– Verin, ja… – Egwene urwała, szukając słów. – Co…
– Nie mamy na to czasu – przerwała jej Verin, pochylając się naprzód. W jednej chwili stała się jakby inną osobą. I choć wciąż czuć było, że przeżyła wiele lat, a momentami nawet tchnęła macierzyńskim ciepłem, jej twarz nabrała wyrazu niezwykłego zdecydowania. W pewnej chwili ich spojrzenia spotkały się, a Egwene aż drgnęła pod siłą wzroku tamtej. Czy to możliwe, aby to była ta sama kobieta?
– Dziękuję ci, że zechciałaś wysłuchać dywagacji starej kobiety – rzekła Verin głosem nieco łagodniejszym niż to, co Egwene dostrzegła w jej oczach. – Miło było porozmawiać z tobą przy herbacie, choćby jeszcze ten jeden raz. Ale są pewne rzeczy, o których musisz się dowiedzieć. Wiele lat temu stanęłam w obliczu wyboru, którego nie dało się uniknąć. Mogłam albo złożyć przysięgi Czarnemu, albo otwarcie wyznać, że nigdy nie chciałam… czy nie zamierzałam… złożyć tych ślubów, skutkiem czego zostanę natychmiast zabita. Być może inna, mądrzejsza kobieta lepiej poradziłaby sobie w tej sytuacji. Zapewne wiele wybrałoby po prostu śmierć. Ja jednak dostrzegłam swoją szansę. Rozumiesz, taka szansa nie zdarza się często, nieczęsto można przyglądać się bestii z perspektywy jej serca, kiedy widzi się, kędy krąży jej krew. Dopiero wtedy, jak przypuszczam, można prześledzić szlaki najdrobniejszych żył i naczyń. Co samo w sobie jest, zapewniam cię, zupełnie niezwykłym przeżyciem.
– Czekaj – przerwała jej Egwene. – Przyłączyłaś się do Czarnych Ajah, żeby je obserwować i badać?
– Przyłączyłam się do nich, żeby uratować skórę – sprostowała Verin i się uśmiechnęła. – To była jedyna szansa w tamtej sytuacji. – Powodem był fakt, że sobie ją cenię, choć Tomas wciąż narzeka na temat moich siwych włosów. Tak czy siak, po przyłączeniu się do nich nie miałam już innego wyjścia, a okazja ich badania wydała mi się sposobem na wyciągnięcie z całej sprawy jakichś korzyści.
– Powiedziałaś: Tomas. Czy on wie, co zrobiłaś?
– Sam był Sprzymierzeńcem Ciemności, moje dziecko – tłumaczyła Verin. – I sam chciał się z tego wykręcić. Cóż, wykręcić się z tego nie można, a już na pewno nie po tym, jak wpadnie się w szpony Wielkiego Władcy. Można jednak walczyć, próbować po części przynajmniej zrekompensować to, co się uczyniło. Byłam dla Tomasa taką szansą i ufam, że był mi za to wdzięczny.
Egwene zawahała się, próbując jakoś się w tym wszystkim rozeznać. Verin była Sprzymierzeńcem Ciemności… a równocześnie nie do końca nim była.
– Powiedziałaś, że ufasz, iż „był” ci za to wdzięczny?
Verin nie odpowiedziała od razu. Powoli upiła łyk herbaty z filiżanki.
– Przysięgi składane Wielkiemu Władcy mają dość specyficzny charakter – wyjaśniła wreszcie. – A kiedy wiążą osobę dysponującą talentem przenoszenia, ich siła wiążąca jest spora. Właściwie są niemożliwe do złamania. Możesz oszukiwać innych Sprzymierzeńców Ciemności, możesz knuć intrygi przeciwko Wybranym, jeżeli potrafisz to jakoś uzasadnić. Ale nigdy nie będziesz w stanie zdradzić Jego. Nigdy nie będziesz w stanie wyjawić niewtajemniczonym nawet treści otrzymanego rozkazu. Przysięgi są specyficzne. Nadzwyczaj specyficzne. – Uniosła wzrok i spojrzała Egwene prosto w oczy. – „Przysięgam nie zdradzić Wielkiego Władcy i zataić sekret moich ślubów aż po godzinę mej śmierci”. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Egwene spuściła wzrok, który spoczął na filiżance w dłoniach Verin.
– Trucizna?
– Trzeba naprawdę specjalnej herbaty, żeby móc przełknąć osikową zgniliznę – wyjaśniła Verin, upijając kolejny łyk z filiżanki. – Jak już mówiłam, podziękuj ode mnie Laras.
Egwene zamknęła na chwilę oczy. Nynaeve wspominała jej o osikowej zgniliźnie, której kropla mogła zabić. Śmierć była szybka, spokojna i zazwyczaj nadchodziła… po godzinie od czasu przyjęcia dawki.
– Ciekawa ta luka w przysięgach – stwierdziła w zamyśleniu Verin. – Pozwala na zdradę w ostatniej godzinie życia. Nie mogę się nie zastanawiać, czy Wielki Władca zdaje sobie sprawę z jej istnienia. A jeżeli tak, czemu temu nie zaradził?
– Być może nie widzi w tym większego zagrożenia – mruknęła Egwene, otwierając oczy. – Mimo wszystko, kto spośród Sprzymierzeńców Ciemności byłby gotów ponieść śmierć z własnej ręki w imię wyższego dobra? Jego wyznawcom coś takiego prawdopodobnie w ogóle nie przyjdzie do głowy.
– Niewykluczone, że masz rację – przyznała Verin, odstawiając filiżankę z herbatą. – Lepiej uważaj, gdy będziesz się tego pozbywała, dziecko.
– A więc to jest to? – spytała Egwene, czując, że przeszywa ją zimny dreszcz. – Co się stało z Tomasem?
– Pożegnaliśmy się. Ostatnią godzinę swego życia spędzi na łonie rodziny.
Egwene pokręciła głową. Cała ta sprawa z każdą chwilą zdawała jej się coraz bardziej smutna.
– Odwiedziłaś mnie, żeby się wyspowiadać i umrzeć w ostatecznym akcie odkupienia?
Verin się roześmiała.
– Odkupienie? Przecież nie jestem na tyle niemądra, by wierzyć, że wykręcę się tak łatwo. Światłość jedna wie, że robiłam rzeczy tak straszne, że domagały się naprawdę wyjątkowej pokuty. Ale było warto. Zaiste, warto. A może po prostu nie mogę mówić inaczej. – Sięgnęła dłonią na bok i spod zwiniętego koca leżącego w nogach łóżka Egwene wyciągnęła skórzaną torbę. Ostrożnie rozwiązała rzemienie i wyciągnęła z wnętrza dwa przedmioty – dwie książki oprawione w skórę. Jedna była znacznego formatu, jak jakaś księga rachunkowa, choć bez tytułu na czerwonym grzbiecie. Druga była w istocie cienkim notesem. Okładki obu nosiły lekkie ślady zużycia.
Verin podała obie książki Egwene. Ta wzięła je z wahaniem, większy tom zaciążył w jej prawej dłoni, w porównaniu z nim notes w lewej był leciutki. Ścisnęła w palcach gładką skórę, zmarszczyła brwi. Spojrzała Verin w oczy.
– Każda kobieta z Brązowych Ajah – zaczęła Verin – pragnie zostawić po sobie coś trwałego. Studium czy choćby wyniki badań, które okażą się naprawdę znaczące. Często oskarża się nas, że zapominamy o otaczającym nas świecie. Że interesuje nas tylko historia. Cóż, to niezbyt sprawiedliwy zarzut. Jeżeli nawet często bywamy roztargnione, to dlatego, że patrzymy w przyszłość, piszemy dla tych, którzy przyjdą po nas. Korpus wiedzy, rezultaty badań… one są przeznaczone właśnie dla nich. Pozostałe Ajah dbają o to, aby dziś było lepsze, my myślimy o lepszym jutrze.
Egwene odłożyła na bok mniejszą książkę, chcąc najpierw zajrzeć do czerwonego tomu. Otworzyła go i zobaczyła szeregi słów napisanych drobnym i schludnym, choć nieco rozstrzelonym charakterem pisma, w którym rozpoznała rękę Verin. Lecz żadne ze zdań nie miało w jej oczach najmniejszego sensu. Był to jakiś bełkot.
– Mniejsza książka jest kluczem, Egwene – wyjaśniła Verin. – W niej umieściłam szyfr, za pomocą którego napisałam większy tom. Tom, który jest właściwym… dziełem. Moim dziełem. Dziełem mego życia.
– Co w nim jest? – cicho zapytała Egwene, podejrzewając, jaka może być odpowiedź.
– Imiona, miejsca, wyjaśnienia – odparła Verin. – Wszystko, czego się dowiedziałam na ich temat. Na temat przywódców Sprzymierzeńców Ciemności, na temat Czarnych Ajah. Proroctwa, w które wierzą, cele i racje poszczególnych frakcji. Na końcu dołączyłam listę wszystkich Czarnych Ajah, których imiona udało mi się ustalić.