Jechał wśród wiwatujących tłumów. Zebrało się tysiące ludzi, ponad ich głowami na zaimprowizowanych masztach łopotały Sztandary Światłości. Lecz w uszach Randa aplauz tłumów brzmiał niemalże jak przygana. Nie zasłużył na takie traktowanie. Nie po tym, co uczynił Arad Doman.
„Trzeba iść naprzód” – pomyślał, wbijając kolana w boki Tai’daishara. Stukot kopyt na kamiennych płytach brzmiał raźniej niż jeszcze chwilę temu, gdy koń szedł po mokrej ziemi. Bandar Eban było dużym miastem, Łza stanowiła prawdziwą metropolię. Kręte ulice, przy nich budynki, które na prowincjuszu z pewnością robiłyby wrażenie stłoczonych, jednak dla Tairenian były czymś zupełnie normalnym. Spadziste dachy kryte łupkiem okupowali mężczyźni i chłopcy chcący mieć lepszy widok na Lorda Smoka. Kamień, z którego zbudowano miasto, miał jaśniejszy odcień niż ten w Bandar Eban, znacznie częściej też używano go tu w roli budulca. Zresztą może było to tylko wrażenie, które miasto zawdzięczało górującej nad nim fortecy. Nosiła miano Kamienia Łzy i stanowiła relikt czasów minionych, wciąż jednak budzący zachwyt.
Wierzchowiec Randa szedł raźno naprzód, Min i Bashere trzymali się tuż za nim. Tłumy dalej wiwatowały. Jakże głośno! W pewnej chwili podmuch wiatru niespodzianie splątał dwa proporce.
Trzymający je mężczyźni, stojący blisko frontu tłumu, opuścili drzewca i próbowali rozdzielić przedziwnie splecione materie, lecz wiatr zawiązał je w supeł. Rand minął ich, ledwie zwróciwszy uwagę. Przestało go już zdumiewać, do czego zdolna jest jego natura ta’veren.
Zaskoczył go natomiast widok tylu cudzoziemców w tłumie. Ich obecność sama w sobie nie była niczym niezwykłym – we Łzie zawsze przebywało wielu obcych, ponieważ miasto gościnnie otwierało bramy dla wszystkich, którzy chcieli handlować przyprawami i jedwabiem ze wschodu, porcelaną znad morza, zbożem lub tytoniem z północy oraz opowieściami ze wszystkich krain, które miały pod tym względem cokolwiek do zaoferowania. Jednak doświadczenie mówiło mu, że w każdym mieście cudzoziemców zazwyczaj niewiele obchodziły jego wizyty i to nawet wtedy, gdy pochodzili z kraju, w którym wcześniej się koronował. Kiedy był w Cairhien, Cairhienianie płaszczyli się przed nim – natomiast w Illian, na przykład, unikali go. Może dlatego, że nie mogli już zamknąć oczu na fakt, iż ich pan był równocześnie panem wroga.
Teraz wszakże, gdzie nie spojrzał, widział cudzoziemców: Lud Morza o smagłej skórze, w luźnych, barwnych ubiorach; Murandianie z nawoskowanymi wąsami i w długich kaftanach; brodaci Illianie z podniesionymi kołnierzami; bladolicy Cairhienianie w ubraniach ozdobionych charakterystycznymi pasami. Tu i ówdzie trafiały się nawet proste andorańskie wełny. Obcy nie wiwatowali tak chętnie jak rodzimi mieszkańcy miasta, niemniej byli tu, przyglądali się.
Bashere wodził wzrokiem po zgromadzonych.
– Ludzie wyglądają na zaskoczonych – odezwał się Rand.
– Jakiś czas cię nie było. – Bashere w namyśle podkręcił wąsa. – Nic dziwnego, że plotki wyrastały jak grzyby po deszczu, a karczmarze jak zwykle rozdmuchiwali je, wmawiając klientom, że nie żyjesz lub zniknąłeś i że stanowi to znakomitą okazję do zamówienia następnej kolejki.
– Światłości! Pół życia zajmuje mi dementowanie kolejnych plotek na własny temat. Kiedy to się skończy?
Bashere się roześmiał.
– Kiedy uda ci się zgładzić plotkę jako taką, zrezygnuję z konia i dosiądę kozy. Ha! A potem zamustruję na statek Ludu Morza.
Rand umilkł. Potok jego żołnierzy wciąż wylewał się z Bramy. Na illiańskim bruku Saldaeanie unosili lance, ich konie nerwowo tańczyły. Po Aes Sedai nie można było oczekiwać równie wyrazistych reakcji, niemniej prostowały się w siodłach, a z pozbawionych znamion wieku twarzy wyzierały spojrzenia bardziej czujne, uważnie śledzące tłum. Natomiast Aielowie wyraźnie swobodniej czuli się wśród wiwatujących gapiów niż w tamtej ciszy oskarżycielskich spojrzeń Domani – z ich przyczajonego kroku zniknęła drapieżna groza, kamienne rysy twarzy nieco złagodniały.
Bashere i Rand zjechali na stronę, Min w milczeniu pchnęła klacz ich śladem. Wydawała się jakaś roztargniona. Kiedy Rand rzucił hasło do wyjazdu, Nynaeve i Cadsuane nie było na terenie posiadłości. Co one znowu knuły? Wątpił wszakże, aby knuły razem – ledwie potrafiły znieść wzajemną obecność w tym samym pomieszczeniu. Tak czy siak, dowiedzą się, dokąd się udał i tu go znajdą. Ponieważ od tego momentu Randa będzie łatwo znaleźć. Koniec z chowaniem się po drewnianych dworach. Koniec z samotnymi podróżami. Koniec z planami szturmu na Przełęcz z Lanem i jego Malkierczykami. Nie było już na to czasu.
Bashere obserwował otwartą Bramę i wylewający się z niej strumień Aielów. Wszyscy towarzysze Randa chyba zdążyli się już przyzwyczaić do tego sposobu podróżowania.
– Masz zamiar poinformować Ituralde, że wycofałeś się z Arad Doman? – spytał Bashere po dłuższym milczeniu.
– Dowie się – zapewnił go Rand. – Łącznicy dostarczają mu regularne raporty z Bandar Eban. Natychmiast odkryją, że mnie nie ma w mieście.
– A jeżeli odstąpi z Ziem Granicznych, żeby podjąć swoją wojnę z Seanchanami?
– Wówczas spowolni ich pochód i uniemożliwi im podszczypywanie moich sił – stwierdził Rand. – Tam czy gdzie indziej, zawsze się na coś przyda.
Bashere zmierzył go ostrożnym spojrzeniem.
– A twoim zdaniem, co niby miałbym zrobić, Bashere? – spytał cicho Rand.
Tamto spojrzenie było swego rodzaju wyzwaniem, trzeba przyznać, że nie wprost, niemniej… Rand nie miał zamiaru dać się sprowokować. Gniew trwał zmrożony w jego wnętrzu niczym lodowa rzeźba.
Bashere westchnął.
– Nie wiem – przyznał. – Wszystko powoli zmienia się w jeden wielki chaos, z którego nie widzę wyjścia, człowieku. Ale myśl o wyprawie wojennej z Seanchanami na tyłach przyprawia mnie o dreszcze.
– Rozumiem – rzekł Rand, spoglądając na miasto. – Zanim wszystko się skończy, padnie Łza, a może nawet i całe Illian. Niech sczeznę… Będziemy mogli mówić o szczęściu, jeżeli korzystając z naszego zaangażowania na północy, nie dotrą do Andoru.
– Ale…
– Musimy dopuścić możliwość, że Ituralde wycofa się w momencie, gdy dotrą do niego wieści o naszej klęsce. W pierwszym rzędzie powinniśmy nawiązać kontakt z armią Pograniczników. Jakiekolwiek urazy żywią wobec mnie twoi rodacy, radzę im, żeby się zastanowili po raz drugi. I to szybko. Nie mam cierpliwości do ludzi, którzy porzucają swe obowiązki.
„My to zrobiliśmy?” – zapytał Lews Therin. „Kogo porzuciliśmy?”.
„Cicho” – warknął na niego Rand w myślach. „Wracaj do swych szlochów, szaleńcze, i zostaw mnie w spokoju”.
Bashere odchylił się do tyłu w siodle, na jego twarzy widać było głęboki namysł. Lecz jeśli nawet po głowie krążyły mu wątpliwości odnośnie do sposobu, w jaki Rand potraktował Domani, nic nie powiedział. W końcu tylko wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia, jakie są zamiary Tenobii. Niewykluczone, że kieruje nią tylko irytacja wywołana moją służbą pod twoim sztandarem, lecz może też chodzić o coś poważniejszego, na przykład przeświadczenie, że w niedostatecznym stopniu szanujesz wolę monarchów Ziem Granicznych. Nie bardzo potrafię sobie jednak wyobrazić, co mogło ją i pozostałych skłonić, aby w takich czasach opuścić Ugór.
– Wkrótce się dowiemy – zapewnił go Rand. – Weźmiesz paru Asha’manów i dowiesz się, gdzie stacjonują. Może się zresztą okazać, że tymczasem zdecydowali położyć kres tej paradzie błaznów i wrócili do siebie.