Выбрать главу

Żołnierze Bryne’a zwalniali stopniowo kroku. Stawało się jasne, że atak poszedł w dwóch kierunkach: ku podstawie Wieży z jej dwoma skrzydłami, gdzie wciąż błyskały eksplozje, a ziemia zasłana była ciałami rannych i umierających, oraz ku samej iglicy, mniej więcej w połowie jej wysokości, skąd teraz przez wybite w murze szczeliny leciały na atakujących kule ogniste i błyskawice. Pozostałe części Wieży były martwe i ciche, choć należało przypuszczać, że i tam w korytarzach toczą się walki.

Oddział zatrzymał się pod żelazną bramą strzegącą wejścia na tereny Wieży. Jej skrzydła były rozwarte, nikt tu nie stał na straży. Zły znak.

– Co teraz? – szepnął Gawyn.

– Szukamy Egwene – odparta Siuan. – Zaczniemy od podstawy Wieży, a potem zejdziemy na dół do podziemi. Jeszcze dziś siedziała w którejś celi, więc prawdopodobnie najlepiej zacząć od lochów.

Deszcz kamiennych odłamków posypał się z sufitu na stół, a Biała Wieża zadygotała od kolejnego wybuchu. Saerin zaklęła pod nosem, strzepnęła odpryski kamienia z blatu, a potem rozwinęła na nim szeroki pergamin, obciążając go z obu stron sporymi kawałkami odłamanych płytek.

W pomieszczeniu wokół niej panował istny chaos. Razem z innymi siostrami znajdowała się na parterze Wieży, a dokładnie we frontowej komnacie audiencyjnej, która była wielkim pomieszczeniem na planie kwadratu, usytuowanym w miejscu, gdzie lewe skrzydło Wieży spotykało się z właściwą budowlą. Żołnierze Gwardii Wieży przestawili stoły pod ściany, żeby zrobić miejsce dla wciąż wchodzących i wychodzących ludzi. Aes Sedai lękliwie spoglądały w okna, nie potrafiąc oderwać wzroku od nieba. Strażnicy chodzili w tę i we w tę niczym zamknięte w klatce zwierzęta. Co mieli począć przeciwko latającym bestiom? Więc najlepiej, że znajdowali się tutaj, strzegąc ośrodka dowodzenia. Saerin przybyła tu dosłownie przed chwilą.

Podeszła do niej siostra w zielonej sukni. Moradri była smukłą Mayenianką o smagłej skórze, za nią jak cienie wędrowali dwaj przystojni Strażnicy, też Mayenianie. Plotka głosiła, że byli jej braćmi, którzy przybyli do Wieży, żeby strzec swej siostry, jednak sama Moradri nie wypowiadała się w tej sprawie.

– Ile? – bez żadnych wstępów zażądała odpowiedzi Saerin.

– Na poziomie parteru jest przynajmniej czterdzieści siedem sióstr – odpowiedziała Moradri. – Z różnych Ajah. Pewności nie mam, ponieważ walczą w rozproszonych grupkach. Powiedziałam im, że organizujemy tu centrum dowodzenia. Większość uznała to chyba za dobry pomysł. Choć wiele było zbyt zmęczonych, wstrząśniętych lub wręcz ogłupiałych, aby odpowiedzieć inaczej niż skinieniem głowy.

– Zaznacz na tym planie miejsca, gdzie toczą się walki – poleciła Saerin. – Znalazłaś Elaidę?

Moradri przecząco pokręciła głową.

– Cholera – mruknęła Saerin, gdy Wieża zatrzęsła się znowu. – Co z Zielonymi siostrami?

– Żadnej nie udało mi się znaleźć – odrzekła Moradri, zerkając przez ramię. Zapewne chciała już wracać w ogień walki.

– Szkoda – mruknęła Saerin. – W końcu każą na siebie mówić Bojowe Ajah. Cóż, wobec tego sama będę musiała się zająć dowodzeniem.

Moradri wzruszyła ramionami.

– Na to wychodzi. – Znowu obejrzała się za siebie. Saerin zmierzyła wzrokiem Zieloną siostrę, a potem postukała palcem w plan.

– Najpierw zaznacz ogniska walk, Moradri. Wkrótce będziesz mogła wrócić w bój, tymczasem jednak twoja wiedza jest dla nas ważniejsza.

Zielona siostra westchnęła, lecz postąpiła, jak jej polecono, i szybko zaczęła nanosić znaki na plan. Gdy pracowała pochylona nad stołem, Saerin uniosła wzrok i z zadowoleniem zobaczyła wchodzącego do sali kapitana Chubaina. Wyglądał młodo jak na swoje czterdzieści siedem zim, czarnych włosów nie znaczyło nawet pojedyncze pasmo siwizny. Zdarzali się mężczyźni, którzy drwili z jego nazbyt urodziwej twarzy, twierdząc, że ktoś taki nie może być dobrym wojownikiem – z tego, co Saerin słyszała, prześmiewców tych zazwyczaj szybko szacunku uczył jego miecz.

– Ach, dobrze – powiedziała. – W końcu coś idzie, jak powinno. Kapitanie, proszę do mnie.

Podszedł do stołu, wyraźnie utykając na prawą nogę. Narzucony na kolczugę biały kaftan znaczyły ślady ognia, twarz miał uwalaną sadzą.

– Saerin Sedai – powiedział, kłaniając się. – Jesteś ranny.

– To tylko draśnięcie, Aes Sedai, w obliczu tego, co dzieje się wokół…

– Tak czy siak, zadbaj, żeby cię Uzdrowiono – rozkazała. – Byłoby zupełnym absurdem, gdyby dowódca naszej gwardii narażał się na śmierć z powodu zwykłego „draśnięcia”. Jeżeli potkniesz się w nieodpowiednim momencie, w jednej chwili możemy cię stracić.

Kapitan podszedł bliżej i przemówił cichym głosem:

– Saerin Sedai, w tej walce Gwardia Wieży jest właściwie bezużyteczna. Ponieważ Seanchanie masowo wykorzystują te… potworne kobiety, właściwie nie jesteśmy w stanie się do nich zbliżyć, żeby nie zostać rozerwani na strzępy lub spaleni na popiół.

– Wobec tego musicie zmienić taktykę, kapitanie – oznajmiła zdecydowanie Saerin. Światłości, co za bałagan! – Powiedz swoim ludziom, żeby używali łuków. Nie podchodźcie blisko do przenoszących wroga. Strzelajcie z daleka. Pojedyncza strzała może przechylić szalę bitwy na naszą korzyść, w końcu przewaga liczebna jest zdecydowanie po naszej stronie.

– Tak jest, Aes Sedai.

– Jak by powiedziały Białe, to sprawa prostej logiki – stwierdziła. – Kapitanie, naszym najważniejszym zadaniem jest stworzenie tutaj centrum dowodzenia. Dotąd Aes Sedai i żołnierze walczyli na własną rękę, niczym szczury ścigane przez wilki. Musimy stworzyć wspólny front.

O czym wszakże nie wspomniała, to o swoim głębokim zawstydzeniu. Aes Sedai przez wieki kierowały królami i losami wojen, jednak teraz – kiedy zaatakowano ich sanktuarium – wykazywały rozpaczliwą nieudolność w jego obronie.

„Egwene miała rację” – pomyślała. „I to nie tylko przewidziawszy ten atak, lecz również besztając nas za to, że jesteśmy podzielone”. Saerin nie potrzebowała raportów Moradri czy łączników, żeby wiedzieć, iż rozmaite Ajah toczą tę bitwę niezależnie od siebie.

– Kapitanie – rzekła. – Moradri Sedai nanosi na ten plan położenie ognisk walk. Dowiedz się od niej, gdzie walczą które Ajah, ma doskonałą pamięć, więc zapewne przekaże ci liczne przydatne detale. Wyślij w moim imieniu łączników do wszystkich grup Brązowych i Żółtych. Każ im się zgłosić u mnie, w tej komnacie. W następnej kolejności wyślij łączników do innych grup, by je poinformować, że wkrótce doślemy im po jednej Brązowej lub Żółtej siostrze, które będą Uzdrawiać rannych. Uzdrawianiem będziemy się zajmować również tutaj. Każdego rannego należy natychmiast odesłać do tej komnaty.

Zasalutował.

– Och – zreflektowała się – i poślij kogoś na zewnątrz Wieży, żeby się zorientował, którędy wtargnął wróg. Musimy wiedzieć, skąd przyszło główne uderzenie.

– Aes Sedai… – zaczął kapitan. – Na zewnątrz jest niebezpiecznie. Kobiety wroga rażą ogniem z góry wszystko, co się rusza.

– Wobec tego poślij żołnierzy, którzy zręcznie się maskują – warknęła.

– Tak jest, Aes Sedai. My…

– To jest kompletna katastrofa! – odezwał się czyjś wściekły głos.

Saerin odwróciła się i zobaczyła wchodzące do komnaty cztery Czerwone siostry. Notasha miała na sobie białą suknię pokrytą na lewym boku plamami krwi, choć poruszała się tak żwawo, że jeśli nawet była to jej krew, musiała zostać wcześniej Uzdrowiona. Bujne czarne włosy Katerine były splątane i przyprószone kamiennym pyłem. Suknie pozostałych dwóch kobiet były podarte, a ich twarze pokryte popiołem.