Bryne dotarł do ognisk, do których nocą dorzucano więcej drew; bijąca od nich łuna oświetlała palisadę. W obozie w swoich namiotach budzili się kolejni oficerowie, krzykiem ponaglając pozostałych. Wokół zapalały się lampy i latarnie.
– Cóż, póki atakują Tar Valon, nie mamy się czym przejmować – stwierdził Bryne. – Musimy tylko…
– Idę po nią – oznajmiła znienacka Siuan, zaskakując samą siebie.
Bryne odwrócił się ku niej gwałtownie, jego twarz po raz kolejny pojawiła się w kręgu światła kuli Siuan.
– Co?
– Idę po Egwene – wyjaśniła. – Musimy zorganizować operację ratunkową. Ten atak to dla nas znakomita zasłona dymna, Gareth’cie! Możemy wejść do środka i wyciągnąć ją, zanim ktokolwiek się zorientuje.
Wbił w nią spojrzenie nieruchomych oczu.
– O co chodzi? – spytała.
– Dałaś słowo, że nie będziesz jej ratować bez jej zgody, Siuan. – Światłości, jak pięknie w jego ustach brzmiało jej imię! „Skup się!” – zrugała się w myślach.
– Sytuacja się zmieniła. Jest w niebezpieczeństwie i potrzebuje pomocy.
– Ona nie chce twojej pomocy – surowo przypomniał Bryne. – Przede wszystkim musimy zadbać o bezpieczeństwo własnych sił. Amyrlin powtarzała ci wielokrotnie, że poradzi sobie sama.
– Ja też byłam pewna, że sama sobie poradzę – zauważyła Siuan. – I zobacz dokąd mnie to doprowadziło. – Pokręciła głową, patrząc w kierunku odległej iglicy Tar Valon. W pewnym momencie zobaczyła blady błysk światła, który na chwilę wyłonił z mroku wieżę. – Za każdym razem, gdy Egwene wspomina Seanchan, blednie. Niewiele rzeczy jest w stanie nią wstrząsnąć… ani Przeklęci, ani Smok Odrodzony. Nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, Gareth’cie, co Seanchanie robią z kobietami, które potrafią przenosić. – Spojrzała mu głęboko w oczy. – Musimy ją stamtąd wyciągnąć.
– Ja w tym udziału nie wezmę – rzekł stanowczo.
– Świetnie – warknęła Siuan. Głupi mężczyzna! – Idź, zajmij się swoimi ludźmi. Myślę, że jest ktoś, kto mi pomoże. – Odeszła sztywnym krokiem, kierując się ku namiotowi stojącemu tuż pod palisadą.
Wieża znowu zadrżała w posadach i Egwene musiała oprzeć się o ścianę korytarza. Kamienie trzęsły się, jakby przeszywane niepohamowanym dreszczem. Z sufitu sypały się fragmenty tynku, luźne płytki odpadały od ścian i rozpryskiwały na posadzce. Nicola krzyczała, obejmując kurczowo Egwene.
– Czarny! – zawodziła. – Ostatnia Bitwa! Nadeszła!
– Nicola! – warknęła Egwene, odzyskując równowagę. – Opanuj się. To nie jest Ostatnia Bitwa. To Seanchanie.
– Seanchanie? – zdziwiła się Nicola. – Myślałam, że Seanchanie to tylko plotki!
„Durna dziewucha” – pomyślała Egwene, skręcając szybko w boczny korytarz. Nicola dreptała za nią, niosąc w ręku lampę. Okazało się, że pamięć Egwene nie zawiodła i korytarz biegł przy zewnętrznym murze Wieży, dzięki czemu mogła wyjrzeć przez okno. Stanęła obok wykuszu okiennego, gestem kazała Nicoli zająć miejsce po drugiej stronie i ostrożnie wyjrzała w ciemność.
Ponad wszelką wątpliwość po niebie pomykały czarne skrzydlate sylwetki. Były zbyt duże na rakeny.
A więc to musiały być to’rakeny. Nurkowały i wzbijały się w górę, wokół wielu z nich tańczyły sploty Jedynej Mocy, jarząc się i drżąc przed oczyma Egwene. Erupcje ognia odsłaniały pary kobiet dosiadające latających stworzeń. Damane i sul’dam.
Niektóre fragmenty skrzydeł Wieży poniżej miejsca, skąd patrzyła, stały w płomieniach. Z przerażeniem spostrzegła, że murach Wieży zieją wybite otwory. Zobaczyła liczne to’rakeny jak nietoperze wczepione pazurami w ściany, z ich grzbietów oddziały desantowe żołnierzy i damane wchodziły bezpośrednio do budynku. Na oczach Egwene jeden z to’rakenów oderwał się od muru i spłynął w dół – wysokość rekompensowała mu pas startowy konieczny do uniesienia się w powietrze. Nie poruszał się tak zgrabnie, jak znacznie mniejszy od niego raken, mimo to awiator poradził sobie świetnie i już wkrótce stwór wyrównał lot. Przeleciał tuż obok okna Egwene, a powiew wiatru wzniecony uderzeniami skrzydeł rozwiał jej włosy. Usłyszała odległe krzyki pełne przerażenia.
To nie był zmasowany atak – to był rajd! Rajd, który miał na celu schwytanie marath’damane! Na widok zmierzającej ku oknu pręgi ognia schowała się za wykuszem, na szczęście żar trafił w lity mur obok. Usłyszała tylko łoskot rozbitego kamienia, a Wieża znowu się zatrzęsła. Pył i dym wypełniły boczny korytarz.
Wkrótce wkroczą tu żołnierze Seanchan. Żołnierze i sul’dam. Z tymi swoimi smyczami. Egwene zadrżała, ciasno otaczając się ramionami. Zimny, jednolity metal. Mdłości, upodlenie, panika, rozpacz i… co najbardziej upokarzające… poczucie winy, że nie służy się swej pani z całych sił. Pamiętała nawiedzone oczy Aes Sedai, która dała się złamać. Lecz przede wszystkim pamiętała własne przerażenie.
Przerażenie wynikające ze świadomości, że koniec końców stanie się taka jak inne. Że będzie kolejną niewolnicą, szczęśliwą, że może służyć.
Wieża się zatrzęsła. W głębi odległych korytarzy rozlała się ognista poświata, której towarzyszyły krzyki i rozpaczliwe wołania. W nozdrza uderzył gryzący zapach dymu. Och, Światłości! Czy to możliwe? Nie wróci do nich. Nie pozwoli znów wziąć się na smycz. Trzeba uciekać! Ukryć się, wpełznąć gdzieś, zniknąć…
Nie!
Wyprostowała się.
Nie, nie ucieknie. Była Amyrlin.
Nicola skulona wtulała się w ścianę i jęczała cicho.
– Idą po nas – szepnęła w pewnej chwili. – Och, Światłości, nadchodzą!
– Niech nadejdą! – wrzasnęła Egwene, otwierając się na Źródło. Na szczęście od przyjęcia widłokorzenia minęło dość czasu, żeby nieco osłabło jego działanie, więc poczuła wsączający się w jej wnętrze cienki strumyczek Jedynej Mocy. Był naprawdę drobny, zapewne najmniejsza porcja, jaką w życiu zdarzyło jej się przenieść. Nie byłaby w stanie utkać zeń macki Powietrza zdolnej do podniesienia bodaj skrawka papieru. Ale wystarczy. Musi wystarczyć. – Będziemy walczyć!
Nicola tylko pociągnęła nosem i spojrzała na nią.
– Ledwie jesteś w stanie przenosić, Matko! – wyjęczała. – Przecież widzę. Nie damy rady z nimi walczyć!
– Damy radę i będziemy walczyły – zdecydowanie oznajmiła Egwene. – Wstawaj, Nicola! Jesteś inicjowaną Wieży, a nie jakąś przerażoną dojarką.
Dziewczyna lękliwie uniosła wzrok.
– Będę cię chronić – powiedziała Egwene. – Obiecuję.
Dziewczyna chyba odzyskała trochę ducha, ponieważ wstała bez dalszych oporów. Egwene zerknęła w stronę odległego korytarza, który został trafiony błyskawicą. Panowała w nim ciemność, lampy zgasły, lecz wydało jej się, że widzi jakieś poruszające się sylwetki. Nadchodzili i brali na smycz wszystkie kobiety, które wpadły w ich ręce.
Spojrzała za siebie. Do jej uszu dobiegały stamtąd ledwie słyszalne krzyki. Usłyszała je zaraz po przebudzeniu. Nie miała pojęcia, gdzie zniknęła Czerwona strażniczka pilnująca drzwi i wcale jej to nie obchodziło.
– Idziemy – rozkazała i postąpiła krok naprzód, równocześnie ściskając kurczowo swoją odrobinę Jedynej Mocy, jak tonąca ściska rzuconą jej linę. Nicola poszła za nią, wciąż pociągając nosem. Kilka chwil później zobaczyły to, czego Egwene się spodziewała. Korytarz pełen był nowicjuszek – część ubrana była w białe sukienki, część jeszcze w bieliźnie. Przerażone zbiły się w gromadkę, każdy huk wyrywał z paru gardeł rozpaczliwe okrzyki. Zapewne wiele żałowało, że nie przebywają teraz niżej, tam gdzie poprzednio znajdowały się ich kwatery.
– Amyrlin! – wyrwało się z kilku gardeł, gdy Egwene wkroczyła na korytarz. Stanowiły dość żałosny widok, oświetlony jedynie paroma świecami trzymanymi w drobnych garściach. Natychmiast posypały się pytania.