Opuściła wzrok i z zaskoczeniem spostrzegła, że otaczają ją barwne wozy: zielone, czerwone, pomarańczowe i żółte. Były tu już przed chwilą, czy pojawiły się dopiero teraz? Stała na wielkiej polanie w lesie widmowobiałych osik. Pod stopami miała gęste poszycie, najeżone kępami smukłych dzikich traw. Po jej prawej ręce wśród drzew wiła się zarośnięta droga. Kolorowe wozy stały skupione kręgiem wokół ogniska. Ściany nadbudówek pokrywały jaskrawe barwy, zdobne ramy okien i dachy nadawały im wygląd maleńkich domków. Woły nie trafiały do Świata Snów, lecz talerze, kubki i łyżki, owszem – pojawiały się i znikały przy ogniu albo na kozłach wozów.
To był obóz Ludu Wędrowców, Tuatha’anów. Dlaczego tu właśnie trafiła? Zastanawiając się, obeszła powoli ognisko. Zajrzała do wozów, przyjrzała ścianom pokrytym świeżą warstwą farby, której nie szpeciły żadne plamy ani odpryski. Tabor był znacznie mniejszy od tego, który wraz z Perrinem odwiedziła dawno temu, aczkolwiek od razu przywołał wspomnienia. Zdało jej się, że słyszy flety i bębny, a w migotaniu poświaty ogniska dostrzega cienie tańczących mężczyzn i kobiet. Czy Tuatha’anowie wciąż tańczą pod tak złowieszczym niebem, mając w uszach głos złego wiatru? Gdzie szukają sobie miejsca na świecie zbrojącym się do wojny? Trolloki nie szanowały Drogi Liścia. Może ten tabor uciekał właśnie przed Ostatnią Bitwą?
Przysiadła na bocznych stopniach pobliskiego wozu, twarzą do ogniska. Pozwoliła, aby jej szata zmieniła się na moment w prostą suknię z zielonej wełny, jakie noszono w Dwu Rzekach i jaką sama miała na sobie, gdy po raz pierwszy spotkała Lud Wędrowców. Wbiła wzrok w nieistniejące płomienie, wspomnienia i pytania zawirowały w jej głowie. Co się stało z Aramem, Raenem i Ilą? Zapewne siedzieli teraz bezpiecznie w obozie podobnym do tego, czekając na to, co Tarmon Gai’don miał uczynić światu. Egwene uśmiechnęła się, wspominając dni, gdy flirtowała i tańczyła z Aramem pod pełnym dezaprobaty spojrzeniem Perrina. To były prostsze czasy, choć Druciarze zapewne i dzisiaj potrafili tę prostotę odnaleźć.
Tak, ci tutaj wciąż tańczą. I będą tańczyć do chwili, gdy wypali się Wzór, niezależnie od tego, czy uda im się znaleźć swoją pieśń, nie dbając o Trolloki szalejące po świecie ani Smoka Odrodzonego, który powoli go niszczył.
A może przywiodło ją tu przekonanie, że zagubiła gdzieś świadomość najcenniejszych rzeczy? Dlaczego tak zażarcie walczyła o bezpieczeństwo Białej Wieży? Z dumy? Czy dlatego, że w jej przekonaniu było to najlepsze dla świata?
Czy w trakcie tej walki przeznaczone jej było wypalić się do cna? Wybrała – to znaczy, wybrałaby – Zielone Ajah, a nie Błękitne. Powodem jej decyzji nie była tylko gotowość, z jaką Zielone stawały do walki, a potem walczyły, przede wszystkim chodziło o to, że jej zdaniem Błękitne zbytnio koncentrowały się na pojedynczym dziele. Życie jest zbyt skomplikowane, żeby poświęcić je dla jednej sprawy. W życiu chodzi o to, żeby żyć. Śnić, śmiać się i tańczyć.
Gawyn przebywał w obozie Aes Sedai. Przed momentem powiedziała sama sobie, że wybrała Zielone Ajah dla ich wojowniczej postawy – nie bez powodu nazywano je Bojowymi Ajah. Zaraz jednak odezwała się głębiej schowana, lecz też bardziej uczciwa część jej samej, która musiała przyznać, że osoba Gawyna przynajmniej do pewnego stopnia wpłynęła na jej decyzję. Wśród Zielonych małżeństwa ze Strażnikami zdarzały się często. A Egwene wymyśliła sobie, że Gawyn zostanie jej Strażnikiem. I jej mężem.
Kochała go. Nałoży mu więź zobowiązań. Prawda, pragnienia własnego serca mniej w jej oczach znaczyły niż los świata, jednak nie potrafiła przecież całkiem ich się wyzbyć.
Podniosła się, suknia na powrót stała się srebrno-białą szatą Amyrlin. Zrobiła krok naprzód i pozwoliła, by otaczający świat się zmienił.
Stała pod Białą Wieżą. Zadarła głowę, przebiegła wzrokiem całą wysokość delikatnej – choć potężnej – białej budowli. Niebo nad głową kłębiło się czarną zawieruchą, lecz i Wieża rzucała własny cień, który padał teraz prosto na Egwene. Może to jakaś wizja? Wieża górowała nad nią, czuła jej przytłaczający ciężar, jakby całą ją dźwigała na swych barkach. Jakby ramionami obejmowała jej masyw, tylko w ten sposób powstrzymując przed pęknięciem i zawaleniem.
Stała tak dłuższą chwilę. Niebo wrzało, doskonała iglica Wieży kąpała ją w swym cieniu. Patrzyła na jej szczyt, próbując zdecydować, czy nadszedł już czas, aby pozwolić jej upaść.
„Nie” – pomyślała po raz kolejny. Jeszcze nie. Jeszcze kilka dni”.
Przymknęła oczy, a kiedy po chwili otworzyła je ponownie, wlała się w nie czerń celi. Całe jej ciało eksplodowało bólem, plecy zatętniły pręgami razów, w rękach i nogach podkulonych w zbyt małym pomieszczeniu odezwały się kurcze. Powietrze pachniało starą słomą i pleśnią, i doskonale zdawała sobie sprawę, że gdyby nie fakt, iż doń przywykła, czułaby też woń swego niemytego ciała. Stłumiła jęk, który odruchowo wyrwał jej się z gardła – pamiętała o kobietach pod drzwiami celi, które jej strzegły i które podtrzymywały tarczę oddzielającą ją od Źródła. Nie da im satysfakcji, choćby tak niewielkiej, jak odgłos stłumionego jęku.
Usiadła. Miała na sobie wciąż tę samą sukienkę nowicjuszki, którą założyła na kolację u Elaidy. Rękawy wciąż były sztywne od zaschniętej krwi, brunatna skorupa popękała już jednak i teraz drażniła skórę. Strasznie zaschło jej w gardle – nie dawano jej dość wody. Nie skarżyła się jednak. Postanowiła sobie: żadnych krzyków, płaczów, błagania. Choćby – jak teraz – najprostsza próba podniesienia się do pozycji siedzącej owocowała przeszywającym bólem. Uśmiechnęła się. Skrzyżowała nogi, odchyliła się do tyłu, a potem rozluźniła mięśnie rąk, najpierw jednej, potem drugiej. Potem wstała, pochyliła się i to samo zrobiła z mięśniami pleców i ramion. Na koniec położyła się znowu i wyciągnęła nogi do góry, krzywiąc się na protesty skurczonych mięśni. Trzeba dbać o siebie. Ból nic nie znaczy. Jest nieważny w obliczu niebezpieczeństw grożących Wieży.
Z powrotem usiadła na pryczy, skrzyżowała nogi i wzięła kilka głębokich wdechów, przekonując siebie, że wcale nie ma nic przeciwko zamknięciu w tej celi. Gdyby tylko zechciała, mogła w każdej chwili uciec, lecz wolała zostać. Zostając, podważała pozycję Elaidy. Zostając, dowodziła, że są jeszcze na świecie takie, które nie skłonią głowy i nie zaakceptują bez słowa protestu upadku Białej Wieży. Jej uwięzienie było – musiało być – wydarzeniem brzemiennym w skutki.
Te słowa, które powtarzała sobie w głowie niczym litanię, pomogły odpędzić strach przed kolejnym dniem spędzonym w celi. Cóż by poczęła bez conocnych snów, które jako jedyne pozwalały wytrwać przy zdrowych zmysłach? I znów nawiedził ją obraz biednego Randa, zamkniętego w skrzyni. Poczuła do niego sympatię ugruntowaną wspólnym doświadczeniem. Pokrewieństwo dusz przekraczające więzi wynikające ze wspólnego dzieciństwa w Dwu Rzekach. Obojgu im przyszło na własnej skórze doświadczyć brutalności Elaidy. I żadnego z nich nie udało jej się złamać.
Nie miała do roboty nic innego, jak tylko czekać. Koło południa drzwi się otworzą i tamte wywloką ją na chłostę. I nie trafi w ręce Silviany. Okazja do bicia jej stała się dla Czerwonych rodzajem nagrody, rekompensaty dla tych, które musiały spędzić cały dzień w lochu, żeby jej pilnować.