Выбрать главу

„Nie!” – pomyślała Egwene, walcząc z ogarniającą ją przemożną sennością i zmuszając się do otwarcia oczu. „Wygrywam, nie rozumiecie? Jeżeli teraz, przy sprzątaniu całego tego gruzu, obejmę przywództwo, będą musiały uznać we mnie Amyrlin! Muszę zostać! Muszę…”.

Gawyn przeniósł ją przez Bramę, a korytarze Wieży zniknęły za jego plecami.

Saerin w końcu mogła na chwilę usiąść. Komnata audiencyjna, która stała się jej centrum dowodzenia, zmieniła się teraz w salę, gdzie selekcjonowano i Uzdrawiano rannych. Żółte i Brązowe siostry wędrowały wzdłuż szeregów żołnierzy, służących i innych sióstr, wypatrując w pierwszej kolejności najcięższych przypadków. Poległych było zatrważająco wielu, w tym naliczono dotąd dwadzieścia Aes Sedai. Lecz Seanchanie wycofali się, jak Saerin przewidziała. Dzięki Światłości choć za to.

Saerin przysiadła na swoim miejscu, w północno-zachodnim rogu pokoju, pod znakomitym obrazem przedstawiającym Łzę wiosną, i pochylona na niskim stołku przyjmowała kolejne raporty. Ranni jęczeli, pomieszczenie wypełniała woń krwi i żywokostu, którym traktowano rany niewymagające natychmiastowego Uzdrawiania. Wszechobecny był smród spalenizny, który dzisiejszej nocy przenikał wszystko. Żołnierze po kolei podchodzili do niej, wręczając jej pisemne raporty na temat ofiar i zniszczeń. Saerin nie miała szczególnej ochoty ich czytać, ale lepsze to, niż wsłuchiwać się w te jęki. Gdzie, na Światłość, była Elaida?

W trakcie bitwy nikt nigdzie nie widział Amyrlin, lecz należało pamiętać, że większość górnych partii Wieży została odcięta od dolnych poziomów. Cała nadzieja w tym, żeby Amyrlin i Komnata zebrały się jak najszybciej i objęły silne przywództwo na czas kryzysu.

Saerin wzięła do ręki kolejny raport, przeczytane słowa sprawiły, że brwi same jej się uniosły. Z oddziału Egwene liczącego sześćdziesiąt nowicjuszek zginęły tylko trzy? I jedna siostra, z czterdziestu, jakie wraz z nią walczyły? Schwytano dziesięć zdolnych do przenoszenia Seanchanek i strącono z nieba trzydzieści rakenów: Światłości! W porównaniu z tym dokonania Saerin wydawały się zwykłą amatorszczyzną. I tę kobietę Elaida kazała traktować jak zwykłą nowicjuszkę?

– Saerin Sedai? – usłyszała męski głos.

– Hmm? – mruknęła z roztargnieniem .

– Powinnaś wysłuchać, co ma do powiedzenia ta Przyjęta.

Saerin uniosła wzrok i zdała sobie sprawę, że głos należy do kapitana Chubaina. Stał przed nią, trzymając rękę na ramieniu młodej Arafellianki, Przyjętej o błękitnych oczach i pulchnej, okrąglej twarzy. Jak to dziewczę miało na imię? Mair, otóż to. Biedne dziecko wydawało się zupełnie wykończone. Twarz poznaczona licznymi skaleczeniami i zadrapaniami, po których mogą zostać blizny. Sukienka Przyjętej była podarta na ramionach i w rękawie.

– Dziecko? – zapytała Saerin, zerkając na Chubaina. Co było nie tak?

– Saerin Sedai… – szepnęła dziewczyna, kłaniając się i równocześnie krzywiąc z bólu. – Ja…

– Wyduś to z siebie, dziecko – ostrzej poleciła Saerin. – To nie jest czas na krygowanie się.

Mair spuściła wzrok.

– Chodzi o Amyrlin, Saerin Sedai. O Elaidę Sedai. Dzisiejszego wieczora miałam u niej służbę, która zasadniczo sprowadzała się do spisywania tego, co ona dyktuje. I …

– I co? – zapytała Saerin, czując, jak po plecach zaczynają jej chodzić ciarki.

Dziewczyna się rozpłakała.

– Cała ściana zawaliła się do środka, Saerin Sedai. Gruz mnie przysypał, myślałam, że nie żyję. Nic nie mogłam zrobić! Przepraszam!

„Światłości miej nas w swej opiece!” – pomyślała Saerin. „Przecież to, co ona chce powiedzieć, jest niemożliwe. Prawda?”.

Elaida obudziła się z nadzwyczaj dziwnym wrażeniem. Dlaczego jej łóżko się porusza? Trzęsie, kołysze. Tak rytmicznie. I ten wiatr! Czy Carlya zostawiła otwarte okno? Jeżeli tak, pokojówkę czeka lanie. Ostrzegano ją. Okazała się…

To nie było jej łóżko. Otworzyła w końcu oczy i przekonała się, że spogląda na zasnuty mrokiem krajobraz położony setki stóp w dole. Była przywiązana do grzbietu jakiegoś dziwnego stwora. Nie mogła się ruszyć. Dlaczego nie mogła się ruszyć? Sięgnęła do Źródła i natychmiast poczuła gwałtowny, ostry ból, jakby każdy cal jej ciała chłostało tysiąc rózg.

Uniosła rękę i pod palcami poczuła obrożę otaczającą szyję. Obok niej w siodle stwora siedziała jakaś ciemna postać, żadna latarnia nie oświetlała twarzy tej kobiety, a mimo to Elaida wyczuwała w jakiś sposób jej obecność. Powoli wracały nadzwyczaj niejasne wspomnienia, jak kołysze się w powietrzu związana sznurem, jak mdleje. Jakim sposobem trafiła w to miejsce? Co się działo?

Z mroków nocy dobiegł ją szept:

– Wybaczam ci ten drobny błąd. W końcu bardzo długo byłaś marath’damane i należy się po tobie spodziewać złych nawyków. Ale odtąd nie wolno ci sięgać po Źródło bez pozwolenia. Zrozumiałaś?

– Uwolnij mnie! – krzyknęła Elaida.

Ból wrócił ze zdziesięciokrotnioną siłą, Elaidę aż skręciło. Jej żółć i wymiociny ściekły po boku stwora i spadły na ziemię daleko w dole.

– Dobrze, już dobrze – powiedział głos z bezbrzeżną cierpliwością, z jaką mówi się do dziecka. – Musisz się nauczyć. Masz na imię Suffa. A Suffa będzie dobrą damane. Tak, będzie. Bardzo, bardzo dobrą damane.

Elaida wrzasnęła znowu i tym razem nie przestała wrzeszczeć, gdy po raz kolejny nadszedł ból. Darła się i darła w mroczną przestrzeń obojętnej nocy.

42.

U stóp Kamienia Łzy.

– „Nie wiemy, jakie imiona nosiły kobiety mieszkające w pałacu Graendal” – rzekł Lews Therin. „Nie możemy ich dołączyć do naszej litanii”.

Od dłuższej chwili Rand starał się ignorować głos szaleńca. W końcu dał za wygraną. W jego głowie rozbrzmiała niekończąca się skarga Lewsa Therina:

Jak teraz odmawiać litanię, skoro nie wiemy za kogo! Po bitwie przeszukiwaliśmy pobojowisko, żeby odnaleźć ciała wszystkich poległych Panien. Każdej jednej! Litania jest niepełna! Dalej tak nie mogę!”.

„To nie twoja litania!” – odwarknął w myślach Rand. – „Ona jest moja, Lewsie Therinie! MOJA!”.

„Nie!” – sprzeciwił się szaleniec. „Nie wiem, kim jesteś! To moja litania! Moje ofiary. Ale nie znam wszystkich imion. Och, Światłości! Ogień stosu? Dlaczego użyliśmy ognia stosu! Przysiągłem, że już nigdy tego nie uczynię…”.

Rand z całej siły zacisnął powieki, poczuł, jak drżą mu palce wplecione w wodze Tai’daishara. Rumak bojowy sam znajdował drogę na ulicy, kopyta rytmicznie stukały po ubitej ziemi.

„Co się z nami stało?” – szepnął Lews Therin. „To znowu nastąpi, prawda? Zabijemy ich wszystkich. Wszystkich, których kochamy. A potem jeszcze raz i tak bez końca…”.

– Bez końca – powtórzył szeptem Rand. – Ale jakie to ma znaczenie, jeśli tego wymaga ocalenie świata? Przeklinali mnie już wcześniej, Górę Smoka i moje imię uczynili przekleństwem, lecz przecież żyją. Stoimy tam, gdzie wcześniej, gotowi do walki. I będziemy stać bez końca.

– Randzie? – zapytała Min.

Otworzył oczy. Jechała obok niego na bułanej klaczy. Nie wolno mu się zachowywać w ten sposób, ani w jej obecności, ani nikogo innego z bliskich mu osób. Nie mogą się dowiedzieć, jak niewiele dzieli go od załamania.

„Tak wielu ich imion nie znamy” – szepnął Lews Therin. – „Tak wiele ich zginęło z naszej ręki”.

A to był dopiero początek.

– Wszystko w porządku, Min – oznajmił. – Po prostu myślałem na głos.

– O nich? – zaciekawiła się Min.

Na drewnianych chodnikach Bandar Eban kłębiły się tłumy. Ale Rand nie widział już feerii barw, tylko żałosny stan ubiorów: przetarcia w znakomitych niegdyś materiach, łaty, brud i plamy. Obecnie całą zamieszkującą Bandar Eban ludność można było w mniej lub bardziej dosłownym sensie traktować jak uchodźców. Czuł na sobie spojrzenia zapadłych oczu.