Выбрать главу

– Jak oni śmieli nas zaatakować! – kontynuowała swą przemowę Katerine, idąc przez komnatę. Żołnierze pierzchali jej z drogi, a niezbyt wpływowe siostry, które zgromadziły się pod rozkazami Saerin, nagle znalazły sobie jakieś pilne zajęcia w kątach pomieszczenia. W tle brzmiały głuche łomoty eksplozji, jakby trwał właśnie pokaz Iluminatorów.

– Najwyraźniej ośmielili się, ponieważ dysponowali środkami i wolą – odparła Saerin, tłumiąc budzącą się w niej irytację i przyoblekając twarz w maskę spokoju. Nie poszło jej łatwo. – Jak dotąd atak okazał się nadzwyczaj skuteczny.

– Przejmuję dowodzenie – warknęła Katerine. – Musimy ogniem wypalić Wieżę i zgładzić ich co do jednego!

– Nie przejmujesz dowodzenia – zdecydowanie oznajmiła Saerin. Nieznośna kobieta! Spokój, spokój jest najważniejszy. – Nie przeprowadzimy też żadnej ofensywy, która, jak wnioskuję z twych słów, ci się marzy.

– Ośmielisz się stanąć mi na drodze? – warknęła Katerine i w rozbłysku ognia otoczyła ją poświata saidara. – Brązowa?

Saerin uniosła brew.

– Od kiedy to Mistrzyni Nowicjuszek jest wyższa rangą od Zasiadającej Komnaty, Katerine?

– Ja…

– Egwene al’Vere przewidziała to, co się wokół nas dzieje – oświadczyła Saerin, krzywiąc się. – Możemy więc zakładać, że prawdą są wszystkie pozostałe rzeczy, jakie nam mówiła o Seanchanach. Seanchanie chwytają potrafiące przenosić kobiety, niewolą, a później używają jako broni. Nie towarzyszyły im żadne siły lądowe, które zresztą i tak nie dałyby rady przedrzeć się przez nasze terytorium. Należy z tego wnosić, że jest to rajd mający na celu schwytanie tak wielu z nas, ile się da. Jak na rajd, bitwa i tak już się bardzo przeciąga, jest to prawdopodobnie skutek naszego słabego oporu: tamci uznali, że nie muszą się spieszyć. Tak czy siak, powinnyśmy zewrzeć szyki i próbować ich powstrzymać. Kiedy ich ataki zaczną się załamywać, wycofają się. Zresztą nie dysponujemy pozycjami pozwalającymi „ogniem wypalić Wieżę” i zmusić ich do odwrotu.

Katerine zawahała się, zastanawiając nad usłyszanymi słowami. Na zewnątrz rozległ się kolejny grzmot.

– Po co te wybuchy? – zapytała zdenerwowana Saerin. – Czy nie wybili już dość dziur w murach?

– To nie było uderzenie wycelowane w Wieżę! – dobiegł ją od wejścia do komnaty głos jednego z żołnierzy; mężczyzna stał przy oknie wychodzącym na ogród.

„Ma rację” – pomyślała Saerin. „Wieża nawet nie zadrżała. Poprzednim razem również nie”.

– Do czego mierzą? Do jakichś ludzi na zewnątrz?

– Nie, Aes Sedai! – odpowiedział gwardzista. – Myślę, że to była błyskawica z wnętrza Wieży, a dokładnie z jednego z górnych pięter, a jej celem był latający stwór.

– Cóż, przynajmniej ktoś jeszcze walczy – rzuciła Saerin. – Widziałeś może, gdzie?

– Nie widziałem, Aes Sedai – powiedział żołnierz, nie odrywając wzroku od nieba. – Światłości, znowu! I znowu! – Kłęby dymu nad głowami rozjarzyły się żółto-czerwoną poświatą, kąpiąc ogród w świetle ledwie widocznym przez okna i drzwi. Któryś z rakenów wrzasnął z bólu.

– Saerin Sedai! – zakrzyknął kapitan Chubain, odrywając się od grupki rannych żołnierzy. Saerin nawet nie dostrzegła, jak weszli do komnaty, zbyt była zajęta sprzeczką z Katerine. – Ci ludzie zeszli z wyższych pięter. Wygląda na to, że na górze powstała druga linia obrony i radzi sobie nieźle. Seanchanie wycofują siły z parteru, żeby rzucić je na górę.

– Gdzie? – z nadzieją zapytała Saerin. – Konkretnie?

– Dwudziesty drugi poziom, Aes Sedai. Kwatery północno-wschodnie.

– Co? – zdziwiła się Katerine. – Brązowe Ajah?

Nie. To przedtem ta część Wieży należała do Brązowych. Teraz, po tym bąblu zła, który pozamieniał miejscami sektory Wieży, znajdowały się tam…

– Kwatery nowicjuszek? – wyrwało się Saerin. To było jeszcze bardziej absurdalne. – Jak na Światłość… – Urwała, a jej oczy się rozszerzyły. – Egwene.

Każda bezimienna kobieta Seanchan, którą Egwene zabijała, miała dla niej twarz Renny. W tej chwili stała w otworze wybitym w murze Wieży, szarpiąc włosy i wrzeszcząc, żeby dać ujście targającej nią złości.

Nie była to nieopanowana złość. Była chłodna i ukierunkowana. Wieża płonęła. Przepowiedziała to, Wyśniła, lecz rzeczywistość okazała się znacznie gorsza, niż podpowiedziały jej wizje. Gdyby Elaida podjęła jakiekolwiek przygotowania, zniszczenia byłyby znacznie mniejsze. Lecz teraz nie było najmniejszego sensu rozmyślać nad tym, czego nie zrobiła.

Porzuciła zbyteczne myśli i skupiła się na swoim gniewie – gniewie sprawiedliwym, gniewie Amyrlin. Strącała z nieba jednego to’rakena po drugim. Manewrowały znacznie gorzej niż ich mniejsi pobratymcy. Jak dotąd musiała trafić chyba z tuzin, co ściągnęło uwagę kolejnych napastników. Atak na podstawę Wieży załamywał się, teraz głównym celem rajdu stała się Egwene. Nowicjuszki walczyły z oddziałami Seanchan na schodach, spychając przeciwnika w dół. W tej właśnie chwili zza krzywizny Wieży wyłonił się łopoczący skrzydłami to’raken, jego załoga próbowała uderzyć w Egwene tarczami oddzielającymi od Źródła i biczami ognia. Towarzyszyły mu mniejsze rakeny, awiatorzy na ich grzbietach strzelali do niej z kusz.

Ale ona była fontanną Jedynej Mocy, czerpanej z samych głębin Źródła za pomocą smukłej różdżki w dłoni, a przenoszonej przez krąg nowicjuszek i Przyjętych ukrytych w pomieszczeniu za jej plecami. Spotęgowana wrażliwość sprawiała, że była częścią ognia, który trawił Wieżę, krwawiąc niebo płomieniami, a powietrze malując dymem. Czuła się niemal tak, jakby nie była już istotą z krwi i kości, lecz czystą Mocą, zsyłającą karę na tych, którzy ośmielili się zaatakować Białą Wieżę. Gromy błyskawic sypały się z nieba, nad głową kłębiły chmury. Z jej rąk tryskał płomień.

Być może powinna się obawiać, że łamie Trzy Przysięgi. Nie dbała o to. To była walka, której nie można było uniknąć, a nią nie kierowała przecież żądza zadawania śmierci – choć, być może, gniew na sul’dam o taką żądzę się ocierał. Żołnierze i damane byli w jej oczach nieszczęsnymi ofiarami.

Biała Wieża, sanktuarium Aes Sedai, została zaatakowana. Wszystkie siostry znalazły się w niebezpieczeństwie, groził im los gorszy od śmierci. Te srebrne obroże były gorsze, o wiele gorsze. Egwene broniła siebie i wszystkich pozostałych kobiet w Wieży. Zmusi Seanchan, by się wycofali.

Tarcza za tarczą uderzały w nią, żeby oddzielić od Źródła, lecz wszystkie były jak dłonie dzieci próbujące zatrzymać nurt wodospadu. Takiej Mocy nie było w stanie powstrzymać nic, prócz może pełnego kręgu, a Seanchanie nie tworzyli kręgów – nie pozwalało na to a’dam.

Wrogowie tworzyli sploty, które miały zbić ją z nóg, lecz za każdym razem Egwene uderzała pierwsza, albo odbijając kule ognia strumieniami Powietrza, albo trafiając to’rakeny, na których siedziały próbujące ją zabić kobiety.

Kilka bestii odleciało w mrok, unosząc na swych grzbietach schwytane kobiety. Egwene strąciła tyle, ile mogła, lecz rajd był zbyt zmasowany. Na pewno kilku się uda, a siostry trafią do okrutnej niewoli.

W jej dłoniach uformowały się dwie ogniste kule i po chwili kolejna bestia, która podleciała za blisko, spadła w dół. Tak, kilka ucieknie. Lecz zapłacą za to wysoką cenę. To był kolejny cel, jaki jej przyświecał. Wybić im z głowy samą myśl o kolejnym ataku na Wieżę.