Выбрать главу

Aielowie uczyli się szybko i łatwo adaptowali. Nynaeve dziwiło, jak dobrze sobie radzili, ponieważ w jej przekonaniu na Pustkowiu nic się nie działo, a jedna jego część była nieodróżnialna od innych. Oczywiście słyszała, że Aielowie to samo mówią o mokradłach.

Ekonomiczne znaczenie tych rozstajów należało już do przeszłości. Gdyby była z nimi Verin lub któraś z Brązowych sióstr, z pewnością zgrabnie wytłumaczyłaby, dlaczego tak się stało. Nynaeve wiedziała tylko, że królestwo, pod którego panowaniem znajdowały się niegdyś te ziemie, upadło dawno temu, a pozostało po nim tylko wolne miasto Far Madding. Koło Czasu obracało się. Wspaniałe ongiś królestwa upadały, obracały się w ruinę, a w końcu zmieniały w spokojne pola, na których niepodzielnie panowali farmerzy nie mający innych ambicji niż wyhodowanie szczególnie dobrej odmiany jęczmienia. Przydarzyło się to Manetheren, przydarzyło się i tutaj. Szerokie trakty, po których niegdyś maszerowały legiony, stały się na poły zapomnianymi wiejskimi drogami, rozpaczliwie domagającymi się napraw.

Jechali dalej w milczeniu, a Nynaeve nie popędzała Księżycowej Poświaty, pozwalając, aby odległość między nią a Randem powoli się powiększała. Wkrótce zrównała się z Narishmą i odtąd towarzyszyło jej cichutkie pobrzękiwanie dzwoneczków wplecionych w końce jego cienkich warkoczyków. Narishma odziany był w czerń, jak większość Asha’manów, na wysokim kołnierzu jego kaftana pobłyskiwały Miecz i Smok. Od kiedy przyjął więź zobowiązań Strażnika, zmienił się. Nynaeve nie potrafiła już spoglądać nań jak na chłopca, którym był jeszcze niedawno. Teraz był mężczyzną o obyciu żołnierza i czujnych oczach Strażnika. Mężczyzną, który widział śmierć i walczył z Przeklętymi.

– Jesteś Pogranicznikiem, Narishmo – stwierdziła Nynaeve. – Masz jakieś pojęcie, dlaczego twoi rodacy opuścili swój posterunek?

Pokręcił głową, nie odrywając oczu od otaczającego ich terenu.

– Byłem synem szewca, Nynaeve Sedai. Nie wyznaję się na czynach lordów i dam. – Zawiesił głos. – Poza tym, już nie jestem Pogranicznikiem. – Niewypowiedziana treść tych słów była oczywista. Na pierwszym miejscu stawiał lojalność wobec Randa. Sposób myślenia typowy dla Strażników.

Nynaeve powoli pokiwała głową.

– Masz jakieś pojęcie, w co się pakujemy?

– Oni nie złamią danego słowa – rzekł. – Pogranicznik prędzej umrze, niż okaże się krzywoprzysięzcą. Obiecali wysłać przedstawicielstwo na spotkanie z Lordem Smokiem. I tak też zrobią. Żałuję tylko, że nie pozwolili nam zabrać naszych Aes Sedai.

Z raportów wynikało, że armii Pograniczników towarzyszy trzynaście Aes Sedai. Niebezpieczna liczba – tylu dokładnie było potrzeba, żeby ujarzmić kobietę lub poskromić mężczyznę. Trzynaście kobiet połączonych w krąg było w stanie oddzielić tarczą od Źródła najpotężniejszego ze zdolnych do przenoszenia ludzi. Rand ze swej strony nalegał, aby w skład poselstwa, które miało się z nim spotkać, nie wchodziło więcej niż cztery z tamtych trzynastu; w zamian przyjął na siebie identyczne zobowiązanie. Dwaj Asha’mani – Narishma oraz Naeff – Nynaeve i on sam.

Na wieść o tym Merise i pozostałe urządziły Randowi coś, co u Aes Sedai zasługiwało na miano „sceny” – dużo grymasów wykrzywionych ust i pytań z rodzaju: „Pewny jesteś, że wiesz, co robisz?”.

Nynaeve nie umknęło napięcie widoczne w postawie Narishmy.

– Jakoś nie widzę, żebyś im bezwarunkowo ufał.

– Losem Pogranicznika jest obrona Ziem Granicznych – wyjaśnił Narishma. – Byłem synem szewca, lecz mimo to przeszedłem pełne przeszkolenie z mieczem, włócznią, łukiem, toporem oraz procą. Zanim jeszcze zostałem Asha’manem, byłem w stanie pokonać w pojedynku czterech na pięciu zawodowych żołnierzy południa. My żyjemy po to, aby bronić. A jednak… moi rodacy opuścili posterunek. Z trzynastoma Aes Sedai. – Przyjrzał jej się tymi swoimi ciemnymi oczami. – Chcę im ufać. Wiem, że to dobrzy ludzie. Ale bywa, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi kwestia mężczyzn potrafiących przenosić.

Nynaeve nic nie odpowiedziała. Narishma miał rację. Z drugiej strony trudno jej było sobie wyobrazić powody, dla których Pogranicznicy mieliby dybać na Randa. Od wieków zmagali się z nieubłaganymi postępami Ugoru i Pomiotem Cienia – walkę z Czarnym mieli we krwi. Nie wystąpią przeciwko Smokowi Odrodzonemu.

Pogranicznicy byli ludźmi honoru, ale rozumieli go na swój sposób. Momentami denerwujący, niemniej konsekwentny. Przywiązanie Lana do ojczyzny – zwłaszcza w sytuacji, gdy większość Malkierczyków wyparła się swych korzeni – było jednym z powodów, dla których go kochała.

„Och, Lan. Znajdę kogoś, kto ci pomoże. Nie pozwolę ci samemu zginąć w paszczy Cienia”.

Gdy mijali niskie, pokryte zielenią wzgórze, zobaczyli Aielów, którzy wcześniej zostali wysłani na zwiad. Rand zatrzymał swój oddział, czekając, aż dogonią go odziane w cadin’sor postaci; kilku miało na czołach czerwone przepaski ze starożytnym godłem Aes Sedai. Zwiadowcy nie byli zdyszani, mimo iż musieli przebiec całą drogę na miejsce spotkania i z powrotem.

Rand pochylił się w siodle.

– Postąpili, jak zażądałem? Nie przyprowadzili ze sobą więcej niż dwustu zbrojnych i cztery Aes Sedai?

– Tak, Randzie al’Thorze – odparł jeden ze zwiadowców. – Ściśle zastosowali się do twoich wymogów. Wielki jest ich honor.

Po tonie głosu Nynaeve zorientowała się, że ma do czynienia ze specyficznym humorem Aielów.

– O co chodzi? – zapytał Rand, który również coś wyczuł.

– Czeka na ciebie jeden człowiek – odparł zwiadowca. – Z niego składa się całe ich „przedstawicielstwo”. Jest niziutki, choć wygląda na kogoś, kto potrafi tańczyć włócznie. Rozstaje znajdują się zaraz za tym wzgórzem.

Nynaeve spojrzała przed siebie. Rzeczywiście, jeżeli się wiedziało, gdzie patrzeć, można było dostrzec zarys drogi wiodącej z południa, która najprawdopodobniej za wzgórzem spotykała się z ich drogą.

– Co to za knowania? – zapytał Naeff, podjeżdżając bliżej. Na szczupłej twarzy wojownika znać było zatroskanie. – Zasadzka?

Rand gestem uniesionej dłoni nakazał wszystkim ciszę. Potem ścisnął kolana i puścił wałacha przed siebie, a zwiadowcy ruszyli za nim bez słowa. Nynaeve o mało co nie zostałaby z tyłu -Księżycowa Poświata była zwierzęciem tak łagodnym, że sama pewnie by jej dla siebie nie wybrała. Po powrocie do Łzy będzie się musiała rozmówić z koniuszym.

Okrążyli wzgórze i wyjechali na pylisty kwadratowy teren poznaczony czarnymi śladami po ogniskach dawnych karawan. Droga, węższa od tej, którą tu przyjechali, wiła się, skręcając najpierw na północ, potem na południe. W centralnym punkcie rozstajów stał samotny żołnierz ze Shienaru, obserwując nadjeżdżający oddział. Jego długie do ramion, posiwiałe włosy luźno opadały na twarz, której wyciągnięte rysy harmonizowały z żylastym ciałem. Spośród zmarszczek wyzierały małe, bezustannie mrugające oczka.

„Hurin?” – pomyślała zaskoczona. Nynaeve ostatni raz łowcę złodziei widziała podczas wspólnej podróży do Białej Wieży, po wypadkach w Falme.

Rand ściągnął wodze konia, pozwalając, żeby Nynaeve i Asha’man go dogonili. Aielowie rozsypali się jak liście rozrzucone podmuchem wiatru, obsadzając rozstaje. Nynaeve była pewna, że obaj Asha’mani obejmują Źródło, Rand zapewne też.

Hurin niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Niewiele się zmienił od tamtego razu. Może trochę więcej siwizny we włosach, poza tym ten sam brązowy strój, ten sam łamacz mieczy i ten sam krótki miecz za pasem. Konia uwiązał do zwalonego pniaka opodal. Aielowie przyglądali mu się z taką podejrzliwością, z jaką normalni ludzie odnoszą się do sfory psów pilnujących obejścia.