Выбрать главу

Potężny ter’angreal Far Madding – nazywany Wartownikiem – tworzył wokół miasta niewidzialną ochronną kopułę, która nie pozwalała dotknąć Źródła nikomu, kto znajdował się w jej obrębie. Wprawdzie można było częściowo obejść to zabezpieczenie za pomocą nadzwyczaj wyspecjalizowanego ter’angreala, który akurat przypadkiem znajdował się w posiadaniu Nynaeve, lecz o pełnym dostępie do Jedynej Mocy nie mogło być mowy.

Armia najwyraźniej obozowała wewnątrz bariery, której promień sięgał jakąś milę za mury miasta.

– Wiedzą, że przybyliśmy – cicho stwierdził Rand, a jego oczy się zwęziły. – Czekają na nas. Myślą, że wjadę im prosto do skrzyni.

– Do skrzyni? – zapytała Nynaeve, z lekka ogłupiała.

– Miasto jest skrzynią – tłumaczył Rand. – Całe miasto i otaczający je obszar. Chcą, żebym zdał się na ich łaskę i niełaskę, ale nie rozumieją. Nigdy nie znajdę się na niczyjej łasce. Już nie. Mam już dosyć skrzyń i więzień, łańcuchów i sznurów. Nikt nigdy już mnie nie zniewoli.

Nie odrywając wzroku od miasta, sięgnął do uchwytu przy siodle, w którym umieszczona była statuetka mężczyzny ze sferą w uniesionej dłoni. Nynaeve poczuła przeszywający ją zimny dreszcz. Naprawdę musiał ją wszędzie ze sobą wozić?

– Być może więc zasłużyli na nauczkę – kontynuował Rand. – Zasłużyli, żeby ich zachęcić do wypełniania obowiązków i okazywania posłuszeństwa.

– Randzie… – Nynaeve gorączkowo próbowała zebrać myśli. Przecież nie może dopuścić, aby to się zdarzyło znowu!

Klucz dostępu zaczął się jarzyć słabą poświatą.

– Chcą mnie schwytać – padły ciche słowa z ust Randa. – Związać, zbić. Już raz tak się stało w Far Madding. Oni…

– Randzie! – ostro powiedziała Nynaeve.

Przestał mamrotać, spojrzał na nią, jakby widział po raz pierwszy w życiu.

– To nie są niewolnicy, których mózgi wypalił Przymus Graendal. To całe miasto pełne niewinnych ludzi!

– Nic nie zrobię mieszkańcom miasta – rzekł Rand głosem wciąż całkowicie wypranym z emocji. – To ta armia zasłużyła sobie na mały pokaz, nie zwykli ludzie. Może spuszczę na nich deszcz ognia. Albo błyskawicę z nieba, która ich porazi i pokąsa.

– Nic nie zrobili, prócz tego, że poprosili o spotkanie z tobą! – zaprotestowała Nynaeve, podprowadzając swoją klacz bliżej. Ten ter’angreal tkwił w jego garści niczym żmija. Ongiś posłużył im do oczyszczenia Źródła. Szkoda, że nie stopił się wówczas, jak jego żeński odpowiednik!

Tak naprawdę to nie miała pojęcia, co się może wydarzyć, gdy uderzy splotem w ochronną barierę Far Madding, podejrzewała wszak, że bariera wytrzyma. Wartownik nie przeszkadzał w tkaniu splotów; Nynaeve nie miała większych kłopotów z łączeniem strumieni, które czerpała z własnej Studni.

Niemniej wiedziała jedno: za żadną cenę nie można dopuścić, aby Rand zwrócił swój gniew – czy co tam czuł – przeciwko ewentualnym sprzymierzeńcom.

– Randzie – powtórzyła miękko. – Jeżeli to zrobisz, nie będzie już odwrotu.

– Już od dawna tkwię w sytuacji, z której nie ma odwrotu – odparł, a jego oczy wciąż gorzały. Ich barwa zmieniała się, raz wydawały się szare, raz niebieskie. Dziś przybrały kolor stalowej szarości. Cały czas mówił tym samym, wypranym z uczuć głosem: – Wkroczyłem na tę ścieżkę w momencie, gdy Tam znalazł mnie na zboczu góry.

– Nie trzeba nikogo zabijać. Proszę.

Odwrócił się od niej i spojrzał na miasto. Powoli, litościwie słabł blask rozsiewany przez statuetkę.

– Hurinie! – warknął.

„Jest na granicy wytrzymałości” – pomyślała Nynaeve. Już nie panuje nawet nad własnym głosem”.

Łowca złodziei podjechał na czoło oddziału. Aielowie trzymali się z dala.

– Tak, lordzie Randzie?

– Wrócisz do swoich panów zamkniętych w tej skrzyni zaczął Rand, tym razem głosem znacznie spokojniejszym. – Zaniesiesz im wiadomość ode mnie.

– Jaką wiadomość, lordzie Randzie?

Rand wahał się przez moment, a potem wsunął klucz dostępu w pętlę uchwytu przy siodle.

– Powiesz im, że niewiele już czasu nas dzieli od chwili, gdy Smok Odrodzony wyruszy na bitwę pod Shayol Ghul. Jeżeli chcą z honorem powrócić na swe posterunki, zapewnię im transport na Ugór. W przeciwnym razie mogą zostać tutaj i dalej chować się po mysich dziurach. A potem niech wyjaśnią swoim dzieciom i wnukom, co robili setki lig od swych domów, gdy dopełniały się proroctwa, a Czarny ginął z mej ręki.

Hurin wyglądał, jakby przeżył wstrząs.

– Tak, lordzie Randzie.

Rand nie czekał na ewentualne dalsze słowa łowcy złodziei, zawrócił konia i ruszył w kierunku polany. Nynaeve pojechała za nim, lecz klacz się ociągała. Choć Księżycowa Poświata była pięknym zwierzęciem, w każdej chwili zamieniłaby ją na dowolne godnego zaufania konia z Dwu Rzek, jak choćby Belę.

Hurin został tam, gdzie stał. Wciąż wydawał się zagubiony. Ponowne spotkanie z lordem Randem najwyraźniej przybrało obrót daleki od oczekiwanego. Zaciskając zęby, Nynaeve oglądała się na niego, póki jego widoku nie przesłoniły drzewa. Dotarłszy na polanę, Rand natychmiast otworzył Bramę, tym razem bezpośrednio do Łzy.

Wkrótce znaleźli się na wydzielonym terenie Podróżowania obok stajni Kamienia Łzy. Mimo zaciągniętego chmurami nieba, we Łzie powietrze było parne, wypełniały je odgłosy żołnierskich ćwiczeń oraz wrzaski mew. Rand podjechał do miejsca, gdzie czekali nań stajenni, i zaraz zsiadł z konia – wyraz jego twarzy pozostawał nieodgadniony.

Nynaeve zsunęła się z siodła Księżycowej Poświaty i oddała wodze stajennemu. Rand przeszedł obok niej.

– Popilnuj posążku – rzucił mimochodem.

– Co takiego? – zdziwiła się.

Zerknął na nią, przystanął.

– Pytałaś mnie, gdzie jest Perrin. Powiem ci tyle: obozuje wraz ze swą armią w cieniu powalonego monumentu w kształcie gigantycznego miecza wbitego w ziemię. Jestem pewien, że od uczonych dowiesz się, co to za miejsce, nie sposób go pomylić z żadnym innym.

– Skąd… skąd możesz to wiedzieć?

Rand tylko wzruszył ramionami.

– Po prostu wiem.

– Czemu zdecydowałeś się mi powiedzieć? – zapytała, ruszając przy jego boku skroś ubitej ziemi podwórza. Nie spodziewała się, że uzyska od niego tę informację, gdyż ostatnimi czasy nabrał zwyczaju, aby nie dzielić się niczym, co wiedział, nawet jeśli była to wiedza właściwie bez znaczenia.

– Ponieważ… – odrzekł, maszerując ku twierdzy. Mówił tak cicho, że niemal nie mogła go dosłyszeć. – Ponieważ… mam wobec ciebie dług wdzięczności. Zadbałaś o mnie, gdy sam nie potrafiłem. Gdy spotkasz Perrina, powiedz mu, że wkrótce będzie mi potrzebny.

Z tymi słowy zostawił ją samą.

Nynaeve sterczała pośrodku podwórza stajni, patrząc w ślad za oddalającym się Randem. W powietrzu wyczuwało się wilgotną woń, niedawno musiało padać. Pożałowała, że rozminęła się z deszczem. Nie spadło go dość, aby powietrze się oczyściło, a ziemia zmieniła w błoto, niemniej starczyło na spryskanie wilgocią zacienionych miejsc pośród murów. Po jej prawej stronie mężczyźni ćwiczyli konie o bułanym odcieniu, kopyta wzbijały w powietrze kurz między wbitymi w ziemię tyczkami. Kamień był jedyną znaną jej fortecą, która mogła się poszczycić terenami do ćwiczeń kawaleryjskich – kolejny dowód na jego nadzwyczajność.

Tętent kopyt brzmiał niby pomruki dalekiej burzy – mimowolnie zerknęła na północ. Szalejąca tam nawałnica z każdym dniem była coraz bliżej. Wcześniej wydawało jej się, że to Ugór jest jej matecznikiem, teraz nie była już taka pewna.