– Cóż, jestem w końcu twoim Strażnikiem – zauważył Bryne. – Podejrzewam, że nie będzie to jedyny raz, kiedy przyjdzie mi ratować ci życie. – Dlaczego znienacka zrobiło mu się tak ciepło i przyjemnie?
– Tak… – powiedziała Siuan, wstając. – Ale tu nie o to chodzi. Min powiedziała, że umrę i… Nie, czekaj. Ściśle rzecz biorąc, powiedziała coś innego. Powiedziała, że jeśli nie będę się trzymać blisko ciebie, oboje zginiemy.
– O czym ty… – zaczął Bryne, spoglądając na nią.
– Cicho! – przerwała mu, ujmując jego głowę w obie dłonie. Poczuł dziwny dreszcz, który przeszył całe jego ciało. Użyła Mocy? Co się tu dzieje? Nie pierwszy raz przyszło mu zaznać tego wrażenia, jakby żyłami płynął lód! Uzdrowiła go! Ale dlaczego? Przecież nie był ranny.
Siuan odjęła ręce od jego twarzy, a potem zachwiała się lekko, jakby zdjęta krańcowym wyczerpaniem. Podtrzymał ją, żeby się nie przewróciła, ale ona tylko pokręciła głową i wyprostowała się o własnych siłach.
– Spójrz – powiedziała, biorąc go za rękę, w której trzymał miecz, i odwracając wewnętrzną stroną nadgarstka do góry. Wbity w jego skórę tkwił mały czarny kolec. Wyrwała go. Bryne poczuł dreszcz, który tym razem nie miał nic wspólnego z Uzdrawianiem.
– Trucizna? – zapytał, zerkając na martwego asasyna. – Kiedy sięgnął do mojej ręki, to wcale nie był przedśmiertny spazm.
– Prawdopodobnie pokryta była też środkiem znieczulającym – mruknęła Siuan w rozdrażnieniu, a potem pomogła mu usiąść. Odrzuciła na bok kolec, który padając na ziemię wybuchnął niespodzianym płomieniem; resztki trucizny wyparowały w splotach Jedynej Mocy.
Bryne przeczesał palcami włosy. Czoło miał spocone.
– Uzdrowiłaś mnie?
Siuan przytaknęła.
– Okazało się to zaskakująco łatwe, ponieważ niewiele trucizny zdążyło przeniknąć do twojego organizmu. Ale zabiłaby cię tak czy siak. Następnym razem, gdy spotkasz Min, musisz jej podziękować, Bryne. Właśnie uratowała nam obojgu życie.
– Ale gdybym nie poszedł z tobą, nie zostałbym otruty! – Do wizji czy Przepowiedni takich, jak ta, nie można stosować zwykłej logiki – wyjaśniła Siuan, krzywiąc się. – Ty żyjesz. Ja żyję. Proponuję, żebyśmy na tym poprzestali. Czujesz się już na tyle dobrze, żeby iść?
– A ma to jakieś znaczenie? – zapytał Bryne. – I tak nie pozwolę ci pójść beze mnie.
– Wobec tego ruszamy – oświadczyła Siuan, po czym wzięła głęboki oddech i wstała. Widać było, że nie odpoczęła, lecz Bryne to przemilczał. – Tych trzech żołnierzy przeżyje noc. Zrobiłam dla nich, ile mogłam.
Egwene siedziała wyczerpana na stercie gruzu i przez otwór w murze Białej Wieży obserwowała płonące niżej ognie. Między nimi poruszały się ciemne sylwetki, pożary gasły jeden po drugim. Ktokolwiek dowodził obroną, był na tyle bystry, żeby pojąć, iż ogień może okazać się równie groźnym wrogiem co Seanchanie. Natomiast kilka sióstr posługujących się splotami Powietrza czy Wody mogło w miarę szybko zdławić płomienie i uratować Wieżę. A przynajmniej to, co z niej pozostało.
Zamknęła oczy i położyła się na fragmentach strzaskanej ściany, pozwalając, by chłodna bryza owiała całe jej ciało. Seanchanie odlecieli, niedawno ostatni to’raken zniknął w mroku. Kiedy ta chwila wreszcie nadeszła, wraz z nią nadeszło zrozumienie, ile zażądała dzisiejszej nocy od siebie i biednych nowicjuszek, poprzez które czerpała Moc ze Źródła. Już dawno zwolniła je z obowiązków z poleceniem natychmiastowego położenia się do łóżek. Pozostałe kobiety, które przyłączyły się do niej w czasie bitwy, zajmowały się teraz rannymi lub gasiły pożary na górnych piętrach.
Chciała im pomóc. A przynajmniej jakaś jej część rwała się do pomocy. Maleńka drobina. Jednak, Światłości, była taka zmęczona! Nie potrafiłaby już przenieś nawet strumyczka Jedynej Mocy, nawet z pomocą sa’angreala. Wcześniej swobodnie przekraczała granice tego, na co ją było stać. I skutkiem tego była teraz tak zmęczona, że nie dałaby rady nawet objąć Źródła.
Walczyła. Walczyła w chwale i gniewie, prawdziwa Amyrlin niszczycielskiej furii i sądu, Zielona Ajah aż do szpiku kości. A jednak Wieża płonęła. A jednak więcej to’rakenów uciekło, niż zostało strąconych z nieba. Nieco otuchy dodawały jej niewielkie straty wśród tych, które się do niej przyłączyły. Zginęły tylko trzy nowicjuszki i jedna Aes Sedai, podczas gdy po stronie przeciwnika padły dziesiątki żołnierzy, a tuzin damane zostało wziętych do niewoli. Jednak co z innymi piętrami? Biała Wieża nie wyszła z tej bitwy zwycięsko.
Biała Wieża była strzaskana, zarówno w metaforycznym sensie, jak i – teraz – w całkiem dosłownym. Potrzebowała silnej przywódczyni, która ją odbuduje. Następnych kilka dni odgrywało tu kluczowe znaczenie. Na myśl o pracy, jaką miała przed sobą, poczuła jeszcze większe zmęczenie.
Obroniła wiele istnień. Stawiła opór i walczyła. Lecz dzień ten mimo to stanie się jedną z najczarniejszych dat w całych dziejach Aes Sedai.
„Nie myśl o tym” – napomniała się w myślach. „Skup się na działaniach potrzebnych do naprawy…”.
Wkrótce wstanie. Obejmie przywództwo nad tymi nowicjuszkami i Aes Sedai na wyższych piętrach, które już sprzątały i szacowały rozmiar zniszczeń. Będzie silna i kompetentna. Zapewne przeważać będą ponure nastroje, przyda się ktoś, kto wleje odrobinę optymizmu w serca. Wszystko dla nich.
Ale jeszcze parę minut… Musiała jeszcze chwilę odpocząć…
Ledwie zwróciła uwagę, że ktoś wziął ją na ręce. Uchyliła ołowiane powieki i przez wełnę spowijającą jej umysł przedarło się zdziwienie, że oto niesie ją na rękach Gawyn Trakand. Czoło miał pokryte skorupą zaschniętej krwi, lecz twarz wyrażała tylko zdecydowanie.
– Znalazłem cię, Egwene – powiedział, spoglądając jej w oczy. – Odtąd będę cię chronił.
„Och” – pomyślała, a jej powieki same się zamknęły. „Dobrze. Jaki przyjemny sen”. Uśmiechnęła się.
Czekaj. Nie. To nie w porządku. Przecież nie mogła opuścić Wieży. Próbowała protestować, lecz z jej ust wydostało się tylko niewyraźne mamrotanie.
– Rybie flaki – usłyszała głos Siuan Sanche. – Co one jej zrobiły?
– Jest ranna? – kolejny głos. Gareth Bryne.
„Nie” – pomyślała tępo Egwene. „Nie, zostawcie mnie. Nie mogę stąd odejść. Nie teraz…”.
– Po prostu ją tu zostawiły – wyjaśnił Gawyn. Tak miło było słyszeć jego głos. – Bezbronną w korytarzu! Gdzie każdy mógł z nią zrobić, co zechciał. A gdyby Seanchanie ją znaleźli?
„Pokonałam ich” – pomyślała z uśmiechem, nie mogąc dojść do ładu z myślami. „Byłam płomienną wojowniczką, bohaterką wzywaną przez Róg. Nigdy więcej nie odważą się wystąpić przeciwko mnie”. Omal znów nie zasnęła, nie pozwalały na to tylko kroki Gawyna. Ledwie.
– Hej! – Usłyszała głos Siuan, który docierał jakby z daleka. – Co to? Światłości, Egwene! Skąd to wzięłaś? To najbardziej potężny w całej Wieży!
– Co to jest, Siuan? – zapytał głos Bryne’a.
– Klucz do naszego wyjścia – dobiegł jej uszu słaby głos Siuan.
Potem Egwene coś wyczuła. Kobieta przenosiła Moc. W dużych porcjach.
– Pytałeś, jak się prześlizgniemy wśród całego tego zamieszania panującego na dziedzińcu? Cóż, masz odpowiedź. Dzięki temu jestem dość silna na Podróżowanie. Zabierzemy tylko tych żołnierzy przy łodziach i przeskoczymy z powrotem prosto do obozu.