Przystanął, oparł się o białą ścianę kolejnego budynku – tym razem był to warsztat kowalski. Uniósł kikut do czoła, próbując narzucić ład swym myślom.
Nie chciał myśleć o tym, czego omal się nie dopuścił w Kamieniu Łzy. Nie chciał myśleć o tym, co zrobił – splótł Powietrze, obalił Tama na ziemię, groził mu, wściekał się.
Myśli wzdragały się przed tymi obrazami. Nie przybył do Ebou Dar, żeby gapić się na miasto niczym wiejski chłopak. Przybył, żeby zgładzić swych wrogów! Wystąpili przeciwko niemu, powinni zostać wyeliminowani. Dla dobra wszystkich narodów.
Gdyby jednak sięgnął do potęgi, do której dostęp umożliwiała mu statuetka, jakich zniszczeń by narobił? Ile ludzkich istnień dobiegłoby kresu? I czy przypadkiem nie stałby się latarnią, którą zobaczyliby od razu wszyscy Przeklęci, jak stało się to wówczas, gdy oczyścił saidina?
„Niech przybędą”. Wyprostował się. Poradzi sobie z nimi. Do dzieła. Czas wypalić z tego kraju seanchańską zarazę. Odłożył na bok kostur, odczepił statuetkę od pasa, lecz nie mógł się zmusić, aby odwinąć ją z płótna. Przez jakiś czas trwał ze wzrokiem wbitym w nią, wreszcie podjął marsz, porzuciwszy kostur. Dziwnie się czuł jako obcy w tłumie. Smok Odrodzony przechadzał się wśród swego ludu, a oni go nie poznali. Dla nich Rand al’Thor był postacią z dalekiego świata. Ostatnia Bitwa miała znaczenie drugorzędne w obliczu problemów z dostawą kur na rynek, kaszlem syna, zdobyciem wymarzonej jedwabnej kamizelki.
Nie poznają go, póki nie przyniesie im zagłady.
„To będzie akt miłosierdzia” – wyszeptał Lews Therin. „Śmierć jest zawsze miłosierdziem”.
Ostatnimi czasy głos szaleńca nie brzmiał już tak obco i strasznie. Po prawdzie, to nieszczególnie się różnił od sposobu, w jaki Rand rozmawiał sam ze sobą.
Przeszedł po kolejnym moście ze wzrokiem wbitym w imponujący miejski pałac, w którego białych ścianach rezydował dwór Seanchan. Pałac był trzypiętrowym budynkiem, jego kopuły wyrastały z wielkich złotych pierścieni, złoto wieńczyło szczyty licznych iglic. Córka Dziewięciu Księżyców zapewne przebywa w środku. On nada tej architekturze czystość, jakiej nigdy nie zaznała. W jednej chwili, nim obróci się w ostateczną nicość, będzie tworem doskonałym i kompletnym.
Odwinął z płótna klucz dostępu – ot, jeszcze jeden obcy stojący na zabłoconym moście. Kiedy zniszczy pałac, będzie musiał działać szybko. Najpierw smagnie strumieniami ognia statki na przystani, potem za pomocą mniej brutalnych środków ześle deszcz ognia na miasto, wywołując panikę. Chaos, jaki zapanuje, sparaliżuje wrogów i opóźni ich reakcję. On tymczasem Podróżując, przeniesie się do garnizonów przy bramach miasta i wybije ich załogę. Z raportów zwiadowców niejasno przypominał sobie doniesienia o położonych na północy obozach zaopatrzeniowych, w których będzie pełno żołnierzy i zapasów. Na nie przyjdzie czas w następnej kolejności.
Potem będzie musiał ruszyć na Amador, później na Tanchico i gdzie indziej. Podróżowanie nie zajmie wiele czasu, a w żadnym z zaatakowanych miejsc nie miał zamiaru zostawać długo, by nie przyciągnąć uwagi Przeklętych. Migoczący płomień śmierci niczym żarząca się głownia, rozpalająca się to tu, to tam. Wielu umrze, lecz większość z nich stanowić będą Seanchanie. Najeźdźcy.
Wbił wzrok w statuetkę. Potem pochwycił Źródło.
Ogarnęły go mdłości silniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Zachwiał się jak od ciosu, stracił równowagę. Krzyknął, ledwie poczuł ból spowodowany upadkiem na kamienie. Wnętrzności rozgorzały ogniem, odwrócił się na bok i zwymiotował.
Lecz dzierżył saidina. Tak brakowało mu tej Mocy. Soczystej, pięknej Mocy. Nawet woń własnych wymiocin zdała mu się bardziej rzeczywista, mniej odstręczająca – w perspektywie Mocy.
Otworzył oczy. Powoli zaczynali się gromadzić wokół niego zaniepokojeni przechodnie. W oddali dostrzegł kierujący się w jego stronę seanchański patrol. Już czas. Czas uderzyć.
Lecz nie potrafił się zmusić. Na twarzach ludzi dostrzegł tyle troski. Szczerego zaniepokojenia. Obchodził ich los nieznajomego człowieka.
Krzyknął z wewnętrznej udręki, otworzył Bramę, a tamci odskoczyli zalęknieni. Podniósł się chwiejnie i gramoląc na czworakach, rzucił się w otwartą przestrzeń – seanchańscy żołnierze dobyli mieczy i krzyczeli coś w nieznanym języku.
Wypadł na powierzchnię wielkiego dysku z czarnych i białych kamieni, przestrzeń wokół niego była ciemną pustką. Portal Bramy zamknął się za nim, Ebou Dar zniknęło, a dysk zaczął się poruszać. Płynął przez pustkę, oświetlony dziwnym łagodnym światłem. Rand skulił się na nim, dysząc ciężko i przyciskając do piersi statuetkę.
„Dlaczego nie potrafię znaleźć w sobie dość siły?” – Nie miał pojęcia, czy ta myśl należy do niego, czy do Lewsa Therina. Byli już właściwie jednym. „Dlaczego nie stać mnie, aby zrobić, co trzeba?”.
Dysk płynął powoli przez pustkę wypełnioną jedynie przyspieszonym oddechem Randa. Wyglądał jak jedna z pieczęci zamykających więzienie Czarnego; czarne pole oddzielała od białego kręta linia. Rand leżał bez ruchu. Czarną część nazywano Kłem Czarnego. W oczach ludzi była symbolem zła. Niszczycielskiej siły.
Lecz Rand był przecież siłą koniecznego zniszczenia. Dlaczego Wzór tak na niego naciskał, jeśli nie po to, aby nauczyć go niszczyć? Z początku wzbraniał się przed zabijaniem – ale od początku niewielkie były szanse, aby mu się udało. Potem za wszelką cenę unikał zabijania kobiet. To też okazało się niewykonalne.
Był siłą zniszczenia. Musi się z tym pogodzić. Ktoś musi być na tyle twardy, aby zrobić to, co konieczne, nieprawdaż?
Brama otworzyła się przed nim, podniósł się z trudem, ściskając w dłoniach klucz dostępu. Zszedł z platformy Przeskakiwania prosto na pustą łąkę. Na miejsce, gdzie kiedyś z Callandorem w dłoni stawił czoła Seanchanom. Gdzie zawiódł.
Ciężko dysząc, przez długą chwilę oglądał to miejsce, potem otworzył kolejną Bramę. Tym razem po drugiej stronie było lodowe pole, w twarz uderzył podmuch lodowatego wiatru. Przeszedł na drugą stronę, pod butami zachrzęścił śnieg, po chwili Brama zniknęła.
U jego stóp rozpościerał się świat.
„Po co tu przybyliśmy?” – zapytał w myślach Rand.
„Ponieważ…” – odpowiedział sam sobie. „Ponieważ to jest nasze dzieło. Tutaj umarliśmy”.
Stał na samym szczycie Góry Smoka, na samotnej iglicy, która powstała z lawy, gdy trzy tysiące lat temu Lews Therin zginął tu z własnej ręki. Z boku miał kilkusetstopową przepaść opadającą ku ciemnej szczelinie wyrwanej w zboczu góry. Jej średnica była ogromna, znacznie większa, niż wydawała się z boku. Szeroki owal czerwonej, kipiącej, przelewającej się skały. Z miejsca, gdzie się znajdował, wyglądało to tak, jakby fragment góry po prostu zniknął, wyrwany przemożną siłą – szczyt wciąż wznosił się ku niebu, lecz brakowało ułamka masywu.
Rand wbił wzrok w głębię kipiącej szczeliny. Jakby spojrzał w paszczę bestii. Z dołu uderzyła go fala gorąca, ku niebu uniosły się płatki popiołu.
Ciemne niebo nad głową było zaciągnięte chmurami. Ziemia wydawała się równie daleka, ledwie widoczna, pstrokata jak wzorzysta kapa na łóżko. Tu łata zieleni, która była lasem. Tam szew, czyli rzeka. Na wschodzie drobna plamka na rzece niczym unoszący się na niteczce wody liść. Tar Valon.
Rand usiadł, śnieg zaskrzypiał pod jego ciężarem. Położył klucz dostępu na krawędzi rozpadliny przed sobą, splótł strumienie Powietrza i Ognia, żeby osłonić się przed zimnem.
Wreszcie wsparł łokcie na kolanach, skrył głowę na dłoniach, patrząc na maleńką statuetkę mężczyzny ze sferą w uniesionym ręku.