Wyraz zmieszania na twarzy Darlina się pogłębił.
– Oczywiście. To znaczy, że nie jesteśmy już potrzebni w Arad Doman?
– Tego, czego potrzebuje Arad Doman, nikt nie jest mu w stanie dać – stwierdził Rand. – Pójdziecie ze mną.
– Oczywiście, mój panie. A… dokąd?
– Do Shayol Ghul.
43.
Zapieczętowane płomieniem.
Milcząca Egwene siedziała w swoim namiocie z rękoma złożonymi na kolanach. Z całej siły starała się zapanować nad uczuciami, lecz gniew i niedowierzanie wciąż ją paliły od środka.
Towarzystwa dotrzymywała jej ładna, pulchna Chesa, która wyczuwając nastrój swej pani usunęła się na bok i siedząc w rogu namiotu reperowała lamówkę jednej z sukien Egwene. Jej twarz była zupełnie spokojna, niczego więcej w życiu nie potrzebowała. Namiot znajdował się w miejscu odosobnionym, w małym gaju wewnątrz obozu Aes Sedai. Tego ranka Egwene zakazała dostępu do siebie wszystkim służącym prócz Chesy. Odprawiła nawet Siuan, która zapewne przyszła z przeprosinami. Potrzebowała czasu, żeby pomyśleć, przygotować się, a potem podjąć działania, które ograniczą rozmiary klęski.
A była to klęska. Oczywiście wskutek działań innych ludzi, cóż z tego jednak, skoro to byli jej przyjaciele i zwolennicy. Teraz przyjdzie im zaznać jej słusznego gniewu. Najpierw należało wszakże przeanalizować własne postępki, zastanowić się, czy nie było innych, lepszych możliwości.
Siedziała w drewnianym fotelu z wysokim oparciem i poręczami rzeźbionymi w ślimacznice. Namiot zastała w takim stanie, w jakim go opuściła: porządek na biurku, zwinięte koce, sterta poduszek w rogu. Chesa bez wątpienia odkurzała w nim codziennie. Miała jednak wrażenie, że znajduje się w muzeum, w którym dzieciom pokazuje się sceny z dawno minionych czasów.
Podczas spotkania z Siuan w Tel’aran’rhiod Egwene jednoznacznie i z całą mocą powiedziała jej, czego ma nie robić, a tamta i tak postąpiła po swojemu. Być może zawiniła jej zbytnia skrytość. W skrytości kryło się niebezpieczeństwo. Przez nią właśnie upadła Siuan. Kadencja spędzona na czele siatek szpiegowskich Błękitnych Ajah nauczyła ją nadzwyczaj oszczędnego gospodarowania wiedzą i wydzielania jej niczym skąpy pracodawca pieniądze w dniu wypłaty. Gdyby inne wiedziały, jak doniosłą zajmuje się pracą, może nie wystąpiłyby przeciwko niej.
Egwene przesunęła palcami po gładkiej powierzchni skórzanej torby ściśle zwiniętej przy pasie. Wewnątrz znajdował się długi, smukły przedmiot, rankiem potajemnie sprowadzony z Białej Wieży.
Czy wpadła w tę samą pułapkę, w którą wcześniej wpadła Siuan? Niewykluczone. W końcu, to od Siuan nauczyła się najwięcej. Gdyby wyjaśniła ze szczegółami, jak rozwijają się i na czym polegają jej plany względem Wieży, może wówczas tamci trzymaliby ręce przy sobie?
To była nadzwyczaj trudna droga, pewnie zbyt trudna. Amyrlin była piastunką wielu tajemnic, które powinny tajemnicami pozostać. Poza tym zbytnia otwartość jakoś nie licowała z majestatem. Z drugiej strony Siuan była zbytnio przyzwyczajona do działania na własną rękę. Dowodem tego był choćby fakt, że bez wiedzy Komnaty zachowała dla siebie ter’angreal snu. A Egwene tylko ją utwierdzała w takim postępowaniu, tym samym nieświadomie zachęcając do występowania przeciwko władzy.
Cóż, wychodziło na to, że sama też nie jest bez winy. Nie da się zrzucić całej odpowiedzialności na Siuan, Bryne’a i Gawyna. Nie miała złudzeń, że zbłądziła tylko w tej jednej sprawie i na tym rzecz się skończy.
Na razie trzeba się było zająć poważniejszym problemem. Nastąpiła katastrofa. Opuściła Wieżę, gdy była o krok od ostatecznego sukcesu. Czy da się coś jeszcze uratować? Choć rozpierała ją potrzeba, by wstać i zacząć przechadzać się po namiocie, pozostała na krześle. W ten sposób dałaby wprawdzie ujście swemu zdenerwowaniu, lecz już dawno przyrzekła sobie, że przy każdej okazji będzie się uczyła opanowania, gdyż złe nawyki miały to do siebie, że rozwijały się nader łatwo. Siedziała więc w znakomitej zielonej sukni z żółtymi wzorami na staniku, a jej dłonie spokojnie spoczywały na poręczach fotela.
Dziwnie się czuła w tej szacie. Jakoś… niewłaściwie. Biała sukienka, do której noszenia zmuszono ją, aby ją upokorzyć, stała się z czasem symbolem jej walki. Jej brak zdawał się symbolem kapitulacji. Wyczerpanie emocjonalne i fizyczne będące skutkiem bitwy z wczorajszej nocy wciąż dawało się we znaki. Walczyła ze zmęczeniem, nie mając zamiaru ulec. W końcu to nie pierwsza nieprzespana noc, po której trzeba było podejmować istotne decyzje.
Przyłapała się na tym, że palcami wystukuje rytm na poręczy i zmusiła się, aby przestać.
Nie było już powrotu do Białej Wieży. Przynajmniej nie w charakterze nowicjuszki. Przyjęta strategia miała sens tylko wtedy, gdy wyrażała opór przeciwko absurdalnej opresji Amyrlin, w której mocy się znajdowała. Gdyby teraz wróciła z własnej woli, zostałoby to odczytane albo jako uniżoność, albo jako arogancja. Tym razem Elaida z pewnością nie przepuści okazji i odda ją w ręce kata.
Wychodziło na to, że utknęła w martwym punkcie. Czuła się równie bezradna jak wówczas, gdy porwały ją agentki Białej Wieży. Zacisnęła zęby. Kiedyś mylnie wyobrażała sobie, że pozycja Amyrlin uodporni ją na odkształcenia Wzoru, przynajmniej te przypadkowe. Że będzie miała więcej do powiedzenia w kwestii jego kształtowania. Ludzie zazwyczaj nie mieli wyjścia i po prostu biernie reagowali na to, jak Wzór wplatał ich żywoty w swą osnowę, jednak Zasiadająca na Tronie Amyrlin mogła i powinna działać aktywnie!
Coraz lepiej rozumiała, że pod tym względem Amyrlin nie różni się od pozostałych. Życie było przemożną nawałnicą, czy było się dojarką, czy królową. Królowe po prostu nieco lepiej radziły sobie w oku cyklonu. Jeżeli nawet w cudzych oczach Egwene sprawiała wrażenie posągu niewrażliwego na porywy wichru, to dlatego, że wiedziała, jak uginać się przed tymi porywami. To stwarzało iluzję panowania nad sytuacją.
Nie. To nie była iluzja. Amyrlin naprawdę panowała nad sytuacją, już choćby dzięki temu, że panowała nad sobą i miała pod kontrolą nawałnice szalejące w ludzkim sercu. Ustępowała przed wymogami chwili, lecz czyniła to w sposób elastyczny, dyktowany przez doświadczenie pokoleń Aes Sedai. Powinna więc myśleć logicznie jak Biała i dogłębnie jak Brązowa, być równie namiętna jak Błękitna, zdecydowana niczym Zielona, okazywać miłosierdzie Żółtych i dyplomatyczną subtelność Szarych. I tak, jeśli zajdzie taka potrzeba, mściwość Czerwonych.
O powrocie do Białej Wieży w charakterze nowicjuszki nie mogło być mowy, a nie miała czasu, żeby czekać na dalszy rozwój negocjacji. Sytuacja zmieniła się całkowicie: bezczelny atak Seanchan na Białą Wieżę, Rand, który robił, co chciał, Cień siejący chaos w świecie i zbierający siły do Ostatniej Bitwy. Należało szybko podjąć najtrudniejszą decyzję. Dysponowała gotową do boju pięćdziesięciotysięczną armią, a Biała Wieża chwiała się po strasznym ciosie. Aes Sedai będą wyczerpane, Gwardia Wieży wykrwawiona i pokonana.
Za kilka dni wszyscy zostaną Uzdrowieni, siostry wypoczną. Nie miała pojęcia, czy Elaida przeżyła atak, czy nie – bezpieczniej było przyjąć, że wciąż pozostaje u władzy. To zdecydowanie ograniczało możliwości działania.
Oczywiście Egwene w głębi duszy wiedziała, co należy zrobić. Jeżeli nie mogła czekać, aż siostry w Białej Wieży podejmą właściwą decyzję, musiała im ją narzucić siłą.
Pozostawała nadzieja, że historia jej wybaczy.