Выбрать главу

– Co się dzieje?

– Napadli nas?

– To Czarny?

Egwene uniosła obie dłonie do góry, a dziewczęta na szczęście umilkły.

– Seanchanie zaatakowali Wieżę – powiedziała z całkowitym spokojem. – Przybyli tu, żeby wyłapać wszystkie kobiety, które potrafią przenosić; mają swoje sposoby, aby je zmusić, by im służyły. To nie jest Ostatnia Bitwa, niemniej znalazłyśmy się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie pozwolę im zniewolić żadnej z was. Należycie do mnie.

W korytarzu zapanowała grobowa cisza. Oczy wszystkich zgromadzonych wpatrzone były w nią-z nadzieją, z lękiem. Było tu jakieś pięćdziesiąt nowicjuszek. Może trochę więcej. Wystarczy.

– Nicola, Jasmen, Yeteri, Inala – wymieniła Egwene, wybierając te, które wedle jej wiedzy najlepiej radziły sobie z Jedyną Mocą. – Wystąpcie naprzód. Reszta niech uważa. Zaraz się nauczycie czegoś nowego.

– Czego, Matko? – zapytała jedna z nich.

„Światłości, żeby się udało” – pomyślała Egwene.

– Mam zamiar nauczyć was, jak się łączyć w krąg.

Odpowiedzią były pełne napięcia westchnienia. To nie było coś, o czym bodaj wspominało się nowicjuszkom, lecz Egwene nie miała zamiaru dopuścić, aby sul’dam zdobyły kwatery narybku Wieży bez walki!

Nauczenie ich metody łączenia się w krąg zabrało denerwująco dużo czasu, którego każdy moment wypełniony był kolejnymi wybuchami i krzykami. Nowicjuszki były wyraźnie przestraszone i to utrudniało całą sprawę – niektóre miały kłopoty nawet z objęciem Źródła, a co dopiero z nauczeniem się nowej i niełatwej techniki operowania Mocą. To, czego nauczenie się wymagało od Egwene ledwie paru prób, nowicjuszki zaczęły wstępnie pojmować dopiero po dobrych pięciu minutach wypełnionych łomotaniem krwi w skroniach.

Nicola okazała się nadzwyczaj pomocna. Jeszcze w Salidarze nauczyła się łączyć w krąg z innymi siostrami, mogła więc pokazywać wszystko najbardziej opornym. Kiedy tamte ćwiczyły, Nicola i Egwene stworzyły demonstracyjny krąg. Młoda nowicjuszka otworzyła się na Źródło, ale zatrzymała się na samej granicy tego pełnego poddania strumieniowi Jedynej Mocy i pozwoliła, żeby Egwene przejęła całą jej siłę. Udało się, dzięki Światłości! Gdy Moc wypełniła ją, Egwene poczuła zalewający ją przypływ uniesienia, którego od tak dawna jej odmawiano, nie licząc najbardziej skromnych tylko manifestacji. Jakież to było słodkie! Świat wokół zatętnił życiem, dźwięki zabrzmiały bardziej melodyjnie, barwy zyskały na głębi i pięknie.

Uśmiechnęła się do tych doznań. W więzi kręgu czuła Nicolę, jej strach, kłębiące się emocje. Egwene wchodziła w swym życiu w skład tylu kręgów, że umiała odseparować samą siebie od tamtej, lecz równocześnie pamiętała tamten pierwszy raz, gdy poczuła się częścią czegoś znacznie większego niż ona sama.

Otworzenie się na krąg wymagało specjalnej umiejętności. Nie była ona szczególnie trudna do nauczenia się, należało jednak pamiętać, że czas gonił je niemiłosiernie. Na szczęście kilka dziewczyn poradziło sobie w miarę szybko. Yeteri, drobna blondynka wciąż odziana w koszulę nocną, była jedną z pierwszych. Inali, miedzianoskórej, chudej Domani, nie zabrało to wiele więcej czasu. Egwene skwapliwie włączyła je do kręgu, który tworzyła z Nicolą. Moc wlała się w nią szeroką strugą.

W następnej kolejności zajęła się pozostałymi. Na podstawie rozmów z nowicjuszkami, jakie przeprowadziła podczas swego pobytu w Wieży, miała pewne pojęcie, które z nich najlepiej radzą sobie ze splotami, które zaś są najbardziej rozsądne i opanowane. Nie zawsze były to te najsilniejsze, lecz nie miało to znaczenia, gdy w grę wchodził krąg i wspólnota Mocy, jaką dawał. Błyskawicznie podzieliła więc nowicjuszki na odpowiednio dobrane grupki, wyjaśniając równocześnie, jak sięgnąć ku Źródłu poprzez więź. Pozostawało mieć nadzieję, że przynajmniej kilka pojmie to w lot.

Przede wszystkim liczyło się to, że Egwene miała teraz dostęp do Jedynej Mocy. I to całkiem dużej ilości – było jej prawie tyle, ile przywykła czerpać, gdy nie poddawano jej terapii widłokorzeniem.

Uśmiechnęła się drapieżnie i zaczęła tworzyć splot tak skomplikowany, że na jego widok kilka nowicjuszek aż się przestraszyło.

– To, co właśnie widzicie, jest czymś, czego pod żadnym pozorem nie wolno wam próbować – ostrzegła Egwene. – Mówię również do tych, które teraz kierują kręgami. Jest to zbyt trudne i dalece zbyt niebezpieczne.

W głębi korytarza powietrze przecięła pręga światła, która po chwili zaczęła się obracać wokół własnej osi. Egwene miała nadzieję, że Brama otworzy się we właściwym miejscu – kierowała się instrukcjami Siuan, które były jednak cokolwiek niejasne, choć równocześnie miała w pamięci oryginalny opis miejsca, jaki przedstawiła jej Elayne.

– Nie wolno wam też – ciągnęła dalej, zwracając się do nowicjuszek surowym głosem – bez mojego wyraźnego polecenia demonstrować tego splotu żadnej kobiecie, nawet innej Aes Sedai. – Wątpiła, aby to zastrzeżenie było konieczne, splot był na tyle skomplikowany, że nie zapamięta go więcej niż kilka z nich.

– Matko? – pisnęła dziewczyna z jastrzębim nosem imieniem Tamala. – Uciekasz? – W jej głosie dźwięczały tony strachu i słabsze tony nadziei, jakby wierzyła, że Egwene zabierze ją ze sobą.

– Nie – powiedziała Egwene. – Za moment będę z powrotem. Kiedy wrócę, chcę tu mieć przynajmniej kilka działających kręgów!

Na czele skromnego orszaku złożonego z Nicoli i jej dwóch pomocnic Egwene przeszła przez bramę do pomieszczenia, w którym panowała całkowita ciemność. Szybko splotła kulę światła, a jej blask wydobył z mroku wnętrze magazynu o ścianach szczelnie zabudowanych półkami. Z gardła wyrwało się jej westchnienie ulgi. Podana lokalizacja okazała się właściwa.

Na biegnących wzdłuż ścian półkach – jak też na dwóch regałach stojących pośrodku pomieszczenia – leżały przedmioty o najróżniejszych formach i kształtach. Kryształowe kule, małe statuetki egzotycznej proweniencji, tu szklany wisior pobłyskujący niebieskawo w świetle, tam para potężnych metalowych rękawic z mankietami obrzeżonymi ognistymi łzami. Egwene śmiało wkroczyła do środka, zostawiając za sobą skamieniałe ze zdziwienia nowicjuszki. Zapewne wyczuwały to, co ona wiedziała – że to instrumenty Jedynej Mocy. Ter’angreale, angreale, sa’angreale. Relikty Wieku Legend.

Egwene rozejrzała się po półkach. Przedmioty ogniskujące Jedyną Moc słusznie uważano za niebezpieczne – chyba że się z góry wiedziało, do czego przedmiot służy i jak się nim posługiwać. Na pólkach wokół niej czyhała śmierć. Gdyby tylko…

Uśmiechnęła się szeroko, podeszła do jednego z regałów i z górnej półki ściągnęła smukłą białą różdżkę, długą jak jej przedramię. Znalazła ją! Przez chwilę z szacunkiem trzymała różdżkę w dłoni, potem sięgnęła ku Źródłu i wsączyła w przedmiot strumień Mocy. Zalał ją niewypowiedziany, niemal przemożny strumień.

Yeteri aż zaparło dech, kiedy wyczuła, co się dzieje. Niewielu kobietom było dane dzierżyć taką potęgę. Płynęła ku Egwene niczym nieskończone tchnienie powietrza wciąganego w płuca. Budziła w piersiach chęć nieposkromionego wrzasku. Spojrzała na trzy nowicjuszki i uśmiechnęła się do nich.

– Teraz jesteśmy gotowe – oznajmiła.

Niech przyjdą sul’dam i spróbują oddzielić ją tarczą od Źródła, kiedy ona dzierży najpotężniejszy sa’angreal, jaki znajdował się w posiadaniu Aes Sedai. Biała Wieża nie upadnie, póki ona Zasiada na Tronie Amyrlin! A przynajmniej nie bez walki na miarę Ostatniej Bitwy.