– Hmm, tak – mruknęła Verin, niewzruszenie popijając herbatę. – Tak też podejrzewam. A tak na marginesie, to co robisz w tej zielonej sukni?
Egwene zmarszczeniem brwi zbyła pozbawione sensu zdanie, lecz odruchowo zerknęła na swoją suknię. Oczywiście, że nie jest zielona. Co ta Verin gadała? Czy na starość…
Zamarła, spojrzała na Verin. To było kłamstwo.
„Verin może kłamać”.
– Tak, tak sobie pomyślałam, że w ten sposób zwrócę twoją uwagę – stwierdziła Verin i znów się uśmiechnęła. – Lepiej, żebyś usiadła. Mamy mało czasu, a dużo do omówienia.
39.
Wizyta Verin Sedai.
– Nigdy nie trzymałaś w dłoni Różdżki Przysiąg – rzuciła oskarżycielsko Egwene, wciąż stojąc jak wmurowana przy szafce. Verin trwała przycupnięta na krawędzi łóżka i jak wcześniej spokojnie popijała herbatę. Jej dość przysadzista figura ustrojona była w prostą brązową suknię dostojnie wyciętą z przodu, zaś w talii spiętą szerokim skórzanym paskiem. Miała spódnicę do konnej jazdy, a wnioskując z wyzierających spod nich brudnych butów, przed chwilą musiała przybyć do Białej Wieży.
– Nie bądź głupia. – Verin odgarnęła z twarzy niesforny pukiel włosów, który wymsknął się z koczku; wśród ciemnych włosów zalśniło pasmo siwizny. – Dziecko, trzymałam w dłoni Różdżkę Przysiąg i wypowiadałam rotę, zanim jeszcze twoja babcia przyszła na świat.
– Więc w jakiś sposób uwolniłaś się od Przysiąg – powtórzyła Egwene. To było możliwe, w końcu Yukiri, Saerin i pozostałe z ich gromadki zdejmowały normalne przysięgi z kobiet i zastępowały je swoimi.
– Cóż, można tak powiedzieć – zgodziła się Verin, charakterystycznym dla siebie ciepłym, macierzyńskim głosem.
– Nie ufam ci – słowa jakby kierowane własną wolą wyrwały się z ust Egwene. – Myślę, że nigdy nie ufałam.
– Bardzo roztropnie – przyznała Verin, upijając łyk herbaty. Egwene nie potrafiła po woni rozpoznać gatunku. – W końcu jestem, było nie było, Czarną Ajah.
Egwene poczuła przeszywający ją zimny dreszcz niczym lodowy sopel, którym ktoś przebił ją na skroś przez plecy. Czarna Ajah! Verin była Czarną. Światłości!
Odruchowo sięgnęła po Jedyną Moc. Lecz, rzecz jasna, wypity przed chwilą widłokorzeń sprawił, że jej zamiary spełzły na niczym. A na dodatek sama go zażądała! Światłości, czy już zupełnie postradała zmysły? Skutkiem odniesionego triumfu stała się tak pewna siebie i swojej siły, że nie przewidziała, iż może natknąć się na Czarną siostrę. Jednak któż mógłby w ogóle przewidzieć coś takiego? Wchodzi do swojego pokoju, a tu Czarna siedzi spokojnie na łóżku, popija herbatę i patrzy oczami, które zawsze zdawały się skrywać nieco zbyt wielką wiedzę. Jaką lepiej przywdziać maskę niż dobrotliwe oblicze skromnej Brązowej siostry, konsekwentnie lekceważonej przez pozostałe dla jej roztargnionego, uczonego obejścia?
– Hmm, naprawdę dobra herbata – powiedziała Verin, przerywając rozmyślania Egwene. – Podziękuj Laras, gdy ją spotkasz. Obiecała wprawdzie, że znajdzie dla mnie trochę niezepsutego liścia, jednak jakoś nie potrafiłam jej uwierzyć. Takie czasy, że niełatwo o zaufanie, nieprawdaż?
– Co takiego, Laras też jest Sprzymierzeńcem Ciemności? – wyrwało się Egwene.
– Na niebiosa, nie – zaprotestowała Verin. – Pod wieloma względami Laras może cię jeszcze zaskoczyć, ale Sprzymierzeńcem Ciemności nie jest. Prędzej jakiś Biały Płaszcz ożeni się z Aes Sedai, niż ona uklęknie przed Wielkim Władcą. Nadzwyczajna kobieta. I, jak się okazuje, obdarzona nadzwyczaj wyrafinowanym smakiem, przynajmniej jeśli chodzi o herbatę.
– Co masz zamiar ze mną zrobić? – zapytała Egwene, z całej siły starając się, żeby jej głos brzmiał spokojnie. Gdyby Verin chciała ją zabić, zapewne już by to zrobiła. Więc prawdopodobnie miała wobec niej inne plany, a w planach tych Egwene może znaleźć szansę dla siebie. Szansę na ucieczkę, szansę, by wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Światłości, ależ sobie zły wybrała moment!
– Cóż – odparła Verin – w pierwszej kolejności proszę cię, żebyś usiadła. Zaproponowałabym ci herbaty, jednak wątpię, abyś chciała pić z mojego dzbanka.
„Myśl, Egwene!” – napominała się gorączkowo. Wołanie o pomoc na nic się nie zda, usłyszą ją zapewne tylko nowicjuszki, ponieważ Czerwone strażniczki już dawno odeszły. I akurat teraz musiała zostać sama! Nigdy nie sądziła, że zatęskni za obecnością swojej eskorty.
Tak czy siak, jeżeli zacznie krzyczeć, Verin z pewnością natychmiast zaknebluje ją strumieniem Powietrza. I jeśli nawet któraś z nowicjuszek usłyszy, po prostu przybiegnie, żeby sprawdzić, co się stało – a wtedy i ona wpadnie w sidła Verin. Egwene przyciągnęła więc tylko jedyny w pokoju stołek i usiadła na nim, sadowiąc obolałe pośladki na twardym drewnie.
W maleńkim pokoju zapanowały na moment cisza i spokój. Wnętrze zdało jej się nagle obce i puste – w końcu od czterech dni nikt w nim nie mieszkał. ! tylko myśli Egwene biegły szaleńczo, szukając drogi ucieczki.
– Muszę ci pogratulować tego, co tu zdziałałaś, Egwene – podjęła Verin. – Przyglądam się od jakiegoś czasu tym głupstwom, o które wadzą się frakcje Aes Sedai, i postanowiłam nie angażować się osobiście. Za znacznie ważniejsze uznałam swoje badania i nadzór nad młodym al’Thorem. Muszę przyznać, że chłopak ma temperament. Martwię się o niego. Nie jestem pewna, czy zdaje sobie sprawę, jakimi ścieżkami podążają zamiary Wielkiego Władcy. Nie całe zło jest tak… jednoznaczne jak Wybrani. Przeklęci, jak ich nazywacie.
– Jednoznaczne? – powtórzyła tępo Egwene. – Przeklęci?
– Cóż, w porównaniu z innym. – Verin uśmiechnęła się i przez chwilę grzała dłonie o filiżankę z herbatą. – Wybrani są jak gromadka kłócących się dzieci, z których każde stara się krzyczeć najgłośniej, żeby zwrócić uwagę ojca. Nietrudno domyślić się, o co im chodzi: o władzę nad innymi dziećmi, dowód, że są najważniejsze. Przekonałam się, że to nie inteligencja, zręczność i talent czynią kogoś Wybranym, choć oczywiście te rzeczy też są istotne. Nie, moim zdaniem Wielki Władca u swoich przywódców ceni przede wszystkim jedną cechę: egoizm.
Egwene zmarszczyła brwi. To się działo naprawdę? Siedziały sobie i spokojnie plotkowały o Przeklętych?
– Dlaczego?
– Dzięki temu są przewidywalni. Narzędzie, na którym można polegać, o którym się wie, że zawsze funkcjonować będzie w ten sam sposób, jest bardziej przydatne niż narzędzie, którego nie rozumiesz do końca. A może dlatego, że z nieustannej walki między nimi cało wychodzą tylko najsilniejsi. Szczerze mówiąc, nie umiem tego do końca wytłumaczyć. Wybrani są przewidywalni, ale o Wielkim Władcy można powiedzieć wszystko, tylko nie to. Choć badaniom nad jego osobą poświęciłam dziesięciolecia, nie mam tak naprawdę pojęcia ani czego chce, ani dlaczego. Choć wiem tyle, że ta bitwa nie rozegra się w taki sposób, jak to się al’Thorowi wydaje.
– A co ja mam z tym wspólnego? – spytała Egwene.
– Niewiele – przyznała Verin i syknęła mimowolnie. – Obawiam się, że wdaję się w niepotrzebne dygresje. A przecież czasu nie zostało wiele. Naprawdę, powinnam bardziej się pilnować. – Wszystko to mówiła tonem głosu jak najbardziej przystającym uczonej i miłej w obejściu Brązowej siostrze. Egwene zawsze sobie wyobrażała, że Czarne siostry będą jakieś… inne.
– Cóż, do rzeczy. Rozmawiałyśmy o twoich poczynaniach tutaj, w Wieży. Bałam się, że kiedy dotrę na miejsce, wciąż jeszcze będziesz marudzić ze swoimi przyjaciółkami za murem. Wyobraź sobie moje zdumienie, gdy okazało się, że nie tylko zinfiltrowałaś reżim Elaidy, lecz również zdołałaś zwrócić przeciwko niej połowę Wieży. A już bez żadnej wątpliwości udało ci się zirytować niektóre z moich towarzyszek. Twoje działania bardzo dały się im we znaki. – Verin pokręciła głową i upiła kolejny łyk herbaty.