– Możesz mu po prostu kazać…
– Nie, nie. O tym nie będziemy już rozmawiać – Siuan weszła jej w słowo i pogroziła palcem. Już zapomniała, że przed chwilą komplementowała godność, z jaką Egwene zasiada na Tronie Amyrlin?– Dałam słowo i prędzej dam się przerobić na rybie flaki, niż je złamię.
Egwene zamrugała.
– Dobrze wiem, że cię nie przekonam – przyznała, skrywając uśmiech, jaki mimowolnie wypełzał na jej usta na niespodziany widok czerwonej wstążki we włosach widmowej sylwetki Siuan. – Idź już więc.
Siuan przytaknęła, a potem usiadła i zamknęła oczy. Jej postać powoli stawała się coraz bardziej przeźroczysta, aż w końcu zupełnie zniknęła z Tel’aran’rhiod.
Egwene przez chwilę wpatrywała się w miejsce, gdzie jeszcze niedawno siedziała Siuan, niepewna, co robić dalej. Prawdopodobnie najlepiej byłoby wrócić do zwykłego snu, żeby porządnie wypocząć. Z drugiej strony, przybliżała tylko w ten sposób nieuchronne przebudzenie w ciasnym, dusznym i ciemnym lochu. Zdecydowała więc, że jeszcze przynajmniej chwilę pozostanie w Świecie Snów. Przemknęło jej przez głowę, aby nawiedzić sny Elayne i umówić się z nią na spotkanie. Zaraz doszła jednak do wniosku, że to zabrałoby zbyt wiele czasu, a na dodatek cała koncepcja opierała się na niepewnym założeniu, że Elayne potrafiłaby sobie poradzić ze swoim ter’angrealem. Co ostatnio niezbyt często jej się udawało.
Zdecydowała więc inaczej i zanim sama się zorientowała, już opuszczała Tar Valon, zostawiając za sobą wnętrze warsztatu szewca.
Pojawiła się w obozie zbuntowanych Aes Sedai. Od razu zrozumiała, że pomysł nie był szczególnie szczęśliwy. Jeżeli faktycznie Przeklęci i Sprzymierzeńcy Ciemności wędrowali po Świecie Snów, to z pewnością odwiedzali to miejsce w poszukiwaniu informacji, jak Egwene odwiedzała czasem gabinet Amyrlin w Tel’aran’rhiod, szukając wskazówek odnośnie do planów Elaidy. Jednak przywiodła ją tu potrzeba serca. Nie kwestionowała jej, wiedząc, że jest autentyczna.
Uliczki w obozie były błotniste, przejeżdżające nieustannie wozy wyżłobiły w nich głębokie koleiny. Zanim pojawiły się Aes Sedai, żeby zmienić to miejsce w… to coś… było tu tylko szczere pole. Od tego czasu powstała tu po części militarna maszyna, na którą składał się pierścień wojsk Bryne’a otaczający właściwy obóz, a po części niewielkie miasto, choć nigdzie w świecie nie było miasta, w którym można by znaleźć tak wiele Aes Sedai, nowicjuszek i Przyjętych. Był to niejako pomnik słabości Białej Wieży.
Szła głównym traktem obozu, gdzie kiedyś koła wozów wgniotły w ziemię – która później stała się drogą – wszędobylskie zielsko. Wzdłuż ulicy biegły drewniane chodniki, wszędzie wokół stały namioty. Zasadniczo puste, choć od czasu do czasu pojawiała się na chwilę sylwetka śniącej, która zabłądziła do Tel’aran’rhiod. Mgnienie kobiety w znakomitej zielonej sukni. Zapewne śniąca Aes Sedai, a może po prostu służąca, której wydawało się, że jest królową. Gdzie indziej kobieta w bieli – z przerzedzonymi blond włosami, zdecydowanie za stara na nowicjuszkę. Kiedyś. Dzisiaj to już nie miało znaczenia. Egwene doprowadziła do tego, że księgę nowicjuszek otwarto dla wszystkich kobiet. Biała Wieża była zbyt słaba, aby lekkomyślnie rezygnować z takich rezerwuarów siły. Niewielu śniącym udawało się pozostać na dłużej w Tel’aran’rhiod – na to potrzebny był szczególny talent, jak ten, którym dysponowała Egwene, albo ter’angreal, jakiego używała Siuan. Był jeszcze trzeci sposób. Kiedy kogoś pochwycił żywy koszmar. Na szczęście, Światłości dzięki, ostatnio się to nie zdarzało.
Opuszczony obóz sprawiał dziwne wrażenie. Oczywiście Egwene już dawno zdążyła się przyzwyczaić do niesamowitej nieobecności ludzi w Tel’aran’rhiod, niemniej wrażenie, jakie wywierał na niej obóz, poniekąd różniło się od tego, co zwykle czuła. Tak mógłby wyglądać obóz wojskowy, gdyby wszyscy żołnierze polegli na polu bitwy. Tętniące jeszcze przed chwilą życiem, teraz opustoszałe miejsce, nad którym wciąż powiewa sztandar. Dodatkowo Egwene wydawało się, że nieomal namacalnie czuje podziały, o których wspominała Siuan – że widzi namioty zgrupowane razem niczym kępki kiełkujących kwiatów.
Bez ludzi, z których każdy mamiłby jej uwagę swoją osobowością, wyraźnie widziała wzór, jakim w świecie przedmiotów urzeczywistniały się kłopoty, o których wcześniej rozmawiały z Siuan. Egwene nie marnowała żadnej okazji, żeby pomstować na Elaidę za podziały, jakie stworzyła w Wieży, niemniej na jej oczach jej własne Aes Sedai też zaczynały się dzielić. Cóż, powiadano, że gdzie spotykały się trzy Aes Sedai, tam zaraz dwie nawiązywały tajne przymierze. Wieża nie widziała w tym nic zdrożnego – wręcz pochwalała zdolność planowania i przygotowywania. Kłopot pojawiał się dopiero wówczas, gdy sprzymierzone siostry traktowały inne nie jak rywalki, lecz wrogów.
Ze smutkiem musiała przyznać Siuan rację. Bezczynne oczekiwanie na samorzutne pojednanie było stratą czasu. Co będzie, jeśli Biała Wieża nie zdetronizuje Elaidy? Co, jeśli mimo ewidentnych postępów, jakich Egwene dokonywała, nie da się zasypać podziałów wśród Ajah? Co wtedy? Dalej toczyć tę wojnę?
Było jeszcze inne wyjście, o którym ani ona, ani Siuan jeszcze nie wspomniała – całkowita rezygnacja z wysiłków zmierzających do pojednania. Byłoby to równoznaczne z utworzeniem drugiej Białej Wieży. Oznaczałoby jednak cios zadany Aes Sedai, cios, którego skutków być może nie udałoby się nigdy zatrzeć. W obliczu tej perspektywy Egwene zadrżała, poczuła dreszcze na całym ciele, buntującym się przeciwko umysłowi.
Jeżeli jednak nie będzie innego wyjścia? Musiała przynajmniej przemyśleć następstwa takiego rozwiązania i po namyśle uznała, że są przygnębiające. Jak miałaby zachęcić Rodzinę lub Mądre do połączenia się z Aes Sedai, które nawet nie przemawiały jednym głosem? Dwie Białe Wieże natychmiast stałyby się wrogimi sobie ośrodkami władzy i potęgi, rywalizujące Amyrlin grałyby narodami dla doraźnych korzyści politycznych. Tak sprzymierzeńcy, jak i wrogowie straciliby szacunek dla Aes Sedai i przestali się ich lękać. Zapewne w nieodległej przyszłości rozmaici władcy zaczęliby tworzyć własne ośrodki szkolenia kobiet władających Mocą.
Walcząc z niewesołymi myślami, Egwene szła błotnistą drogą, wokół niej namioty zmieniały się, ich klapy to zamykały się, to otwierały, a potem znów zamykały w ten dziwny, efemeryczny sposób właściwy Światu Snów. Stuła Amyrlin przygniatała jej ramiona, zbyt ciężka, jakby upleciona z ołowianych włókien.
Zdecydowała wreszcie, że przeciągnie Białą Wieżę na swoją stronę. Elaida musi upaść. Jeśli jednak nie… wówczas Egwene zrobi to, co konieczne, aby uratować swych ludzi i świat w obliczu Tarmon Gai’don.
Opuściła obóz, namioty, koleiny w błocie i puste ulice. I znowu nie była do końca pewna, dokąd zaprowadzą ją myśli i pragnienia. Taka wędrówka po Świecie Snów, kiedy to Śniąca pozwalała wieść się potrzebie, mogła być niebezpieczna, lecz równocześnie mogła prowadzić do głębszego zrozumienia. Zresztą ona nie szukała żadnego przedmiotu czy człowieka, lecz wiedzy. O czym powinna się dowiedzieć, co powinna zrozumieć?
Jej otoczenie rozmyło się na moment, potem w jednej chwili skrzepło. Stała pośrodku niewielkiego obozowiska, przed nią w wyłożonym kamieniami dole w ziemi płonęło ognisko, cienka smużka dymu wznosiła się ku niebu. Było to dość zaskakujące. Ogień był zazwyczaj bytem zbyt ulotnym, żeby znaleźć odbicie w Tel’aran’rhiod. Poza tym, mimo dymu i pomarańczowej poświaty padającej na gładkie otoczaki stanowiące obramowanie paleniska, żadnych płomieni nie widziała. Podniosła wzrok ku jakoś zbyt mrocznemu, pokrytemu burzowymi chmurami niebu. Ta milcząca burza stanowiła kolejną anomalię w normalnym toku spraw Świata Snu, choć ostatnio natrafiała na nią na tyle często, żeby przestać zwracać uwagę. Czy tu w ogóle można było mówić o „normalności”?