Выбрать главу

– Ale…

– Skorzystaj z Bramy – wyjaśniła Egwene. – Jeżeli zdecydujesz się zabrać ją w nieznane ci miejsce, skorzystaj z Przemykania.

Meidani skinęła głową, a potem objęta Źródło.

– Najpierw wykonaj jakiś inny splot – poleciła Egwene. – Nieważne jaki. Najlepiej coś, co wymaga mnóstwa Mocy. Na przykład któryś z setki splotów, które trzeba znać, żeby stać się Aes Sedai.

Meidani zmarszczyła czoło, ale zrobiła, jak jej kazano, splatając coś strasznie skomplikowanego i wymagającego ogromnej porcji Mocy. Chwilę po tym, jak zaczęła, Turese wsunęła głowę przez uchylone drzwi i obrzuciła pomieszczenie podejrzliwym spojrzeniem. Na szczęście splot uniemożliwił jej dokładniejsze przyjrzenie się twarzy Verin, zresztą i tak nie interesowała jej śpiąca Brązowa siostra. Wgapiła się w splot z otwartymi ustami.

– Demonstruje mi jeden ze splotów, które będę musiała opanować, żeby zostać Aes Sedai – krótko wyjaśniła Egwene, z góry ucinając ewentualne zastrzeżenia Turese. – To zabronione?

Turese obrzuciła ja wściekłym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała, tylko zniknęła za zamkniętymi drzwiami.

– To po to, żeby nie wściubiała nosa do środka i żeby nie zobaczyła splotów, z których utkana jest Brama – wytłumaczyła Egwene. – Teraz szybko. Bierz ciało. Kiedy Turese zajrzy tu znowu, powiem jej prawdę… to znaczy, że ty i Verin zniknęłyście stąd, Podróżując przez Bramę.

Meidani zerknęła na zwłoki Verin.

– Ale co mam zrobić z ciałem?

– Cokolwiek uznasz za stosowne – rzuciła Egwene, czując, jak powoli ogarnia ją coraz większe rozdrażnienie. – Powierzam je twojej pieczy. Nie mam teraz czasu się tym zajmować. I filiżankę też weź ze sobą, herbata jest zatruta. Uważaj, jak i gdzie ją wylejesz.

Zerknęła na dopalającą się świecę – płomień lizał już niemalże blat stołu. Nad uchem usłyszała ciche westchnienie Meidani, chwilę później Brama się otworzyła. Za pomocą strumienia Powietrza Meidani przeniosła ciało Verin przez jej otwór. Egwene przyglądała się temu, czując w sercu żal. Ta kobieta zasłużyła na coś więcej. Któregoś dnia będzie można oddać sprawiedliwość temu, przez co przeszła i co osiągnęła. Ale jeszcze nie teraz.

Kiedy Meidani zniknęła już z ciałem i trującą herbatą, Egwene zapaliła następną świecę i położyła się na łóżku, starając nie myśleć o zwłokach, które przed chwilą je zajmowały. Rozluźniła się, myślą wybiegła ku Siuan. Tamta z pewnością wkrótce położy się spać. Należało ją ostrzec przed Sheriam i jej wspólniczkami.

Kiedy otworzyła oczy, znajdowała się już w Tel’aran’nhiod. Wciąż była w swoim pokoju, a raczej w jego sennym odbiciu. Łóżko było zaścielone, drzwi zamknięte. Zmieniła suknię, by odpowiadała pozycji Amyrlin, i odziana w stateczne zielenie przeniosła się do Wiosennego Ogrodu Wieży. Siuan tam nie znalazła, lecz chyba po prostu było jeszcze za wcześnie na spotkanie.

Przynajmniej tutaj nie było widać nawet śladu po śmieciach zalewających miasto ani po zgniliźnie toczącej jedność Ajah. Ogrodnicy Wieży działali niczym siły natury, sadzili, doglądali i przycinali, nie dbając o wynoszone i upadające Amyrlin. Ogród Wiosenny był mniejszy od pozostałych ogrodów Wieży, właściwie był tylko trójkątnym spłachetkiem gruntu wciśniętym między dwie ściany. W innym mieście powstałby tu zapewne magazyn albo składowisko gruzu. W Białej Wieży obie te możliwości graniczyły z niepodobieństwem.

Zamiast tego stworzono tu niewielki ogród obsadzony cieniolubnymi roślinami. Po ścianach pięły się hortensje, wylewając swoje kwiecie z wielkich donic. Na rabatkach rósł wonny lak, jego drobne różowe kwiatki zwisały spod gałązek o delikatnych trójpalczastych liściach. Wzdłuż ścian, które spotykały się w rogu trójkąta, nasadzono jeżyczki oraz inne niewysokie drzewka przyzwyczajone do wzrastania w cieniu innych.

Czekała, przechadzając się wzdłuż szpalerów drzew. Nie mogła się opędzić od myśli o Sheriam i o tym, kim się okazała. W ilu sprawach maczała swoje palce? Przez wiele lat była Mistrzynią Nowicjuszek, jeszcze w czasach, gdy Siuan zasiadała na Tronie Amyrlin. Czy wykorzystywała swoją pozycję dla zastraszania lub werbowania innych sióstr? Czy stała za tamtym atakiem Szarego Człowieka sprzed wielu lat?

Sheriam wchodziła w skład grupy, która Uzdrowiła Mata. Małe były szanse, że połączona kręgiem z tyloma innymi kobietami, mogła dopuścić się jakiegoś złowieszczego uczynku – lecz teraz wszystkie jej działania były podejrzane. A tyle tego było! Sheriam wchodziła w skład ścisłej elity władzy w Salidarze jeszcze przed wyniesieniem Egwene na Tron Amyrlin. Co uczyniła, jakie intrygi udało jej się przeprowadzić, jaki był rozmiar jej zdrady na rzecz Cienia?

Czy z góry wiedziała o planach Elaidy, czy była wtajemniczona w akcję usunięcia Siuan? Galina i Alviarin też należały do Czarnych Ajah, a to przecież one były głównymi inicjatorkami tego planu – rozsądne wydawało się założenie, że pozostałe Czarne zostały przynajmniej w ogólny sposób poinformowane o tym, co się dzieje. Czy odejście połowy Wieży, skutkujące zgromadzeniem wygnanych w Salidarze i próżnym oczekiwaniem oraz niekończącymi się debatami też stanowiło część strategii Czarnego? Co z wyniesieniem samej Egwene? Na ilu sznurkach pociąganych przez Cień tańczyła, nie zdając sobie z tego sprawy?

„To są całkowicie bezpłodne rozważania” – skarciła się ostro w myślach. „Nie ma sensu spekulować, możliwości jest zbyt wiele, wiedzy zbyt mało”. Nie potrzebowała studium Verin, żeby podejrzewać, iż rozpad Wieży to dzieło Czarnego. Oczywiste było, że podział Aes Sedai na dwa równie silne zwalczające się odłamy był bardziej korzystny dla Cienia niż Wieża zjednoczona pod silnym przywództwem.

Tylko że teraz sprawa nabrała… bardziej osobistego charakteru. Egwene miała wrażenie, jakby ją ktoś opluł, splugawił. Przez chwilę czuła się jak ta głupia wiejska dziewczyna, za którą wiele ją miało. Skoro okazało się, że Elaida jest pionkiem w grze Czarnych Ajah, to samo mogła powiedzieć o sobie. Światłości! Jak Czarny musiał się śmiać, widząc dwie rywalizujące Amyrlin, każdą z zastępem lojalnych służek pyskujących na siebie nawzajem.

„Choć badaniom nad jego osobą poświęciłam dziesięciolecia” – powiedziała Verin – „nie mam tak naprawdę pojęcia, ani czego chce, ani dlaczego…” – Któż mógł wiedzieć, czy Czarny w ogóle się śmieje?

Zadrżała. Na czymkolwiek jego plan polegał, należało przeciwdziałać. Stawić opór. Splunąć mu w twarz, nawet w obliczu własnej klęski, jak to powiadali Aielowie.

– A to ci dopiero widok – rozległ się obok głos Siuan.

Egwene odwróciła się raptownie, zdając sprawę, że nie ma już na sobie sukni Amyrlin, lecz pełną zbroję rycerza gotującego się do bitwy. W dłoni ściskała kilka włóczni Aielów.

Jedną myślą usunęła zbroję i broń, znowu przywdziewając poprzednią suknię.

– Siuan – powitała zdawkowo nowo przybyłą. – Chyba powinnaś znaleźć sobie krzesło. Co nieco się wydarzyło.

Siuan zmarszczyła brwi.

– Co na przykład?

– Po pierwsze: Sheriam i Moria są Czarnymi Ajah.

– Co? – Siuan była wyraźnie wstrząśnięta. – Co to za bzdury? – Po chwili się opamiętała. – Matko – dodała bez tchu.

– Żadne bzdury – powiedziała Egwene. – Obawiam się, że to czysta prawda. Jest jeszcze wiele innych, ale ich imiona podam ci później. Nie mamy na razie planu, który pozwoliłby odizolować wszystkie naraz. Muszę znaleźć chwilę czasu i pomyśleć, zapewne będę potrzebować całej nocy. Obiecuję ci, że wkrótce uderzymy. Zanim to się jednak stanie, chcę, żeby Sheriam i Moria znalazły się pod obserwacją. I proszę cię, postaraj się nie przebywać sama w ich towarzystwie.