Выбрать главу

Aż do teraz każde podbijane królestwo pozostawiał w lepszym stanie, niż zastawał. Obalał Przeklętych, kładł kres wojnom i oblężeniom. Przeganiał najeźdźców Shaido, zapewniał dostawy żywności, przywracał ład i stabilność. Bez zbytniej przesady można było powiedzieć, że jego działania zbrojne miały w istocie charakter ratunkowy.

W Arad Doman sprawy potoczyły się inaczej. Zadbał o aprowizację stolicy, ale wieść o tym fakcie szybko dotarła na prowincję, ściągając kolejne gęby do wykarmienia i uszczuplając zapasy. Nie tylko nie zagwarantował pokoju z Seanchanami, ale odebrał krajowi jedyną godną tego miana armię, którą wysłał na Ziemie Graniczne. Morza wciąż nie były bezpieczne. Filigranowa imperatorowa Seanchan wzgardziła jego staraniami. Należało się spodziewać kolejnych starć, najpewniej coraz bardziej intensywnych.

Zamknięci w pułapce między Trollokami na północy i Seanchanami na południu, Domani zostaną wdeptani w ziemię kopytami zbrojnych zagonów. A Rand nawet palcem nie kiwnie.

Jakimś sposobem ludzie domyślali się faktycznego stanu spraw i dlatego unikał ich spojrzeń. W wygłodniałych oczach widniało oskarżenie: po co kreślić miraż nadziei, żeby później drzeć go na strzępy, po co tkać nową zasłonę na drzwi w chwili, gdy cały świat spowija cień? Po co narzucać się ze swoją władzą, żeby wkrótce potem czmychnąć?

Flinn i Naeff jechali przed nim. Daleko z przodu widział czarne kaftany konnych Asha’manów – strzegli postępów orszaku, który dojeżdżał właśnie do głównego placu miasta. Na wysokich kołnierzach skrzyły się odznaki. Fontanna wciąż spryskiwała wodą lśniące miedziane konie wyskakujące z miedzianych fal. A więc pod nieobecność króla i Rady Kupców dbał o nią ktoś z tego posępnego tłumu?

Aielom Randa nie udało się odnaleźć dostatecznie wielu członków Rady Kupców, żeby zgromadzić konieczną większość. Podejrzewał, że Graendal całkiem świadomie wybiła lub uwięziła ich w liczbie uniemożliwiającej wybór nowego króla. Tych, którzy byli dostatecznie ładni, dołączyła do grona swych ulubieńców, co oznaczało, że zgładził ich Rand.

„Ach” – westchnął Lews Therin. „Imiona, które mogę dodać do litanii. Tak…”.

Obok Randa jechał Bashere i w zamyśleniu podkręcał wąsa.

– Stało się zgodnie z twoją wolą – powiedział.

– Lady Chadmar? – zapytał Rand.

– Została odeskortowana do swej miejskiej rezydencji. Jak pozostali członkowie Rady, których Aielowie zatrzymali wcześniej pod miastem.

– Zrozumieli, czego od nich oczekuję?

– Tak – z westchnieniem odparł Bashere. – Ale nie sądzę, aby mieli zamiar się z tego wywiązać. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to w tej samej chwili, gdy stracą z oczu naszych ludzi, uciekną z miasta jak złodzieje z niepilnowanego więzienia.

Rand nie zareagował na te słowa. Zgodnie z jego rozkazami Rada Kupców miała powołać w swe szeregi nowych członków, a potem wybrać króla. Lecz Bashere prawdopodobnie miał rację. Do Randa już docierały pierwsze raporty z miast na wybrzeżu, z których wycofał oddziały Aielów. Ojcowie miast rozpływali się w powietrzu, uciekając przed spodziewaną ofensywą Seanchan.

Arad Doman przestało istnieć jako królestwo. Wkrótce organizacja polityczna załamie się niczym ława pod zbyt wielkim ciężarem.

„To nie moja sprawa” – powtarzał sobie Rand, starając się nie patrzeć na otaczający tłum. „Zrobiłem wszystko, co mogłem”. Nie była to prawda. Ruszył Domani na pomoc ze szczerego odruchu serca, głównym powodem jego przybycia do miasta były rachuby na pokój z Seanchanami oraz likwidacja skutków poczynań Graendal, w szczególności los tronu. Nie wspominając już o pozyskaniu zbrojnych rezerw, które mógł wysłać na Ziemie Graniczne.

– Jakieś wieści od Ituralde? – zapytał Rand.

– Obawiam się, że nie najlepsze – rzekł ponuro Bashere. – Trwają potyczki z Trollokami, ale o tym już wiesz. Jak dotąd Pomiot Cienia zawsze szybko uciekał, teraz jednak, jego zdaniem, kroi się jakaś większa ofensywa. Zwiadowcy wykryli koncentrację sił, z którymi nie będzie w stanie sobie poradzić. A jeśli Trolloki gotują się na Ziemiach Granicznych, można przyjąć, że podobnie jest gdzie indziej. W pierwszym rzędzie na Przełęczy.

„Przeklęci niech będą Pogranicznicy!” – pomyślał Rand. „Będę musiał coś z nimi zrobić. Wkrótce”. Z tym postanowieniem dojechał do głównego placu miasta, ściągnął wodze Tai’daishara, a potem skinął głową Flintowi i Naeffowi.

Na ten znak otworzyli razem wielką Bramę pośrodku placu. Rand pierwotnie zamierzał opuścić Bandar Eban bezpośrednio z terenu posiadłości lady Chadmar, ale wtedy mogłoby wyglądać, że zmyka chyłkiem niczym złodziej. Przynajmniej tyle był tym ludziom winien – niech zobaczą, że wyjeżdża, niech zrozumieją, że odtąd są zdani na własne siły.

Stali na drewnianych chodnikach i wyglądali tak samo jak wtedy, gdy witali go w mieście. I tylko cisza zalegała głębsza, o ile to w ogóle możliwe. Kobiety w sukniach przylegających do ciała, mężczyźni w kolorowych kaftanach i koszulach z bufiastymi rękawami. Mnóstwo cudzoziemskich twarzy. Obietnicą nakarmienia Rand zwabił do miasta tak wielu…

Czas ruszać. Podjechał do Bramy, lecz zatrzymał go czyjś głos.

– Lordzie Smoku!

Głos zabrzmiał donośnie wśród milczącego tłumu. Rand obrócił się w siodle, rozglądając wokół. Był to smukły mężczyzna w czerwonym kaftanie na modłę Domani – zapiętym w talii i głęboko rozciętym na piersi – spod którego widać było wymiętą koszulę. Złote kolczyki połyskiwały, gdy przepychał się przez tłum. Aielowie stanęli mu na drodze, lecz Rand od razu rozpoznał jednego z rejestratorów portowych. Skinął Aielom głową, żeby przepuścili mężczyznę. Przypomniał sobie jego imię. Iralin.

Iralin przypadł do boku Tai’daishara, twarz miał gładko wygoloną – co rzadko zdarzało się wśród mężczyzn Domani – oczy podkrążone z niewyspania.

– Mój Lordzie Smoku – powtórzył, tym razem ciszej. – Żywność! Zepsuła się.

– Jaka żywność? – zapytał Rand.

– Cała – rzekł mężczyzna zrozpaczonym głosem. – Każda baryłka, każdy worek, każdy kawałek jadła na statkach Ludu Morza. Tym razem nie chodzi tylko o wołki zbożowe, mój panie! Jedzenie zrobiło się czarne i gorzkie, ludzie, którzy go spróbowali, pochorowali się!

– Całe jedzenie? – powtórzył Rand wstrząśnięty.

– Całe – cicho odparł Iralin. – Setki setek baryłek. To stało się nagle, w mgnieniu oka. W jednej chwili było dobre, a w następnej… Mój panie, tylu ludzi przybyło do miasta, ponieważ usłyszeli, że jest w nim żywność! Teraz nie mamy nic. Co poczniemy?

Rand zamknął oczy.

– Mój panie? – zaniepokoił się Iralin.

Rand odemknął powieki i wbił obcasy w boki Tai’daishara. Przejechał przez Bramę, zostawiając za sobą rejestratora portowego stojącego z rozdziawionymi ustami. Nic nie mógł zrobić dla tych ludzi. Nic dla nich nie zrobi.

Nawet jednej myśli nie poświęcił perspektywie głodu, przed którą stawali. Poczuł tylko przelotny smutek, jak łatwo mu to przyszło.

Za jego plecami zostało Bandar Eban i milczący tłum. Po drugiej stronie Bramy powitały Randa okrzyki radości. To było tak szokujące, tak bardzo kontrastowało z nastrojem sprzed chwili, że wstrząśnięty dogłębnie odruchowo ściągnął wodze Tai’daishara.

Przed nim rozciągała się Łza. Jedno z największych miast świata, rozległe, lecz zwarte masywem kamiennych budowli – Brama otworzyła się prosto na Pasaż Celebransa, główny plac miasta. Stojący w krótkim szeregu Asha’mani zasalutowali, przyciskając dłonie do piersi. Wczesnym rankiem Rand wysłał ich do miasta, żeby przygotowali je na jego przyjazd, co w pierwszym rzędzie polegało na oczyszczeniu placu, na którym miał się pojawić.