– Brzmi to dość mgliście. – Siuan splotła ramiona na piersiach. – Nie mogę się zgodzić w ciemno.
– Cóż, będziesz musiała – rzekł Bryne, spoglądając jej w oczy.
– Dobrze, ale żeby to nie było nic nieprzyzwoitego, Gareth’cie Bryne.
Zmarszczył brwi.
– O co chodzi? – zapytała.
– Dziwne – rzekł, uśmiechając się. – Znam teraz twoje uczucia. Wiem, na przykład… – Urwał, a ona z kolei poczuła w więzi zobowiązań lekkie zawstydzenie.
„Doskonale wie, że na poły chciałabym, aby domagał się ode mnie jakichś nieprzyzwoitości!” – zrozumiała Siuan, wstrząśnięta. „Krwawe popioły!”. Omal się nie zarumieniła. W perspektywie cała sytuacja stawała się coraz bardziej niepokojąca.
– Och, Błogosławiona Światłości… Zgadzam się na twoje warunki, draniu. Na koń. Musimy ruszać.
Przytaknął.
– Muszę jeszcze wydać rozkazy oficerom na wypadek, gdyby walki przeniosły się poza miasto. Zabiorę z nami setkę najlepszych gwardzistów. Siła dostatecznie niewielka, żeby prześlizgnąć się niepostrzeżenie, zakładając, że ta furta naprawdę istnieje.
– Istnieje – odparła. – Jedziemy!
Zasalutował jej – naprawdę! – z kamienną twarzą, choć w więzi czuła, że wewnętrznie się uśmiecha. Poza tym doskonale wiedział, że ona czuje ten uśmiech. Nieznośny mężczyzna! Spojrzała na Gawyna, który z siodła przysłuchiwał się niezrozumiałej dla niego wymianie zdań.
– O co chodzi? – zapytał.
– Okazało się, że nie musimy jechać sami. – Siuan zaczerpnęła głęboko powietrza i włożyła stopę w strzemię Beli. Koniom nie można było ufać, nawet Beli, która z nich wszystkich była i tak najlepsza. – Co oznacza, że nasze szanse na przeżycie na tyle długo, żeby odnaleźć Egwene, nieco wzrosły. I całe szczęście, ponieważ skutkiem tego, co właśnie zamierzamy zrobić, z pewnością będzie nas chciała własnoręcznie zamordować.
Adelorna Bastine biegła korytarzami Białej Wieży. Chyba pierwszy raz w życiu przeklinała nadwrażliwość zmysłów, którą przynosiła ze sobą Jedyna Moc. Jej nozdrza wyraźniej wyczuwały wonie, ale oznaczało to, że wyraźniej również czuła smród spalenizny i krwi. Barwy żywiej tętniły przed jej oczami, lecz widziała tylko blizny popiołu na strzaskanym kamieniu rażonym smagnięciami błyskawic i uderzeniami ognistych kul. Słyszała najdrobniejsze nawet odgłosy, cóż z tego, skoro były to tylko wrzaski, przeklinania i drapieżne krzyki tych latających bestii.
Ledwie łapiąc oddech, przebrnęła przez odcinek ciemnego korytarza i dotarła do skrzyżowania. Zatrzymała się, przykładając rękę do piersi. Gdzie były punkty oporu? Światłości, przecież gdzieś jeszcze siostry stawiały czoła wrogom, nieprawdaż? Gromadka Zielonych stanęła przy jej boku i walczyła. Widziała, jak poległa Josaine, kiedy splot Ziemi zdruzgotał ścianę za jej plecami i widziała Martherę, zniewoloną za pomocą jakiejś metalowej smyczy, którą jej założono na szyję. Adelorna nawet nie wiedziała, gdzie mogą być jej Strażnicy. Jeden był ranny. Drugi żył. Trzeci… o trzecim w ogóle nie chciała myśleć. Światłości, spraw, żeby udało jej się dotrzeć przynajmniej do rannego Tarlica.
Wstała, otarła krew ze skaleczonego kamiennym odłamkiem czoła. Wrogów było tak wielu, w dziwnych hełmach, wykorzystywali kobiety jako broń. Na dodatek kobiety perfekcyjnie wyszkolone w tworzeniu śmiercionośnych splotów! Adelorna poczuła napływ wstydu. Bojowe Ajah! Zielone, którymi dowodziła, zostały rozbite w ciągu kilku minut.
Ciężko łapiąc powietrze, szła dalej w głąb korytarza. Starała się trzymać z dala od zewnętrznego muru Wieży, gdzie zapewne najłatwiej można było się natknąć na napastników. Wciąż powracało pytanie: czy zdołała zgubić tych, którzy szli za nią? Gdzie się znajdowała? Dwudziesty drugi poziom? Straciła rachubę klatek schodowych, jakie pokonała.
W pewnej chwili zamarła, gdyż wyczuła, że gdzieś po prawej stronie ktoś korzysta z Mocy. Mogła to być któraś z sióstr, mogli to być wrogowie. Zawahała się, lecz w końcu zacisnęła zęby. Była przecież kapitanem-generałem Zielonych Ajah! Nie może po prostu uciec do jakiejś dziury.
W korytarzu, skąd czuła Moc, rozbłysło światło pochodni. Zobaczyła złowieszcze cienie ludzi w dziwnych zbrojach. Zza rogu wypadł na nią oddział wroga, mieli ze sobą dwie kobiety, połączone smyczą. Adelorna jęknęła, odwróciła się i pobiegła co sił w nogach. Nie uciekła daleko, gdy poczuła spadającą na nią tarczę, jednak jej połączenie ze Źródłem było tak silne, że zanim tarcza je przecięła, zdążyła już zniknąć za rogiem. Nie zatrzymała się ani na moment, biegła dalej, ogłupiała, bez tchu.
Nie zastanawiając się nad wyborem drogi, skręciła za najbliższy róg i omal nie wypadła przez szczelinę ziejącą w murze. Krzyknęła. Przez chwilę balansowała na krawędzi otworu, mając przed oczyma niebo pełne straszliwych bestii i rozbłysków ognia. Jakoś odzyskawszy równowagę, cofnęła się kilka kroków, a potem odwróciła i znów ruszyła biegiem, byle dalej od dziury w murze. Po prawej ręce dostrzegła stertę gruzu. Zaczęła się wspinać po strzaskanych kamieniach. Dalej korytarz był pusty! Wystarczy tylko…
I wtedy między nią a Źródłem opadła tarcza, tym razem odcinając ją całkowicie od Jedynej Mocy. Jęknęła, osunęła się na ziemię. Nie da się pokonać! Nie da się! Tylko nie to!
Próbowała dalej pełznąć naprzód, lecz wokół jej kostki zacisnął się strumień Powietrza i zaczął ją ciągnąć z powrotem po strzaskanych płytkach posadzki. Nie! Wkrótce leżała u stóp żołnierzy, którym teraz towarzyszyły dwie pary kobiet połączonych smyczami. Jedna z każdej pary ubrana była w szarą suknię, druga miała na sobie czerwienie i błękity ozdobione wzorem grotów błyskawic.
Podeszła do nich następna kobieta w czerwieniach i błękitach. W ręku trzymała coś połyskującego srebrem. Z gardła Adelorny wyrwał się krzyk protestu, wszystkie swoje siły rzuciła przeciwko oddzielającej ją od Źródła tarczy. Na nic. Tamta kobieta spokojnie przyklękła i srebrny kołnierz zatrzasnął się z metalicznym trzaskiem na szyi Adelorny.
To się nie działo naprawdę! Takie rzeczy się nie zdarzały!
– Ach, ślicznie – powiedziała z lekkim śpiewnym akcentem. – Mam na imię Gregana, a ty będziesz odtąd Sivi. Sivi będzie dobrą damane. Widać na pierwszy rzut oka. Długo czekałam na tę chwilę, Sivi.
– Nie – szepnęła Adelorna.
Gregana uśmiechnęła się szeroko.
– Tak.
Wtedy stało się coś, czego nie spodziewała się żadna z nich – kołnierz sam się rozpiął, ześlizgnął z szyi Adelorny i spadł na posadzkę. Gregana potoczyła wokół ogłupiałym spojrzeniem, a moment później spłonęła w eksplozji płomieni.
Z szeroko otwartymi oczami Adelorna usunęła się instynktownie przez palącym żarem. Po chwili obok niej upadło na posadzkę ciało w resztkach zwęglonej czerwono-niebieskiej sukni, wokół rozszedł się przykry zapach spalonego ciała. Dopiero wtedy Adelorna zdała sobie sprawę, że za jej plecami jakaś kobieta przenosi niemal niewyobrażalny strumień Jedynej Mocy.
Towarzyszące żołnierzom kobiety też to poczuły i były równie zaskoczone. Krzyczały, odziane w szarości służki na smyczach zaczęły splatać tarcze. Okazało się to niezbyt szczęśliwym pomysłem, ponieważ w jednej chwili z towarzyszeniem dwóch metalicznych trzasków ich kołnierze zostały otwarte przez misterne strumyczki Powietrza, poruszające się z niewyobrażalną szybkością. Ułamek sekundy później jedną z kobiet w czerwieniach i błękitach trafiła błyskawica, podczas gdy drugą jęzory płomieni otoczyły niczym atakujące węże. Umierając, wrzasnęła; obok rozległ się okrzyk któregoś z żołnierzy. Zapewne był to rozkaz odwrotu, ponieważ reszta natychmiast rzuciła się do ucieczki, zostawiając za sobą dwie kobiety wyswobodzone z niewoli strumieniami Powietrza.