Выбрать главу

Wiosłujący żołnierze rytmicznie pochylali się i prostowali, łódź Gawyna wdzięcznie sunęła obok łodzi Bryne’a. Razem wpłynęły pod nawis resztek starożytnej konstrukcji nachylający się nad rzeką. Gawyn stracił z oczu widok szaleńczej bitwy – choć wciąż słyszał łomot, odgłosy eksplozji i przypominający szum odległego deszczu szmer kamiennych odłamków sypiących się na bruk.

Uniósł latarnię, otworzył drobną szczelinę w osłonie. W słabym strumyczku światła zobaczył to, co żołnierzowi Bryne’a dane było zobaczyć odrobinę wcześniej. Wyspę, na której położone było Tar Valon, otaczał potężny falochron zbudowany przez Ogirów i stanowiący część pierwotnego projektu miasta – dzięki niemu nie następowała erozja brzegów wyspy. Jak większość prac Ogirów, konstrukcja uderzała swą urodą. Kamień wyprowadzony delikatnym łukiem ponad wodę, jakieś pięć stóp nad powierzchnią, tworzył wykusz niby piana na grzywaczu. W bladym świetle podbrzusze tej architektury zdawało się tak realistyczne, tak misterne, że trudno było odróżnić miejsce, w którym kończył się kamień, a zaczynała woda.

W jednej z tych kamiennych fal otwierała się szczelina, niemal niemożliwa do dostrzeżenia, nawet z bliska. Żołnierze Bryne’a kierowali jego łódź ku temu właśnie rozwarciu, ograniczonemu po bokach i od góry ścianą. Łódź Siuan popłynęła za tamtą pierwszą, Gawyn dał swym wioślarzom znak, żeby ruszyli za nimi. Wpłynęli w bardzo wąski tunel i można już było otworzyć szerzej przesłony latarń. W ich świetle ukazały się obrośnięte porostami ściany, na których widniały poziome ślady zostawione przez powierzchnię wody. Z ich położenia wynikało, że przez wiele lat tunel pozostawał całkowicie zatopiony.

– Prawdopodobnie był to tunel roboczy – dobiegł z przodu głos Bryne’a, niosąc się echem w wilgotnej przestrzeni. Nawet plusk wioseł brzmiał tu znacznie bardziej donośnie, podobnie jak mlaskające odgłosy rzeki. – Miał umożliwiać konserwatorom dostęp do kamiennej ściany.

– Zupełnie nie interesuje mnie cel budowy tego tunelu – odezwała się Siuan. – Wystarczy mi, że on tu jest. Natomiast z lekka przeraża mnie, że wcześniej nic mi nie było wiadome o jego istnieniu. Jednym z walorów obronnych Tar Valon jest fakt, że nie sposób się doń dostać inaczej, jak przez mosty. Dzięki temu mamy pełną kontrolę nad tym, kto wchodzi i wychodzi z miasta.

Bryne parsknął cicho, tunel podchwycił odgłos.

– W mieście tej wielkości nie da się nad wszystkim zapanować, Siuan. Można wręcz powiedzieć, że te mosty tworzą fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Jasne, dla armii najeźdźców to miasto jest nie do zdobycia… ale nawet jeśli ma się fortyfikacje zwarte i zbite niczym dobrze wypchany materac, zawsze znajdzie się w nich parę dziur, przez które przemkną sprytne pchły.

Siuan umilkła. Gawyn oddychał regularnie, próbując opanować ogarniające go podniecenie. W końcu zrobił coś, żeby pomóc Egwene. Zabrało to strasznie dużo czasu. Światłości, spraw, żeby nie było za późno!

Ściany tunelu zatrzęsły się od odległej eksplozji. Gawyn zerknął przez ramię w kierunku pozostałych dziesięciu łodzi, wypełnionych po burty nieco zaniepokojonymi żołnierzami. Trudno było im się dziwić – zmierzali prosto w strefę walk między dwiema stronami, z których każda miała nad nimi zdecydowaną przewagę, a żadna nie miała powodów, żeby szczególnie za nimi przepadać, i które wreszcie posługiwały się Jedyną Mocą. Tylko zupełnie wyjątkowy człowiek potrafił bez zmrużenia oka stawić czoła takiej sytuacji.

– Tutaj – rzekł Bryne.

Jego sylwetka była ciemnym kształtem na tle światła latarni. Uniósł rękę, zatrzymując łodzie. W prawej ścianie tunelu ział otwór, za jego kamiennym progiem czekały schody. Wodny tunel ciągnął się dalej.

Bryne wstał, zgarbiony wygramolił na kamienny podest i zacumował swoją łódź do pachołka. Żołnierze szybko poszli jego śladem, każdy niósł w dłoniach niewielką brązową paczkę. Co oni tam mieli? Gawyn dopiero teraz zorientował się, że zabrali coś takiego ze sobą. Ostatni żołnierz opuścił łódź, odcumował ją i odsunął trochę w głąb kanału, a cumę podał towarzyszowi z łodzi Siuan. Żołnierze wysiadali z kolejnych łodzi, które związane razem powoli przesuwały się w głąb kanału. Ostatnia grupa przywiąże swoją łódź do pachołka i dzięki temu wszystkie zostaną razem na miejscu.

Kiedy przyszła jego kolej, Gawyn wyszedł na kamienny podest, a potem truchtem pokonał schody, które zaprowadziły go na bruk niewielkiej uliczki. Wyjście to zostało zapewne już dawno zapomniane przez wszystkich, z wyjątkiem jakichś żebraków, którzy spędzali tu noce. Kilku żołnierzy właśnie wiązało im ręce i nogi w głębi uliczki. Gawyn skrzywił się, ale nic nie powiedział. Po żebrakach można było się spodziewać, że sprzedadzą dowolne tajemnice każdemu, kto będzie chciał słuchać, a wieści o stuosobowym oddziale żołnierzy mogły w ich oczach być warte brzęczącej monety Gwardii Wieży.

Bryne stał razem z Siuan u wylotu uliczki, oboje wyglądali zza rogu. Gawyn dołączył do nich, trzymając dłoń na rękojeści miecza. Jak okiem sięgnąć, ulice były puste. Najprawdopodobniej ludzie pochowali się w domach, czekając, aż rajd dobiegnie końca.

Żołnierze zebrali się w głębi uliczki. Bryne odkomenderował dziesięciu do strzeżenia łodzi. Pozostali otworzyli miękkie brązowe paczki, które Gawyn zobaczył dopiero przed chwilą, i wyciągnęli z nich zwinięte białe kaftany. Jak na komendę założyli je przez głowy i przewiązali w pasie. Na każdym był płomień Tar Valon.

Gawyn gwizdnął przez zęby, choć Siuan z ramionami wspartymi na biodrach patrzyła na cały spektakl wzrokiem pełnym niesmaku.

– Skąd to wzięliście?

– Kazałem je uszyć kobietom z zewnętrznego obozu – wyjaśnił Bryne. – Zawsze dobrze jest mieć pod ręką kilka egzemplarzy munduru wroga.

– To nadzwyczaj niewłaściwe – oznajmiła, zaplatając ramiona na piersi. – Służba w Gwardii Wieży to święty obowiązek. To…

– To są nasi wrogowie, Siuan – surowo napomniał ją Bryne. – Przynajmniej na razie. A ty już nie jesteś Amyrlin.

Spojrzała na niego groźnie, ale pohamowała język. Bryne tymczasem dokonał przeglądu oddziału i na koniec z zadowoleniem skinął głową.

– Z bliska nikogo nie wprowadzą w błąd, ale z daleka ujdzie. Dobra, na ulicę i formować szyk. Potem szybkim krokiem ku Wieży, jakbyśmy szli na pomoc. Siuan, jakaś kula światła lub dwie dodadzą wiarygodności przedstawieniu… Jeżeli ktoś zobaczy, że mamy na czele Aes Sedai, nie będzie taki chętny do zadawania pytań.

Parsknęła, ale wykonała polecenie – splotła dwie kule światła, a potem zawiesiła je nad swoją głową. Bryne dał znak i żołnierze skrupulatnie zastosowali się do jego rozkazów. Gawyn, Siuan i Bryne zajęli miejsca na czele pochodu – Gawyn i generał mieli iść tuż przed Siuan, jak postąpiliby jej Strażnicy – a potem cały oddział ruszył szybkim krokiem ku Wieży.

Maskarada była całkiem przekonująca. Gawyn sam pewnie by się na pierwszy rzut oka nie zorientował. Cóż bardziej naturalnego niż dowodzony przez Aes Sedai i jej dwóch Strażników oddział Gwardii Wieży maszerujący na pole walki? Z pewnością było to lepsze rozwiązanie niż próba przemykania się stu ludzi bocznymi uliczkami.

Im bliżej byli terenów Wieży, tym bardziej widok wokół nich przypominał krajobraz z sennego koszmaru. Rozjarzone czerwonym blaskiem kłęby dymu spowijały białą iglicę złowrogą szkarłatną mgiełką. Nienaganną ongiś konstrukcję majestatycznej budowli znaczyły dziury i długie szczeliny pęknięć – gdzieniegdzie wyzierały z nich jęzory płomieni. Na niebie niepodzielnie panowały rakeny, szybujące i kołujące wokół Wieży niczym mewy nad truchłem wieloryba. W powietrzu słychać było wrzaski i krzyki, czuło się kwaśny swąd dymu, od którego Gawyna zaczęło drapać w gardle.