Выбрать главу

– Ach, lord Rand! – zawołał Hurin, ale głosem niezbyt pewnym. – To naprawdę ty! Cóż, nie da się zaprzeczyć, rzec trzeba, żeś sobie wyrobił pozycję w świecie. Dobrze…

Urwał, kiedy jakaś niewidzialna siła poderwała go z ziemi. Z jego ust wydarło się krótkie, zaskoczone sapnięcie, a po chwili zawisł w strumieniu Powietrza. Na ten widok Nynaeve przeszył dreszcz, ale zaraz skarciła się w myślach za odruchową reakcję. Kiedyś trzeba będzie się w końcu przyzwyczaić do mężczyzn przenoszących Jedyną Moc.

– Kto nas ścigał, to znaczy ciebie i mnie, Hurinie, kiedy uwięźliśmy w tej dalekiej krainie cieni? -zapytał Rand. – Jakiej narodowości byli ludzie, których powaliłem strzałami z łuku?

– Ludzie? – powtórzył Hurin, a jego głos brzmiał prawie jak pisk. – Lordzie Randzie, przecież w tym miejscu w ogóle nie było ludzi! Żadnych nie spotkaliśmy, to znaczy oprócz lady Selene. Wszystko, co zapamiętałem, to te żabie bestie, te same, których dosiadają ci Seanchanie!

Rand powoli obracał Hurina w strumieniu Powietrza, przyglądając mu się chłodnymi oczyma. W końcu podjechał bliżej. Nynaeve i jeden z Asha’manów poszli w ślad za nim.

– Nie wierzysz mi, lordzie Randzie? – zapytał wiszący w górze Hurin.

– Ostatnimi czasy niełatwo mi przychodzi w cokolwiek uwierzyć, choćbym miał to przed oczyma – odparł Rand. – Przyjmuję, że Pogranicznicy wysłali ciebie, licząc na starą znajomość?

Hurin skinął głową, z czoła spływały mu krople potu. Nynaeve zrobiło się go żal. Był bez reszty oddany Randowi. Spędzili razem sporo czasu, najpierw ścigając Faina, potem szukając Rogu Valere. W drodze powrotnej do Tar Valon Hurinowi usta się nie zamykały i zadręczał wszystkich opowieściami o wielkim czynie Randa. A teraz człowiek, którego idealizował, potraktował go w taki sposób – to musiało naprawdę zaskoczyć chudego łowcę złodziei.

– Dlaczego jesteś sam? – cicho zapytał Rand.

– Cóż – odparł Hurin, wzdychając. – Przecież ci mówili… – Zawiesił głos, jakby coś odwróciło jego uwagę. Głośno wciągnął powietrze w nozdrza. – A to ci… dziwne. Nigdy czegoś takiego nie czułem.

– O co chodzi? – zapytał Rand.

– Nie wiem – odpowiedział Hurin. – Powietrze pachnie zgęstniałą śmiercią i przemocą, tylko że to nie to. To coś mroczniejszego. Znacznie bardziej przerażającego. – Zadrżał.

Węch Hurina, który pozwalał mu odnajdywać woń cierpienia i gwałtu, stanowił zagadkę, której Wieża nie umiała rozwiązać. Nie miało to żadnego związku z Mocą, a równocześnie nie było też zjawiskiem całkowicie naturalnym.

Randa najwyraźniej nie obchodziło, co Hurin wyczuł.

– Powiedz mi, dlaczego wysłali tylko ciebie, Hurinie.

– Właśnie mówiłem, lordzie Randzie. Rozumiesz, mamy tutaj omówić warunki.

– Warunki powrotu waszych armii tam, gdzie ich miejsce – stwierdził Rand.

– Nie, lordzie Randzie – sprzeciwił się Hurin, ale widać było, ile go to kosztuje. – Warunki prawdziwego spotkania. Jak przypuszczam, w liście, który do ciebie wysłali; tę część przedstawiono w sposób nadzwyczaj mglisty. Powiedziano mi, że możesz się rozzłościć, gdy zobaczysz mnie tu samego.

– Mylili się – rzekł Rand, a jego głos stał się cichszy. Nynaeve musiała się nachylić ku niemu, żeby usłyszeć, co mówi. Po chwili ciągnął dalej: – Ja już nie potrafię odczuwać gniewu, Hurinie. Uznałem go za niepotrzebny. Po co jakieś dodatkowe „warunki” spotkania? Wydawało mi się, że całkowicie zadowalająca jest propozycja, którą wysunąłem i która przewidywała, że zabiorę z sobą niewielki oddział.

– Cóż, lordzie Randzie – odparł Hurin – rozumiesz, oni naprawdę bardzo chcą się z tobą spotkać. Chodzi mi o to, że przebyliśmy całą tę drogę, maszerowaliśmy całą przeklętą zimę, Aes Sedai, wybacz mi moje słowa. Ale to była naprawdę przeklęta zima! Zła zima, choć trochę czasu trwało, zanim do nas dotarła. Tak czy siak, przybyliśmy tu do ciebie, lordzie Randzie. A więc rozumiesz, dlaczego oni chcą się z tobą spotkać. Bardzo chcą.

– Ale?

– Ale, cóż, ostatnim razem, kiedy byłeś w Far Madding, zdarzył się…

Rand uniósł palec do góry. Hurin umilkł, wokół zapadła całkowita cisza. Nawet konie zdawały się wstrzymywać oddech.

– Pogranicznicy są w Far Madding? – zapytał Rand.

– Tak, lordzie Randzie.

– I chcą się ze mną tam spotkać?

– Tak, lordzie Randzie. Będziesz musiał się udać pod opiekę Wartownika, rozumiesz, i…

Rand wykonał nieznaczny gest dłonią, przerywając Hurinowi w pół słowa. W jednej chwili w powietrzu otworzyła się Brama. Jednak nie prowadziła do Far Madding, lecz do miejsca położonego niedaleko, na odcinek drogi, który Rand ze swym oddziałem pokonał przed chwilą.

Rand uwolnił Hurina ze splotów Powietrza, dał znak Aielom, żeby wsadzili go na konia, a potem pchnął Tai’daishara w przestrzeń Bramy. Co tu się działo? Wszyscy bez słowa ruszyli za nim. Kiedy znaleźli się po drugiej stronie, Rand natychmiast stworzył następną Bramę – po drugiej ukazała się niewielka zalesiona dolina. Nynaeve zdało się, że i to miejsce rozpoznaje – tu obozowali z Cadsuane po wizycie w Far Madding.

„Po co ta pierwsza Brama?” – zastanawiała się Nynaeve zbita z tropu. Lecz po chwili zrozumiała. Żeby Podróżować na krótki dystans, nie trzeba było intymnie zaznajomić się z terenem, z kolei sama Podróż do tego miejsca pozwalała na takie zapoznanie, tym samym pozwalając na stworzenie w nim Bramy.

Dzięki temu, że pierwsza Podróż Randa ograniczała się do niewielkiego kroku, mógł zapamiętać własne położenie na tyle dobrze, aby później otworzyć Bramę dokądkolwiek chciał – oszczędzając czas, jaki w normalnych okolicznościach musiał poświęcić na intymne zaznajomienie się z miejscem! Pomysł był wyjątkowo chytry i Nynaeve nie mogła sobie wybaczyć, że sama na niego nie wpadła – aż się zarumieniła. Od jak dawna Rand posługiwał się tym sposobem? Czy podpowiedziała mu go pamięć… tamtego obcego głosu w głowie?

Rand skierował Tai’daishara w kierunku szczeliny w powietrzu. Koń wyszedł na leśne poszycie, roztrząsając kopytami zeschłe liście. Nynaeve ruszyła za nim, próbując zmusić swą łagodną klacz, aby nadążała za wierzchowcem Randa. Ten koniuszy usłyszy od niej parę słów. Spłonie ze wstydu, zanim ona z nim skończy!

Hurin posłusznie ruszył za nimi, Aielowie rozstawili się tak, żeby mieć go między sobą. Twarze mieli zasłonięte, włócznie i łuki w pogotowiu. Rand przebił się przez gęstwę lasu, zatrzymał Tai’daishara i spojrzał ponad łąką ku starożytnemu miastu Far Madding.

Nie było szczególnie wielkie, zwłaszcza gdy przyłożyć doń miarę Wielkich Metropolii. Nie było też szczególnie urodziwe, przynajmniej w porównaniu z cudami architektury Ogirów, jakie Nynaeve zdarzało się w życiu widywać. Niemniej robiło wrażenie, a każdy miłośnik zabytków architektury i reliktów przeszłości z pewnością znalazłby w nim coś dla siebie. Leżało na wyspie otoczonej jeziorem i chyba przez to odlegle kojarzyło się z Tar Valon. W spokojnych wodach jeziora odbijały się trzy mosty, stanowiące jedyne drogi do miasta.

Na brzegach rozłożyła się wielka armia, której obóz zajmował obszar większy chyba niż samo miasto. Nynaeve widziała dziesiątki rozmaitych proporców, a każdy oznaczał inny Dom. Rzędy za rzędami koni, namioty niczym łany zbóż skrupulatnie rozplanowanych i zasianych w oczekiwaniu na zbiory. Armia Pograniczników.

– Słyszałem o tym miejscu – odezwał się Naeff, którego krótko przystrzyżone, ciemne włosy wichrzył wiatr. Zmrużył oczy, na kwadratowym obliczu pojawił się grymas rozczarowania. – To jest jak stedding, tylko brak tu tego poczucia bezpieczeństwa.