Выбрать главу

Dosiadając konia, zorientowała się, że Gawyn znów jej towarzyszy, zachowując odpowiedni dystans. Skąd on się tu wziął? Nie rozmawiali od wczesnego ranka. Gdy już znalazła się w siodle, on również wskoczył na grzbiet swego rumaka, a gdy wraz z Lelaine, Romandą, pozostałymi Zasiadającymi Komnaty i żołnierzami wyjechała z obozu, on ruszył ich śladem – wciąż w bezpiecznej odległości. Egwene jeszcze nie postanowiła, co z nim zrobi.

Obóz wojskowy świecił pustkami. Namioty były opuszczone, ziemia stratowana buciorami i kopytami, pozostali jedynie nieliczni żołnierze. Zaraz po opuszczeniu swojego obozu Egwene objęła Źródło i trzymała się go, przygotowanymi splotami zdecydowana odeprzeć każdy ewentualny atak. Wciąż nie była przekonana, że Elaida nie użyje Bram, aby zapobiec szturmowi. Fałszywa Amyrlin miała teraz zapewne pełne ręce roboty z usuwaniem skutków rajdu Seanchan. Lecz tego rodzaju bezzasadne przeświadczenia – i wynikające z nich fałszywe poczucie bezpieczeństwa – sprawiły, że już raz dała się schwytać. Była Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Nie mogła wystawiać na szwank swej osoby. Świadomość tego faktu była irytująca, niemniej doskonale rozumiała, że skończyły się czasy samotnych ekspedycji i samowolnych poczynań. Przecież mogła zostać zabita, a nie tylko trafić do niewoli. A wówczas salidarska rebelia wygasłaby, a Elaida dalej władałaby z Tronu Amyrlin.

Jej oddział zmierzał na linię frontu przebiegającego przez wioskę Darein. Biała Wieża wciąż się tliła, smugi dymu sięgały w niebo ponad zwęglonym centrum wyspy, zasnuwając iglicę. Nawet z daleka było widać skutki ataku Seanchan. Sczerniałe plamy niczym ślady zepsucia nadgryzającego zdrowe jabłko. Pod jej spojrzeniem Wieża zdawała się cicho jęczeć. Stała długo i widziała wiele. Została zraniona tak głęboko, że następnego dnia wciąż krwawiła.

Lecz jednak stała. Światłości błogosławiona, wciąż trwała. Wznosiła się jak dawniej ku niebu, poszarpana, lecz dzielna, sięgając ku słońcu skrytemu za powłoką chmur. Nieugięta w obliczu tych, którzy chcieli ją zniszczyć, z zewnątrz i od wewnątrz.

Bryne i Siuan oczekiwali na Egwene w ariergardzie armii. Tak bardzo byli od siebie różni. Zahartowany w boju generał, którego skronie pokrywała siwizna, a twarz zdawała się elementem niezwyciężonej zbroi. Silnej, kształtnej. A obok niego Siuan, drobna kobieta w błękitach ze ślicznym obliczem, które na pierwszy rzut oka czyniło z niej wnuczkę tamtego, mimo iż tak naprawdę byli właściwie w równym wieku.

Gdy Egwene podjechała bliżej, Siuan ukłoniła jej się z siodła, a Bryne zasalutował. W jego oczach dostrzegła zakłopotanie.

Wciąż chyba się wstydził swego udziału w operacji ratunkowej, choć do niego Egwene akurat nie miała pretensji. Był człowiekiem honoru. Jeżeli dał się wmanewrować w całą sprawę, żeby chronić tych dwoje uparciuchów – Siuan i Gawyna – to należało go pochwalić, ponieważ prawdopodobnie tylko dzięki niemu przeżyli całą przygodę.

Egwene dołączyła do nich i dopiero wówczas dostrzegła, że ich konie prawie tulą się do siebie. Czy Siuan wreszcie wyznała mu swe uczucia? Poza tym… w ruchach Bryne’a dostrzegła cień znajomej gracji. Na tyle nieznaczny, że być może wszystko sobie tylko wyobraziła, niemniej w kontekście wyraźnych znaków świadczących o pogłębieniu się ich związku…

– Więc wzięłaś sobie w końcu Strażnika? – zapytała.

Oczy Siuan się zwęziły.

– Tak – odparła krótko.

Bryne wydawał się zaskoczony i nieco zawstydzony.

– Postaraj się trzymać ją z daleka od kłopotów, generale – poradziła Egwene, nie odrywając spojrzenia od oczu Siuan. – Ostatnio bywa dość nierozważna. Myślałam nawet, żeby kazać ci zrobić z niej piechura w naszej armii, ponieważ ewidentnie przydałoby się jej trochę wojskowej dyscypliny. Może zrozumiałaby w końcu, że są w życiu chwile, gdy trzeba przedłożyć posłuszeństwo nad inicjatywę.

Siuan zgarbiła się, uciekła wzrokiem.

– Jeszcze nie zdecydowałam, co z tobą zrobię, Siuan – kontynuowała Egwene łagodniejszym tonem. – Niemniej wprawiłaś mnie w złość i nadużyłaś zaufania. Żebym znowu traktowała cię jak dawniej, będziesz musiała ukoić pierwsze i odbudować drugie.

Wreszcie spojrzała na Bryne’a, który wyraźnie pobladł. Prawdopodobnym powodem było zawstydzenie Siuan, które czuł przez więź.

– Tobie, generale, chciałabym udzielić pochwały za odwagę, której z pewnością wymaga związanie się z tą kobietą więzią zobowiązań – powiedziała. – Zdaję sobie sprawę, że prosząc o trzymanie jej z dala od kłopotów, wydaję ci rozkaz prawie niewykonalny, niemniej ufam, iż sobie poradzisz.

Generał wyraźnie się uspokoił.

– Zrobię, co w mojej mocy, Matko – oświadczył. Zawrócił konia i objął wzrokiem szeregi żołnierzy. – Myślę, że powinnaś coś zobaczyć. Jeśli taka twoja wola.

Skinęła głową. Podprowadziła konia do boku jego wierzchowca i razem ruszyli naprzód. Wzdłuż wybrukowanej w tym miejscu wiejskiej drogi stały szeregi wojska, poza tym okolica świeciła pustkami – mieszkańców dawno ewakuowano. Siuan pojechała za nimi, Gawyn z oddali towarzyszył im jak cień. Zatrzymane zdecydowanym gestem dłoni Egwene, Lelaine i Romanda zostały na miejscu wraz z pozostałymi Zasiadającymi Komnaty. To ich nowe posłuszeństwo okazywało się całkiem użytecznym narzędziem, ponieważ chyba wreszcie zrozumiały, iż jedyna droga awansu w hierarchii Aes Sedai wiedzie przez działania, które zyskają aprobatę w jej oczach. Zresztą tragiczny los Sheriam dawał im nadzieję na objęcie przez którąś z nich pozycji Opiekunki Kronik.

Jadąc u boku generała, Egwene dotarła do linii frontu, gdzie natychmiast przygotowała splot Powietrza na wypadek, gdyby w jej kierunku poleciała jakaś strzała. Siuan zmierzyła ją spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Zresztą taka ostrożność nie była prawdopodobnie niepotrzebna – żołnierze Gwardii Wieży nigdy nie strzelaliby do Aes Sedai, nawet podczas takiego konfliktu. Co do Strażników nie miała już takiej pewności, a poza tym wypadki przecież się zdarzały. Gdyby jakaś zabłąkana strzała przeszyła gardło rywalki, dla Elaidy byłoby to nadzwyczaj wygodne.

Za Darein brukowana droga ustępowała miejsca marmurowym płytom biegnącym aż do Mostu Alindaer, który majestatyczną białą konstrukcją łączył Tar Valon z drugim brzegiem rzeki. Od razu dostrzegła to, co chciał jej pokazać Bryne: na przeciwległym brzegu, za barykadą z kamieni i drewnianych bali okopał się oddział Gwardii Wieży w kaftanach z Płomieniem Tar Valon na piersiach. Na ile była w stanie ocenić, liczył ponad tysiąc żołnierzy.

Siły szturmowe Bryne’a były dziesięciokrotnie silniejsze.

– No, dobrze, wiem, że powodem zwłoki nie był stosunek sił – oznajmił Bryne. – Lecz w mojej ocenie Gwardia Wieży powinna bez trudu wystawić oddział znacznie liczniejszy, pamiętając zwłaszcza o niedawnym poborze z terenów poza właściwym miastem. Wątpię, aby miesiące oblężenia spędzili na struganiu patyczków przy ogniskach i wspominaniu dawnych czasów. Jeżeli Chubainowi pozostała odrobina oliwy w głowie, na gwałt szkolił nowy zaciąg.

– A więc gdzie jest reszta? – zapytała Egwene.

– Nie mam pojęcia, Matko – rzekł Bryne. – Ostatnia noc nie była dla nich łatwa. Mnóstwo ognia, wielu zabitych. Lecz straty szacowałbym raczej w setkach niż tysiącach. Może Gwardia Wieży dalej walczy z pożarami i uprząta gruz, choć mimo wszystko spodziewałbym się, że zbiorą większe siły na wieść o moim szturmie. Przyjrzałem im się przez szkło powiększające i zauważyłem niejedną parę zaczerwienionych oczu.