– Niech tak będzie – zgodził się Bashere. – Rozlokuję tylko moich ludzi i zaraz ruszam.
Rand krótko skinął głową, potem zawrócił konia i ruszył truchtem. Ludzie stojący po obu stronach zareagowali nową salwą okrzyków. Podczas swoich ostatnich odwiedzin we Łzie próbował pozostać anonimowy, z czego ostatecznie nic nie wyszło. Każdy, kto był choć odrobinę uwrażliwiony na otaczający go świat, wiedział, kiedy Smok bawi w mieście. Niezwykłe wydarzenia – wiatr wiążący węzły na proporcach, ludzie spadający z wysokich dachów i wychodzący z tego bez szwanku – stanowiły tylko pierwsze oznaki z długiego szeregu. Natura ta’veren krzepła w Randzie i coraz silniej oddziaływała na otoczenie. A skutki tego bywały coraz groźniejsze.
Przypomniał sobie, że podczas jego ostatniej wizyty Łzę oblegali buntownicy, którzy jednak ostatecznie nie byli w stanie zaszkodzić miastu. Tak wielki ośrodek handlu nie przejmował się czymś równie mało znaczącym co oblężenie. Większość ludzi żyła jak wcześniej, ledwie zwracając uwagę na buntowników. Niech szlachta rozgrywa swoje gierki, póki nie ma to wpływu na życie uczciwych ludzi.
Poza tym każdy wiedział, że Kamień się obroni, jak robił to niemal zawsze. Zapewne odkryte na nowo Podróżowanie sprawi, że tego rodzaju fortyfikacje odejdą w przeszłość, lecz dla napastników nie dysponujących Jedyną Mocą na zawsze pozostaną niezdobyte. Sam w sobie Kamień Łzy był potężnym masywem większym od niejednego miasta – gigantyczny kompleks murów, wież i nieprzystępnych fortyfikacji, wzniesionych z budulca, w którym próżno by szukać bodaj pojedynczej szczeliny. Mieściły się z nim kuźnie, magazyny, kwatery dla tysięcy obrońców i własny ufortyfikowany port.
Wszystko to na nic się nie zda przeciwko armii Seanchan z damane oraz rakenami.
Tłumy stały na ulicach aż do samej Krawędzi Kamienia – tak nazywano szeroką otwartą przestrzeń otaczającą Kamień z trzech stron.
„To pole śmierci” – szepnął Lews Therin.
Zgromadziła się tu kolejna powitalna ciżba. Główna brama Kamienia była otwarta, stała w niej delegacja pod przewodnictwem Darlina – ongiś Wysokiego Lorda, teraz króla Łzy – który na tę okazję wyprowadził ze stajni wspaniałego siwego ogiera. Darlin był niższy od Randa co najmniej o głowę, miał krótko przystrzyżoną czarną brodę i takież włosy. Wydatny nos nie pozwalał nazwać go przystojnym, jednak Rand znalazł w nim człowieka honoru i bystrego umysłu. Kierowany własnym rozumieniem patriotyzmu Darlin wystąpił przeciwko niemu, w przeciwieństwie do licznych służalców, którzy od początku na wyścigi ubiegali się o jego łaski. Człowieka, na którego wierność trzeba było sobie zasłużyć, zazwyczaj w miarę spokojnie można było spuścić z oka.
Darlin skłonił się przed Randem. Obok króla siedział na dereszowatym wałachu Dobraine o bladym obliczu. Miał na sobie błękitny kaftan i białe spodnie. Wyraz jego twarzy był nieodgadniony, choć Rand podejrzewał, że wciąż przeżywa zawód związany z tak rychłym wyjazdem z Arad Doman.
Pod ścianami stali w szeregu Obrońcy Kamienia, z uniesionymi mieczami, w napierśnikach i zwieńczonych pióropuszami hełmach wypolerowanych na błysk. Bufiaste rękawy kaftanów znaczyły czarne i złote pasy, nad nimi powiewał sztandar Łzy – dwa równe pola w czerwieni i złocie, z trzema srebrnymi półksiężycami. Za plecami zgromadzonych Rand widział wewnętrzny dziedziniec, na którym tłoczyli się kolejni żołnierze: w barwach Obrońców, jednak w większości bez mundurów, tylko z czerwono-złotymi opaskami na ramieniu. Byli to zapewne ci nowi rekruci, których Rand kazał Darlinowi werbować.
Celem całego przedstawienia była zapewne demonstracja majestatu Łzy. A może próba połaskotania próżności Randa? Spokojnie zatrzymał Tai’daishara przed siwkiem Darlina. Niestety wrażenie psuła obecność tego fircyka Weiramona, który towarzyszył królowi na wierzchowcu z własnych stajni. W oczach Randa Weiramon był takim durniem, że gdyby to od niego zależało, nie pozwoliłby mu samodzielnie nawet obrabiać roli, a co dopiero dowodzić żołnierzami. Prawda, odwagi małemu człowieczkowi nie brakowało, niemniej zdaniem Randa brała się ona tylko stąd, że nazbyt wolny pomyślunek uniemożliwiał mu zrozumienie niebezpieczeństwa. Jak zawsze wrażenie pogłębiał fakt, że Weiramon tak strasznie się starał nie wyglądać na nadętego pajaca – brodę miał nawoskowaną, starannie zaczesane włosy skrywały zaczątki łysiny, ubrany był bogato: kaftan i spodnie uszyte na wzór polowego munduru, choć oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie przywdziałby czegoś takiego do bitwy.
„Lubię go” – odezwał się Lews Therin.
Rand drgnął.
„Przecież ty nikogo nie lubisz!”.
„Jest uczciwy i szczery” – stwierdził Lews Therin i się zaśmiał. „Z pewnością bardziej niż ja! Mężczyzna nie wybiera, czy będzie głupcem, czy mędrcem, z pewnością jednak od niego samego zależą jego honor i lojalność. Biorąc pod uwagę naszych popleczników, moglibyśmy trafić znacznie gorzej niż na tego człowieka”.
Rand nie odpowiedział. Kłótnia z szaleńcem nie miała sensu. Lews Therin nie myślał racjonalnie. Dobrze chociaż, że nie mamrotał znowu o ślicznej panience. To bywało irytujące.
Darlin i Dobraine skłonili się przed Randem. Weiramon poszedł za ich przykładem. Następnie pochyliły się głowy wszystkich członków orszaku króla. Oczywiście nie mogło tu zabraknąć lady Caraline. Szczupła Cairhienianka była tak śliczna, jaką Rand ją zapamiętał. Jej czoło zdobił biały opal na cienkim łańcuszku wplecionym we włosy. Rand zmusił się, by oderwać od niej spojrzenie. Tak bardzo przypominała swoją kuzynkę Moiraine. Oczywiście, gdy tylko o niej pomyślał, Lews Therin zaczął odmawiać litanię imion, ponieważ imię Moiraine ją otwierało.
Rand zignorował głos szaleńca mamroczącego w głębi głowy i przyjrzał się reszcie orszaku. Wszyscy Wysocy Lordowie i Wysokie Lady Łzy – i wszyscy konno. Obok Weiramona głupawo uśmiechnięta Anaiyella na gniadym wierzchowcu. Hmm… chyba miała chusteczkę w jego barwach. Dotąd Rand uważał ją za osobę o nieco bardziej wyrafinowanych gustach. Torean uśmiechał się promiennie całą swą pulchną twarzą. Szkoda, że wciąż żył, podczas gdy tylu lepszych od niego Wysokich Lordów zginęło. Simaan, Estanda, Tedosian, Hearne – cała czwórka wystąpiła wtedy przeciwko Randowi, dowodząc obroną Kamienia. Teraz się przed nim kłaniali.
I Alanna też tu była. Rand nawet na nią nie spojrzał. W więzi zobowiązań czuł smutek. Tak powinna się czuć.
– Mój Lordzie Smoku – odezwał się Darlin, prostując w siodle – dziękujemy ci, żeś przysłał do nas Dobraine’a, który zdradził nam twe życzenia. – W jego głosie słychać było kiepsko skrywane niezadowolenie. Najpierw na pilny rozkaz Randa w pośpiechu gromadził armię, a potem kazano mu tygodniami zwlekać. Cóż, jego żołnierze wkrótce będą wdzięczni za te dodatkowe dni szkolenia.
– Armia stoi w gotowości – z pewnym wahaniem ciągnął Darlin. – W każdej chwili możemy ruszać do Arad Doman.
Rand pokiwał głową. Pierwotnie zamierzał obsadzić Arad Doman armią Darlina, a Aielów i Asha’manów skierować gdzie indziej. Odwrócił się, obejmując wzrokiem tłumy i mimochodem zrozumiał, dlaczego jest wśród nich tak wielu cudzoziemców. Większość rodzimych mieszkańców Illian została powołana do armii i stała teraz w szeregach za murami Kamienia.
Może ludzie na placu wcale nie wiwatowali na cześć Randa. Może wiwatowali na cześć swej armii maszerującej ku zwycięstwu.
– Poradziłeś sobie dobrze, królu Darlinie – odparł Rand. – Najwyższy czas, żeby Łza nauczyła się, jak wykonywać rozkazy. Wiem, że twoi ludzie się niecierpliwią, lecz będą musieli jeszcze trochę zaczekać. Przygotuj dla mnie komnaty w Kamieniu i zajmij się rozkwaterowaniem żołnierzy Bashere oraz Aielów.