Ten rajd będzie ich dużo kosztować.
– Bryne! Nad tobą!
Gareth skoczył w bok, przetoczył się ze stęknięciem i poczuł, jak przy uderzeniu o kamienie bruku napierśnik ugniata boleśnie biodra i brzuch. Tuż nad nim przemknął w powietrzu jakiś ciężki kształt, po chwili rozległ się głuchy łomot. Przyklęknął na jednym kolanie, obejrzał się i zobaczył płonącego rakena koziołkującego po bruku za nim. Jego jeździec – zabity przez kulę ognia, która trafiła wierzchowca – podrygiwał niczym szmaciana lalka. W końcu tlące się jeszcze zwłoki rakena zatrzymały się pod murem Wieży. Jeździec leżał tam, gdzie padł, i tylko jego hełm przez chwilę jeszcze toczył się z brzękiem w ciemnościach. Na jednej z nóg brakowało buta.
Bryne podniósł się ciężko, wyciągnął nóż zza pasa – padając zgubił miecz. Obrócił się wokół, wypatrując niebezpieczeństwa. A było go wokół co niemiara. Nad ich głowami śmigały rakeny – te duże i te mniejsze – choć większość skupiła się na atakach na wyższe partie Wieży. Wewnętrzny ogród Wieży zaścielony był odłamkami kamienia i ciałami wykręconymi w makabrycznych pozach. Ludzie Bryne’a walczyli z drużyną seanchańskich żołnierzy w owadzich zbrojach, którzy wypadli przed chwilą z bramy. Czy uciekali przed kimś, czy po prostu szukali walki? Było ich ze trzydziestu.
A może wyszli na dziedziniec, żeby mogły ich stąd zabrać latające stwory? Tak czy owak, czekała na nich niespodzianka w postaci żołnierzy Bryne’a. Światłości dzięki, w oddziale nie było kobiet zdolnych przenosić Moc.
Dysponując przewagą dwóch na jednego, żołnierze Bryne’a nie powinni mieć szczególnych trudności. Niestety, sytuację utrudniał fakt, że z kilku większych rakenów sypały się na ich głowy kamienie i kule ognia. W dodatku ci Seanchanie walczyli dobrze. Bardzo dobrze.
Bryne krzyknął do swych ludzi, żeby się trzymali, a potem rozejrzał w poszukiwaniu miecza. Gawyn – który przed chwilą ostrzegł go krzykiem – stał w pobliżu miejsca, gdzie leżała broń, i walczył z dwoma Seanchanami naraz. Czy ten chłopak postradał zmysły? Przecież nie tak się walczy w przewadze liczebnej. Powinien mieć kogoś, kto by go ubezpieczał. Powinien…
Jednym płynnym ruchem Gawyn powalił obu Seanchan. Czy to był Lotos Stulający Płatki? Bryne nigdy w życiu nie widział tej formy zastosowanej w sposób równie skuteczny przeciwko dwóm przeciwnikom. W tradycyjnym kończącym ruchu Gawyn otarł z krwi ostrze broni, potem schował miecz do pochwy, a miecz Bryne’a podrzucił stopą do góry i złapał w locie. Z mieczem w ręku przyjął postawę, rozejrzał się czujnie. Mimo ataków z powietrza ludzie Bryne’a nie ustępowali. Gawyn skinął głową generałowi, mieczem dając mu znak: naprzód.
Przez dziedziniec niosło się szczękanie metalu o metal, po zrytej trawie pomykały cienie walczących oświetlane płomieniami w górze. Bryne odzyskał swój miecz, a Gareth wyciągnął z pochwy swój, wciąż z napięciem rozglądając się dookoła.
– Spójrz w górę – powiedział i wskazał czubkiem miecza. Bryne zmrużył oczy. Najwięcej ataków koncentrowało się wokół szczeliny na jednym z górnych pięter. Bryne wyciągnął szkło powiększające i skierował na to miejsce, ufając, ze Gawyn ostrzeże go przed ewentualnym zagrożeniem.
– Na Światłość… – wyszeptał, przyglądając się szczelinie w murze. W jej przestrzeni stała samotna postać odziana w biel. Była zbyt daleko, by mógł dostrzec jej twarz, nawet przez szkło powiększające, ale kimkolwiek była, to z jej powodu Seanchanie ponosili straty. Między uniesionymi wysoko dłońmi gorzał ogień, ciskając na ściany Wieży spłoszone cienie. Jęzory ognia tryskały od niej właściwie bez przerwy i kolejne rakeny spadały z nieba.
Uniósł szkło powiększające, przesunął wzrokiem po całej wysokości Wieży, szukając innych punktów oporu. Dostrzegł, że coś się dzieje na kolistym płaskim dachu, ale było to tak wysoko, że nie był w stanie stwierdzić nic konkretnego. Wyglądało to tak, jakby podnoszono jakieś tyczki, a potem raken spływał w dół i… Co? Gdy raken po chwili odlatywał, trzymał coś w łapach.
Jeńcy” – zrozumiał Bryne i przeszył go dreszcz. „Zabierają schwytane Aes Sedai na dach, wiążą linami, a potem raken chwyta te liny i podnosi kobietę w powietrze”. Światłości! Zobaczył jeszcze mgnienie jednej z takich nieszczęśnic. Zdało mu się, że na głowę miała nałożony worek.
– Musimy przebić się do Wieży – stwierdził Gawyn. – Ta walka ma tylko odciągnąć uwagę.
– Zgadzam się – rzekł Bryne, opuszczając szkło powiększające. Zerknął w stronę dziedzińca, gdzie Siuan obiecała zaczekać do końca walki. Czas ją zabrać i…
Zniknęła. Bryne poczuł przypływ niepokoju, który zaraz zastąpiło czyste przerażenie. Gdzie ona była? Jeżeli ta kobieta dała się zabić…
Ale nie. Skoncentrował się i zrozumiał, że jest wewnątrz Wieży. Nic się jej nie stało. Ta więź była cudowną rzeczą, lecz jeszcze nie przywykł do płynących nią sygnałów. Powinien się zorientować, że się oddaliła! Przebiegł wzrokiem po swoich żołnierzach. Seanchanie walczyli nieźle, lecz teraz szli w rozsypkę. Ich szereg się łamał, pojedynczy żołnierze uciekali z placu boju, a Bryne rozkazał, aby ich nie ścigać.
– Pierwsza i druga drużyna, szybko zebrać rannych! – zawołał. – Zanieście ich na skraj dziedzińca. Ci, którzy mogą iść, do łodzi. – Skrzywił się. – Ci, którzy nie mogą, muszą poczekać na Aes Sedai, żeby ich Uzdrowiły. – Żołnierze pokiwali głowami. Ciężko ranni zostaną porzuceni, o czym wszyscy zostali uprzedzeni przed rozpoczęciem akcji. Ratowanie Amyrlin było absolutnym priorytetem.
Niektórzy zapewne umrą od ran, nie doczekawszy się pomocy. Nic w tej sprawie nie mógł zrobić. Pozostawała nadzieja, że większość zostanie Uzdrowiona przez Aes Sedai z Białej Wieży. Potem z pewnością trafią do lochu, jednak innego wyjścia nie było. W trakcie takiej operacji oddział musiał zachować zdolność manewrową, a to było niemożliwe, gdyby nieśli nosze z rannymi.
– Drużyna trzecia i czwarta… – urwał nagle, widząc znajomą sylwetkę w błękitnej sukni wyłaniającą się z wrót Wieży. Za nią szła postać w bieli. Oczywiście, Siuan wydawała się teraz tylko nieznacznie starsza od tej dziewczyny. Czasami miał kłopoty z dostrzeżeniem w niej tej samej surowej kobiety, którą po raz pierwszy spotkał lata temu.
Czuł tylko ulgę, niemniej ruszył ostro ku zbliżającej się Siuan.
– Co to ma znaczyć? – zażądał wyjaśnień. – Gdzie ty się podziewasz?
Mlasnęła językiem, odwróciła się do nowicjuszki i kazała jej zaczekać, a potem wzięła Bryne’a na stronę i rzekła cicho:
– Twoi żołnierze byli zajęci, więc uznałam, że to właściwa chwila, by zasięgnąć języka. A poza tym, pozwolę sobie zauważyć, będziemy musieli trochę popracować nad twoją postawą, Gareth’cie Bryne. Z pewnością nie jest to właściwy sposób, w jaki Strażnik zwraca się do swojej Aes Sedai.
– Zacznę się przejmować, kiedy ty przestaniesz zachowywać się, jakby ci brakło piątej klepki w głowie. A gdybyś nadziała się na Seanchan?
– Wtedy byłabym w niebezpieczeństwie – rzekła, wspierając ręce na biodrach. – Ale nie byłby to pierwszy raz. Nie mogłam ryzykować, że inne Aes Sedai zobaczą mnie z twoimi żołnierzami. Tak prymitywne przebranie nie zwiedzie żadnej siostry.
– A gdyby cię rozpoznano? – Siuan, te kobiety chciały cię stracić!
Parsknęła.
– Sama Moiraine nie rozpoznałaby moich rysów w tej twarzy. Kobiety z Wieży widziałyby młodą Aes Sedai, której oblicze wydawałoby im się w odległy sposób znajome. Poza tym na żadną nie trafiłam. Znalazłam tylko to dziecko. – Zerknęła na nowicjuszkę; dziewczyna miała drobny czarny koczek, przerażonym spojrzeniem wpatrywała się w rozgrywającą na niebie bitwę. – Haskalo, podejdź tutaj – zawołała na nią Siuan.