Zaczerpnęła głęboko powietrza.
– Poza tym, samej siebie również nie uważam za wolną od winy. Biorę więc na siebie część waszej hańby, gdyż to za mego panowania Wieżę dotknęły te wszystkie nieszczęścia. Sprzysięgłam się z buntowniczkami, pozwoliłam im wynieść się na Tron Amyrlin, ponieważ nie było innego wyjścia. Niemniej niesława obciąża również moje barki. Noście więc swoją winę, Zasiadające Komnaty, lecz noście ją dzielnie. Nie pozwólcie, aby was przygniotła do ziemi. Czas leczenia ran właśnie się zaczął i nie ma już powodu wzajemnie wytykać się palcami. Zawiodłyście. Lecz jesteście wszystkim, co nam pozostało. A razem jesteśmy wszystkim, co pozostało światu.
W miarę jak docierały do nich jej słowa, zaczynały nieśmiało unosić wzrok.
– Chodźcie – powiedziała Egwene, ruszając przez salę. Silviana w swobodny sposób ruszyła za nią. – Powitajmy razem buntowniczki.
Przeszły korytarzami Wieży, wciąż pełnymi woni spalenizny, a miejscami zasłanymi stertami gruzu. Egwene próbowała ignorować widoczne tu i ówdzie plamy krwi. Zasiadające Komnaty szły za nią, mimo wcześniejszych przestróg Egwene wciąż trzymając się w obrębie własnych Ajah. Tyle jeszcze pracy przed nią.
Ciszę ich marszu przerwała w pewnym momencie Silviana:
– Matko, z pewnością powołałaś Opiekunkę spośród buntowniczek, nie mogę się nie zastanawiać, co się z nią stało. Masz zamiar zatrzymać nas obie? – Ton jej głosu jednoznacznie wskazywał, co sądzi o takim pomyśle.
– Nie – wyjaśniła Egwene. – Moja dotychczasowa Opiekunka została stracona pod zarzutem Sprzyjania Ciemności.
Silviana zbladła.
– Rozumiem.
– Nie możemy sobie pozwolić na lekceważące traktowanie tych spraw, jak to dotychczas bywało, Silviano – stwierdziła Egwene. – Niedługo przed tym, jak opuściłam Wieżę, miałam nadzwyczaj ważną wizytę. Kobieta okazała się jedną z Czarnych Ajah i zdradziła mi imiona swych wspólniczek. Natychmiast po powrocie do obozu rebeliantek potwierdziłam wszystkie zarzuty za pomocą Różdżki Przysiąg.
– Różdżki Przysiąg? – zdumiała się Silviana.
– Tak – potwierdziła Egwene. Wstąpiły na schody. – Otrzymałam ją wczorajszej nocy od swoich sojuszniczek w Wieży. Skoro już o tym mówimy, to sądzę, że powinnyśmy przenieść gdzieś zawartość repozytorium ter’angreali. A poza tym utajnić jego nowe położenie i trzymać pod stałą strażą. Wkrótce każda siostra dysponująca odpowiednią Mocą będzie znała sploty Podróżowania i jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby były w stanie, nawet te, którym ufam bez zastrzeżeń, powstrzymać się od „pożyczenia” sobie od czasu do czasu któregoś z artefaktów.
– Tak jest, Matko – rzekła Silviana, po czym cichszym głosem dodała: – Myślę, że czekają nas zmiany.
– Też się tego obawiam – zgodziła się Egwene. – Wcale nie najmniej ważną z nich będzie wybór Mistrzyni Nowicjuszek zdolnej sobie poradzić z setkami nowych inicjowanych… w większości już dość wiekowych. Podjęłam kroki, skutkiem których nauki będzie mogła odbierać każda kobieta, niezależnie jak stara, byle tylko miała choć iskrę zdolności do przenoszenia. Podejrzewam, że nie minie wiele czasu, nim Biała Wieża będzie pękać w szwach od nowicjuszek.
– W takiej sytuacji niezwłocznie zajmę się rozpatrywaniem możliwych kandydatur, Matko – rzekła Silviana.
Egwene pokiwała głową z aprobatą. Romanda i Lelaine z pewnością się wściekną, kiedy dowiedzą się o wyborze nowej Opiekunki, jednak ona sama z każdą chwilą coraz bardziej była zeń zadowolona. I nie chodziło tylko o polityczne korzyści dopuszczenia Czerwonych Ajah do udziału we władzy, lecz kompetencje samej Silviany i łatwość, z jaką w lot łapała wszystkie jej pomysły. Saerin też byłaby dobrą kandydatką, ale wiele kobiet mogłoby podejrzewać, że jest mentorką dla Egwene, a może nawet szarą eminencją pociągającą za sznurki Tronu. Natomiast wybór którejś z Błękitnych w obecnej sytuacji tylko sprzyjałby tendencjom rozłamowym. A poza tym, jeśli chciała w ogóle marzyć o pojednaniu, to skoro Amyrlin wywodziła się z rebeliantek – o czym oczywiście nikt nigdy nie zapomni, niezależnie, co Egwene powie czy zrobi – Opiekunka musiała być lojalistką.
Wkrótce dotarły do Wielkiego Placu Wieży przy wschodniej ścianie budowli. Plac był pełen – zgodnie z jej rozkazem zebrały się na nim kobiety uszeregowane wedle Ajah. Miejsce zgromadzenia Egwene wybrała całkiem świadomie dla wysokich schodów, którymi Wieża nań wychodziła. Schody wieńczył rozległy podest. Stanęła na nim, plecami do majestatycznych rzeźbionych drzwi. Znakomite miejsce na przemowę do tłumu.
Natomiast już tylko czysty przypadek zrządził, że miejsce znajdowało się akurat pomiędzy tymi skrzydłami Wieży, które zostały najbardziej poszkodowane podczas wczorajszego nocnego ataku. Wschodnie skrzydło wciąż się tliło, kopuła nad nim runęła, jedna ze ścian zawaliła się do środka. Jednak wygląd Wieży jako takiej nie był stąd szczególnie ponury, sama jej iglica stosunkowo wolna od blizn, a większość ziejących dziur – niewidoczna.
W niższych rzędach okien Egwene dostrzegała przylepione do szyb twarze. Aes Sedai i nowicjuszki obok siebie. Wyglądało na to, że Egwene otrzymała szansę przemowy nie tylko do buntowniczek, lecz i większości mieszkanek Wieży. Szybko utkała splot, dzięki któremu jej głos miał zabrzmieć donośniej. Nie tak, żeby wszystkich ogłuszył, ale żeby był dobrze słyszalny z góry i z boku.
– Siostry – zaczęła – córki. Z dochowaniem wszelkiej należnej ceremonii zostałam wyniesiona właśnie na Tron Amyrlin. Wybrały mnie obie strony konfliktu, który nas tak nieszczęśliwie podzielił. Obie zastosowały się do spisanych procedur i obie obecnie uznają we mnie Amyrlin. Nadszedł czas, aby na powrót się połączyć. Nie będę wszakże udawać, że rozłam w naszym gronie nie miał miejsca. My, córy Białej Wieży, czasami zbyt łatwo zapominamy o tym, czego nie chcemy przyjąć do wiadomości. O tym jednak nie zapomni żadna z nas, której przyszło z tym żyć. Okryłyśmy się wstydem. Wy, rebeliantki, które przede mną stajecie, dopuściłyście się czegoś strasznego. Doprowadziłyście do rozłamu w Wieży i wybrałyście własną Amyrlin. Po raz pierwszy w dziejach Aes Sedai pomaszerowały zbrojnie przeciwko innym Aes Sedai. Ja dowodziłam tymi wojskami. Najlepiej wiem, jaki jest smak tej hańby. A jest to hańba, niezależnie od konieczności, które stały za jej wyborem. Dlatego też domagam się od was wyznania. Musicie wziąć na siebie odpowiedzialność za swe przewiny, nawet jeśli dokonane zostały w imię wyższego dobra.
Popatrzyła po zebranych przed nią Aes Sedai. Jeżeli jej rozkaz nakazujący zgromadzenie wedle rang i Ajah, a potem oczekiwania na jej pojawienie się, nie uzmysłowił im, czego należy oczekiwać, trzeba było wyrażać się bardziej jednoznacznie.
– Nie przybywacie tutaj w chwale – poinformowała je. – Nie przybywacie jako zwyciężczynie. Ponieważ nie ma i nie może być zwycięstwa tam, gdzie siostra walczyła z siostrą, a Strażnik ginął z ręki Strażnika. – Dostrzegła stojącą tuż za pierwszym szeregiem Siuan, ich spojrzenia spotkały się na moment. Nieopodal stała Leane, wymęczona długim uwięzieniem, lecz dumnie wyprostowana. – Nie ma wątpliwości: po obu stronach popełnione zostały błędy – kontynuowała. – Wszystkie nas czeka ciężka praca nad odwróceniem skutków tego, cośmy uczyniły. Kowale powiadają, że raz pękniętego miecza nie da się już uratować. Że trzeba stopić metal na surówkę, potem odlać i wykuć go na nowo. Najbliższe miesiące będą dla nas takim procesem wykuwania na nowo. Pękłyśmy, a potem omal nie zostałyśmy strzaskane. Zbliża się Ostatnia Bitwa, lecz zanim wybije jej godzina, chcę, abyśmy wszystkie były niczym miecz wykuty mocarną dłonią, cały, bez jednej szczerby! Wielkie będą moje wymagania wobec was. Surowe. Z pewnością wielu z was wydawać się będzie, że żądam od nich czegoś, co przekracza granice ich możliwości. Rany wypalone w murach naszej jedności zostaną zaleczone. Rzecz jasna, nie obejdzie się bez pewnych kompromisów, jak choćby w kwestii zbytniej liczebności Zasiadających Komnaty i podwójnej liczby przywódczyń Ajah. Niektóre spośród was będą musiały ustąpić i ukorzyć się nieco przed tymi, za którymi nie przepadacie. Te dni okażą się próbą dla waszych charakterów! Wymagać będę od was współpracy z tymi, które jeszcze niedawno uważałyście za wroga. Staniecie w jednym szeregu z kobietami, które gardziły wami, krzywdziły was, wręcz nienawidziły. Lecz wierzę, że wzniesiecie się ponad własne słabości. Biała Wieża wytrwała i my wytrwamy wraz z nią! Na powrót staniemy się jednością. Staniemy się kobietami, o których krążyć będą opowieści! Kiedy skończymy, nikt nawet nie zająknie się o słabości Białej Wieży. W obliczu naszych triumfów nasze podziały zostaną zapomniane. Będą nas wspominać nie jako Białą Wieżę, która wystąpiła przeciwko samej sobie, lecz jako Białą Wieżę, która wytrwała w obliczu Cienia. Nasze dni przejdą do legendy!