve. – Choć jest z niego prawdziwy wełnianogłowy idiota, może naprawdę tylko tędy wiedzie droga do zwycięstwa? Dawny Rand nigdy nie zniszczyłby fortecy pełnej ludzi tylko po to, żeby zabić jedno z Przeklętych.
– Oczywiście, kiedyś nie byłby w stanie – potwierdziła Min. – Wtedy jeszcze martwił się każdą śmiercią! Nynaeve, wszyscy ci ludzie…
– A jak wielu ludzi by przeżyło, gdyby od początku traktował swoich wrogów równie bezwzględnie? – zapytała Nynaeve, uciekając wzrokiem. – Gdyby szafował życiem swoich zwolenników tak swobodnie, jak dziś postąpił z Ramshalanem? Gdyby od początku umiał uderzyć, nie zamartwiając się przy okazji, ilu przy tym zginie? Pomyśl, co by się stało, gdyby atak na twierdzę Graendal przeprowadził przy pomocy regularnego wojska? Tamci i tak walczyliby do ostatniej kropli krwi i w końcu by zginęli. A tymczasem Graendal zdołałaby uciec. Może takim człowiekiem właśnie musiał się stać. Ostatnia Bitwa jest już blisko. Pomyśclass="underline" Ostatnia Bitwa! Czy naprawdę stać nas na to, żeby przeciwko Czarnemu posłać człowieka, którego nie będzie stać na poświęcenia, wszystkiego w imię tego, co musi zostać zrobione?
Min pokręciła głową.
– Czy stać nas na to, żeby posłać przeciwko niemu człowieka takiego jak on, z tym spojrzeniem w oczach? Nynaeve, jego już nic nie obchodzi. Nic i nikt, tylko pokonanie Czarnego.
– A nie tego właśnie od niego chcemy?
– Ja… – Urwała. – Zwycięstwo nie będzie żadnym zwycięstwem, jeżeli Rand stanie się kimś równie paskudnym jak jakiś Przeklęty… My…
– Rozumiem – niespodziane zgodziła się Nynaeve. – Żebym sczezła w Światłości, rozumiem i przyznaję ci rację. Po prostu nie podobają mi się wnioski, jakie wynikają z tej linii rozumowania.
– Jakie wnioski?
Nynaeve westchnęła.
– Że Cadsuane miała rację – stwierdziła. A potem, prawie niedosłyszalnie dodała: – Nieznośna kobieta. – Podniosła się. – Chodź. Musimy się z nią spotkać i dowiedzieć, jakie ma plany.
Min wstała, podeszła do niej.
– Jesteś pewna, że ona w ogóle ma jakiś plan? Rand potraktował ją nadzwyczaj ostro. Może po prostu pozostaje blisko nas, żeby przyglądać się, jak bez niej grzęźnie i upada?
– Nie martw się, ona ma plan – zapewniła ją Nynaeve. – Jeżeli jest coś, na co można liczyć, to na to, że ta kobieta nie zaniechała swoich knowań. Musimy ją tylko przekonać, żeby nas do nich dopuściła.
– A jeśli nie zechce?
– Zechce – stwierdziła Nynaeve, wpatrując się w ten fragment podłogi, gdzie Brama Randa rozcięła dywan. – Nie będzie miała innego wyjścia, kiedy opowiemy jej o wydarzeniach dzisiejszego wieczora. Nie przepadam za tą kobietą i podejrzewam, że ona odwzajemnia moje uczucia, jednak żadna z nas nie poradzi sobie z Randem w pojedynkę. – Jej usta na moment zacisnęły się, po chwili dodała: – Choć obawiam się, że razem też może nam się nie udać. Chodźmy.