Выбрать главу

Wstała, podeszła do wyjścia z namiotu, odrzuciła klapę i zatrzymała się jak wryta. Tuż przed nią siedział na ziemi jakiś mężczyzna.

Na jej widok Gawyn podniósł się – był w każdym calu tak przystojny, jakim go zapamiętała. Nie był piękny tym cokolwiek niemęskim pięknem, jakie cechowało jego przyrodniego brata. Gawyn był bardziej solidny, mocniej osadzony w rzeczywistości. Lecz to właśnie czyniło go w oczach Egwene bardziej atrakcyjnym od Galada. Galad był niczym istota z innego świata, postać z legend i opowieści. Był jak szklany posążek, który można postawić w gablocie i podziwiać, lecz lepiej nie brać go do ręki.

Gawyn był inny. Przystojny z tą płomiennorudą czupryną i czułym wejrzeniem oczu. Galad wydawał się – i chyba był naprawdę – zupełnie nieporuszony, natomiast troska, jaką Gawyn darzył sprawy i ludzi, czyniła go też bardziej ludzkim. Podobnie jak jego dość nieszczęsne i zbyt częste pomyłki.

– Egwene – powiedział, poprawiając miecz przy pasie i otrzepując nogawki spodni. Światłości! Spał przed tym namiotem? Słońce było już w pół drogi do najwyższego punktu swej wędrówki po niebie. Powinien iść do siebie i trochę wypocząć!

Odepchnęła od siebie te myśli. To nie czas, żeby się zachowywać jak zakochana pannica. To chwila, w której trzeba pokazać, że jest się Zasiadającą na Tronie Amyrlin.

– Gawynie – odpowiedziała, a widząc, że rusza w jej stronę, uniosła dłoń, dając mu znak, żeby się nie zbliżał. – Jeszcze nawet nie zaczęłam się zastanawiać, co z tobą zrobić. Pilniejsze sprawy domagają się mojej uwagi. Czy Komnata już się zebrała na posiedzenie, jak poleciłam?

– Chyba tak – odparł, zerkając w stronę centrum obozu. Poprzez gałęzie gęstych drzew ledwie można było dojrzeć wielki namiot posiedzeń Komnaty.

– Wobec tego muszę zaraz tam się udać i przemówić do nich – stwierdziła Egwene, biorąc głęboki oddech. Ruszyła przed siebie.

– Nie. – Gawyn zastąpił jej drogę. – Egwene, musimy porozmawiać.

– Później.

– Nie, nie później, żebym sczezł! Czekałem na tę chwilę miesiącami. Muszę wiedzieć, jak jest między nami. Muszę wiedzieć, czy ty…

– Przestań! – weszła mu w słowo.

Zatrzymał się jak wryty. Nie, mówiła sobie w duchu Egwene, nie ulegnie urokowi tych oczu, żeby sczezł! Nie teraz.

– Powiedziałam, że jeszcze nie doszłam do ładu ze swymi uczuciami – rzekła chłodno – i to właśnie miałam na myśli.

Mięśnie szczęk zagrały mu na policzkach.

– Nie wierzę w to twoje rzekome opanowanie Aes Sedai, Egwene – upierał się Gawyn. – Nie kiedy w twoich oczach widzę prawdę. Poświęciłem…

– Ty się poświęciłeś? – znowu przerwała mu Egwene, pozwalając, aby gniew wyraźnie zabrzmiał w jej głosie. – A moje poświęcenie na rzecz jedności Białej Wieży? Poświęcenie, które ty zmarnowałeś, ponieważ sprzeciwiłeś się mojej jawnie wyrażonej woli? Czy Siuan nie powiedziała ci, że zakazałam operacji ratunkowej?

– Mówiła – przyznał niechętnie. – Ale tak się o ciebie martwiliśmy!

– Cóż, takiego właśnie poświęcenia od was oczekiwałam, Gawynie – oznajmiła z irytacją. – Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wielki brak zaufania mi okazaliście? Dlaczego ja miałabym ci ufać, skoro ty okazujesz mi jawne nieposłuszeństwo tylko po to, by uwolnić się od uczuciowego dyskomfortu?

Gawyn nawet się nie zawstydził, wyglądał tylko na cokolwiek zagubionego. To był dobry znak – Amyrlin potrzebni byli ludzie potrafiący powiedzieć, co myślą. Prywatnie. W sferze publicznej potrzebni byli jej zwolennicy. Czy on tego nie potrafi pojąć?

– Kochasz mnie, Egwene – upierał się Gawyn. – Widzę to przecież.

– Egwene jako kobieta cię kocha – wyjaśniła mu. – Ale Egwene jako Amyrlin jest na ciebie bezgranicznie wściekła. Gawynie, jeżeli chcesz być ze mną, musisz zgodzić się na to, że będziesz i z kobietą, i z Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Wydawałoby się, że jako mężczyzna, którego wychowano na Pierwszego Księcia Miecza, zrozumiesz to bez trudu.

Gawyn uciekł spojrzeniem.

– Nie wierzysz, prawda? – zapytała po chwili.

– W co?

– W to, że jestem Zasiadającą na Tronie Amyrlin – odpowiedziała. – Uważasz, że nie mam prawa do tytułu.

– Próbuję jakoś dojść z tym do ładu – wyznał, znów patrząc jej w oczy. – Ale, na krwawe popioły, Egwene… Kiedy się ostatnim razem wiedzieliśmy, byłaś zwykłą Przyjętą, a od tamtej chwili nie minęło aż tak znowu wiele czasu. Teraz mienisz się Amyrlin? Nie wiem, nie wiem, co myśleć.

– I nie widzisz, jak ta twoja niepewność kładzie się cieniem na wszystkim, co mogłoby być między nami?

– Mogę się zmienić. Ale musisz mi pomóc.

– Dlatego właśnie chciałam porozmawiać z tobą później – powiedziała. – Przepuścisz mnie?

Odsunął się z wyraźną niechęcią.

– Nie skończyliśmy tej rozmowy – ostrzegł. – W końcu udało mi się rozstrzygnąć w sercu jakąś sprawę, uwierzyć w coś i teraz nie mam zamiaru z tego zrezygnować.

– Świetnie – rzuciła Egwene, mijając go. – Ale teraz nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Muszę iść i wydać rozkaz ludziom, którzy nie są mi obojętni, żeby urządzili rzeź innym, na których też mi zależy.

– A więc zdecydowałaś się? – powiedział Gawyn za jej plecami. – Po obozie krążą różne plotki. Parę wpadło mi w ucho, choć przez cały ranek sterczałem przed twoim namiotem. Wśród nich były też takie, zgodnie z którymi każesz Bryne’owi zaatakować miasto.

Znieruchomiała.

– Gdybyś tak postanowiła, wiedz, że popełniasz błąd – ciągnął. – Nic mnie nie obchodzi Tar Valon, ale myślę, że wiem, jak byś się potem czuła.

Odwróciła się.

– Zrobię, co będę musiała, Gawynie – rzekła, patrząc mu w oczy. – Dla dobra Aes Sedai, dla dobra Białej Wieży. Nawet gdyby to miało boleć. Nawet gdybym nie mogła sobie tego wybaczyć przez resztę życia. Będę robić to, co konieczne. Zawsze.

Powoli pokiwał głową. A ona ruszyła w kierunku wielkiego namiotu w centrum obozu.

– To twoja wina, Jesse – rzekła Adelorna. Oczy wciąż miała zaczerwienione; zeszłej nocy straciła Strażnika. Wiele kobiet spotkał ten sam los. W odróżnieniu od nich była twarda jak dziki pies i wyraźnie nie miała zamiaru z nikim dzielić się swym bólem.

Jesse Bilal spokojnie grzała dłonie o filiżankę z agrestową herbatą, postanowiwszy, że za nic nie da się wyprowadzić z równowagi. Zarzuty Adelorny były łatwe do przewidzenia. I być może całkiem słuszne, a Jesse jak najbardziej zasługiwała na słowa przygany. Oczywiście w taki czy inny sposób wszystkie zasługiwały. Wyjąwszy może Tsutamę, która nie była Głową swych Ajah i po części dlatego nie została zaproszona na spotkanie. Drugim powodem jej nieobecności był fakt, że Czerwone Ajah jako takie w niczyim sercu nie wzbudzały ciepłych uczuć.

W małym, ciasnym pokoju ledwie starczyło miejsca na pięć foteli i niewielki pękaty piecyk pod ścianą, od którego biło przyjemne ciepło. Stolik już się nie zmieścił, nie wspominając o prawdziwym piecu. Dość miejsca dla pięciu kobiet i tyle. Najpotężniejszych kobiet świata. I – jak się okazało – zapewne również najgłupszych.

Stanowiły żałosny widok tego ranka, ranka, który wstał po największej katastrofie w całej historii Białej Wieży. Jesse rozejrzała się po siedzących wokół kobietach. Ferane – Pierwsza Analityczka Białych – była niska, mocno zbudowana i, co dość nietypowe u Białych, miała opinię siostry kierującej się częściej temperamentem niż logiką. Dziś miała właśnie jeden z takich dni: siedziała nachmurzona, z zaplecionymi na piersi rękami. Nawet nie chciała herbaty.

Obok niej zajmowała miejsce Suana Dragand, Pierwsza Tkaczka Żółtych Ajah. Ona z kolei była strasznie chuda, sama skóra i kości, lecz trzymała się dzielnie. Adelorna, z której ust Jesse przed chwilą usłyszała gorzkie oskarżenie, siedziała obok niej. Lecz czy naprawdę można było winić Kapitan-Generał za jej zjadliwość? Jak miała się zachowywać po tym, gdy została wychłostana przez Elaidę, a ostatniej nocy omal nie zginęła z rąk Seanchan? Szczupła kobieta była wyjątkowo jak dla siebie zaniedbana. Włosy miała związane na karku w nieporządny kok, jej jasna suknia była wygnieciona.