– Kto jest rzecznikiem tej kobiety? – zapytała Saerin po tym, jak wszystkie siostry ubrały się na powrót. Tylko od Egwene rytuał wymagał, aby wciąż pozostawała obnażona, więc stała tak, czując na skórze zimne podmuchy wiatru wlatującego przez dziurę w murze.
– Kto zaświadczy za nią, sercem za serce, duszą za duszę, życiem za życie?
Yukiri, Seaine i Suana pospiesznie wystąpiły naprzód.
– Ja za nią zaświadczę – oznajmiły po kolei.
Za pierwszym razem, gdy Egwene przyszło brać udział w tej ceremonii, była wstrząśnięta do głębi. Przy każdym słowie przejmowała ją trwoga na myśl o ewentualnej pomyłce. Gorzej, nękały ją nieustanne podejrzenia, że wszystko to jest jakąś zawoalowaną pułapką lub zwykłą pomyłką.
Dziś po tamtych lękach nie zostało śladu. W miarę jak padały kolejne rytualne pytania, a Egwene postępowała wedle przewidzianych na tę okoliczność reguł – trzy kroki naprzód, klęk na kamiennej posadzce, z rozkazu Elaidy wymalowanej w sześć barwnych spiral rozbiegających się od centralnego Płomienia Tar Valon – przed jej oczyma rysowała się napuszona forma i coraz wyraźniej dostrzegała istotę ceremonii. Te kobiety były przerażone. Podobnie jak wcześniej tamte w Salidarze. Tron Amyrlin był siłą gwarantującą ład, którego pragnęły jak niczego innego na świecie.
Dlaczego została wybrana? W obu wypadkach odpowiedź na to pytanie była chyba podobna. Ponieważ była jedyną kandydatką umożliwiającą osiągnięcie konsensusu. Oczywiście, wiele twarzy uśmiechało się szczerze. Lecz były to uśmiechy kobiet, które pokrzyżowały szyki swoim rywalkom. Albo kobiet uszczęśliwionych tym, że znalazł się wśród nich ktoś gotów zdjąć z ich ramion ciężar odpowiedzialności. A może i tych, które uśmiechały się, ponieważ to nie im przyszło zasiąść na Tronie, który ostatnimi czasy nękały nieszczęścia, rozłamy, i który był świadkiem dwóch olbrzymich dramatów.
Poprzednim razem, w Salidarze, Egwene uważała, że siostry, które stały za jej wyniesieniem, postępują głupio. Dziś miała za sobą większe doświadczenie, jak również – w co bardzo chciała wierzyć – wynikającą z niego mądrość. Rozumiała, że wcale nie były takimi idiotkami, za jakie je uważała. Zachowywały się po prostu jak na Aes Sedai przystało – skryły strach za maską przesadnej ostrożności połączonej z równoczesną bezczelnością. Wybrały kogoś, czyj ewentualny upadek był im obojętny. Podejmowały ryzyko, ale nie było to ryzyko osobiste.
Postępowanie tych kobiet niczym się nie różniło. Za gładkimi twarzami i gestami władzy krył się ten sam strach. Kiedy nadszedł czas, aby Zasiadające Komnaty powstały, co oznaczało akceptację dla intronizacji Egwene, ta nie była zaskoczona jednomyślną decyzją. Żadnego głosu. odrębnego. Tym razem obejdzie się bez mycia stóp.
Nie, nie była zaskoczona. Wszystkie tu zgromadzone doskonale rozumiały, że nie ma innego wyjścia – armia stacjonowała na ich progu, a Elaida najpewniej była martwa. Należało się więc zachowywać tak, jakby rzecz cała była pozbawiona kontrowersji. Konsensus nade wszystko.
Saerin wydawała się z lekka zdumiona tym, że żadna się nie sprzeciwiła – co wyraziłoby się w ten sposób, że nie podniosłaby się z miejsca – choćby tylko po to, by podkreślić swe znaczenie. Po prawdzie, to na niejednym obliczu odbiło się podobne zdumienie, a Egwene przyszło na myśl, iż parę kobiet już żałuje pośpiesznej decyzji. Taki akt mógł oznaczać niebagatelny wzrost prestiżu, Egwene byłaby wtedy zmuszona poprosić siedzącą o zezwolenie na służenie jej oraz umyć jej stopy. Z drugiej strony, kobieta zostałaby naznaczona i zapewne mogłaby się spodziewać niełaski Amyrlin.
Zasiadające Komnaty powoli zajmowały swoje miejsca. Egwene nie potrzebowała żadnego przewodnictwa ani wsparcia i żadnego też jej nie zaproponowano. Wstała, przeszła przez komnatę, stopy w pantoflach bezszelestnie poruszały się po kamiennej posadzce wymalowanej Płomieniem. Zabłąkany podmuch wiatru wpadł przez otwór w murze, igrając w materii szali, pieszcząc obnażoną skórę Egwene. Fakt, że Komnata mimo wszystko zdecydowała się spotkać w tym miejscu, w obliczu zapierającego dech w piersiach widoku, mówił co nieco o sile ducha tych kobiet.
Egwene doszła do Tronu, gdzie spotkała się z idącą jej naprzeciw Saerin. Altaranka o smagłej skórze zaczęła delikatnie zapinać jej stanik, po czym pełnym szacunku gestem zdjęła z Tronu stułę Amyrlin. Stuła miała wszystkie siedem barw, więc zapewne musiała zostać wydobyta z miejsca, gdzie schowała ją Elaida. Przez chwilę wpatrywała się w oczy Egwene, trzymając stułę w dłoniach i jakby ważąc ją jej miarą.
– Pewna jesteś, że chcesz ją przywdziać, dziecko? – zapytała w końcu cichym głosem. To nie była część ceremonii.
– Spoczywa na moich barkach – odparła Egwene właściwie szeptem. – Elaida sama się jej wyrzekła, kiedy spróbowała ją skroić i przenicować wedle woli. Wtedy wzięłam ją i odtąd noszę na ramionach. I chcę nosić do śmierci. Będę nosić.
Saerin pokiwała głową.
– Tak, przypuszczam, że dlatego właśnie na nią zasługujesz – powiedziała. – Wątpię, aby jakąkolwiek sytuację znaną nam z dziejów można było porównać z tym, co nas czeka w najbliższych dniach. Podejrzewam, że przyszli uczeni badający nasze czasy uznają je za trudniejsze… bardziej wymagające dla mądrości, dla ciał i dla dusz… niż Czas Szaleństwa czy samo Pęknięcie.
– Wobec tego świat powinien się cieszyć, że ma nas, nieprawdaż? – zapytała Egwene.
Saerin zawahała się, lecz po chwili skinęła głową.
– Myślę, że tak. – Uniosła dłonie i zawiesiła stułę na ramionach Egwene. – Dokonało się twoje wyniesienie na Tron Amyrlin! – oznajmiła, a głosy pozostałych Zasiadających Komnaty jej zawtórowały. – W chwale Światłości, która niech na wieczność opromienia Białą Wieżę. Egwene al’Vere, Strażniczka Pieczęci, Płomienia Tar Valon, Zasiadająca na Tronie Amyrlin!
Egwene odwróciła się i objęła wzrokiem grupę kobiet, po czym usiadła na swoim tronie. Miała wrażenie, jakby wróciła do domu z bardzo długiej podróży. Świat wciąż uginał się pod naciskiem dotyku Czarnego, lecz w chwili, gdy ona zajęła należne jej miejsce, zdawał się jakby odrobinę lepszy, nieco bardziej bezpieczny. Kobiety ustawiły się przed nią wedle wieku – Saerin zajęła miejsce na końcu. Każda po kolei klękała przed nią, prosząc o pozwolenie na to, by mogła służyć, a potem całowała pierścień z Wielkim Wężem i odchodziła na bok. W trakcie rytuału Egwene zorientowała się, że Tesan wreszcie wróciła. Chwilę wcześniej zajrzała do komnaty, żeby sprawdzić czy wszystkie już się odziały, a teraz powróciła, prowadząc czterech gwardzistów, na których szatach tańczył Płomień Tar Valon.
Egwene stłumiła wyrywające się z piersi westchnienie. Tamci przyprowadzili Silvianę w łańcuchach.
Każda z Zasiadających Komnaty pocałowała jej pierścień, a następnie wszystkie wróciły na miejsca. Ceremonia nie dobiegła jeszcze końca, lecz jej najważniejszą część miały już za sobą. Egwene była już Amyrlin, autentyczną i pełnoprawną – w końcu. Tak długo czekała na tę chwilę.
Teraz nadszedł czas na parę niespodzianek.
– Uwolnijcie więźnia – rozkazała.
Stojący w drzwiach komnaty żołnierze z pewnymi oporami spełnili jej polecenie, zaszczękał metal oków. Zasiadające popatrzyły po sobie zdezorientowane.
– Silviano Brehon! Możesz się zbliżyć do Tronu Amyrlin! – oznajmiła Egwene, wstając.
Żołnierze odstąpili na bok i pozwolili Silvianie wejść do sali. Miała na sobie znakomitą niegdyś czerwoną suknię, która jednak źle zniosła nieprzyjazne warunki aresztu Elaidy. Czarne włosy, które w normalnych okolicznościach spinała w kok, były teraz splecione w nieporządny warkocz. Materia sukni była wymięta, na wysokości kolan znaczyły ją plamy brudu. Mimo to na twarzy widniała niewzruszona pogoda ducha.