Aielowie zapewne mogli pokonać tę ostatnią część drogi Podróżując przez bramę. Ale tak naprawdę odległość nie była duża – ledwie parę dni drogi pieszo – więc wyruszyli wcześnie, żeby zdążyć na spotkanie, unikając potrzeby korzystania z Jedynej Mocy. Poza tym Rhuarc miał ochotę przyjrzeć się na własne oczy okolicy otaczającej dwór, w którym Rand al’Thor ulokował swoją kwaterę główną. Pozostałe odłamy Goshien i Taardad Aiel dołączą do nich w kwaterze; jeśli zajdzie taka potrzeba, skorzystają z bram.
– Co myślisz o rozkazach, jakie Car’a’carn wydał nam w kwestii Arad Doman, Aviendho? – zapytała Amys w biegu. Aviendha opanowała mars wypełzający na jej czoło. A co z jej karą?
– To dość niezwykły rozkaz – odparła – ale Rand al’Thor jest człowiekiem wielu niezwykłych pomysłów, nawet jak na mieszkańca mokradeł. Z pewnością nie można tego uznać za najdziwniejszy obowiązek, jaki na nas nałożył.
– A jak oceniasz fakt, że Rhuarcowi obowiązek ten niezbyt przypadł do gustu?
– Nie sądzę, aby wódz klanu miał osobiście jakieś wątpliwości w stosunku do rozkazów Car’a’carna – stwierdziła Aviendha. – Podejrzewam, że Rhuarc przekazał nam słowa swoich ludzi, podzielił się z Mądrymi tym, co usłyszał. Nie chciał przy tym zawstydzić nikogo, podając nam imiona tych, którzy wypowiedzieli swoje obawy.
Amys pokiwała głową. Jaki był cel jej pytań? Z pewnością sama doszła do identycznych wniosków. Przecież nie oczekiwała rady od Aviendhy.
Przez jakiś czas biegły w milczeniu, wciąż nie padło ani słowo na temat kary. Czy Mądre przebaczyły jej niewiadomą przewinę? Z pewnością nie chciałyby w ten sposób przysparzać jej dodatkowej hańby. Dawały Aviendzie czas na przemyślenie tego, co zrobiła. Inaczej jej hańba stałaby się nieznośna. Mogłaby zbłądzić znowu, tym razem bardziej.
Nic w twarzy Amys nie zdradzało jednak jej myśli. Mądra też była kiedyś Panną, jak Aviendha. Była twarda, nawet jak na Aiela.
– A o samym al’Thorze? – dopytywała dalej Amys. – Co o nim myślisz?
– Kocham go – odrzekła Aviendha.
– Nie pytałam Aviendhy – głupiej dziewczyny – krótko ucięła Amys. – Pytałam Aviendhę – Mądrą.
– To człowiek, na którego barkach spoczywa wielki ciężar – odpowiedziała Aviendha, tym razem ostrożniej dobierając słowa. – Obawiam się tylko, że on sam czyni ten ciężar trudniejszym do uniesienia niż to konieczne. Kiedyś wydawało mi się, że istnieje tylko jedna droga do stania się silną, ale od mojej pierwszej siostry nauczyłam się, że jest inaczej. Rand al’Thor… Nie wydaje mi się, aby on zrozumiał tę prawdę. Obawiam się, że myli twardość z siłą.
Amys znowu skwitowała jej słowa skinieniem głowy, jakby w pełni akceptując ich treść. Czy te pytania to jakaś kolejna próba?
– Wyjdziesz za niego? – zapytała Amys.
„Sądziłam, że nie rozmawiamy o Aviendzie – głupiej dziewczynie” – pomyślała Aviendha, ale oczywiście nie powiedziała tego na głos. Takich rzeczy nie mówiło się Amys w twarz.
– Wyjdę za niego – wyrwało się z jej ust. – To nie jest możliwość, nad którą się zastanawiam, to pewność. – Coś w tonie jej głosu musiało uderzyć Amys, ponieważ spojrzała na nią znacząco, ale Aviendha postanowiła trwać przy swoim. Każda Mądra, która nie wiedziała, co mówi, całkowicie zasługiwała na dowolne kary.
– A ta mieszkanka mokradeł, Min Farshaw? – zapytała Amys. – Najwyraźniej też go kocha. Co z nią poczniesz?
– To moja sprawa – odparowała Aviendha. – Dojdziemy do porozumienia. Rozmawiałam już z Min Farshaw i wierzę, że nie będzie z nią kłopotów.
– I chciałabyś ją na pierwszą siostrę? – drążyła temat Amys, ale w jej głosie można było usłyszeć leciutkie rozbawienie.
– Dojdziemy do porozumienia, Mądra.
– A jeśli nie dojdziecie?
– Dojdziemy – zdecydowanym głosem oznajmiła Aviendha.
– Skąd możesz mieć pewność?
Aviendha się zawahała. Jakaś jej część chciała zareagować na to pytanie wyniosłym milczeniem i kontynuować spokojny bieg wśród bezlistnych gałęzi krzaków, a Amys niech się udławi swoim wścibstwem. Z drugiej strony była przecież tylko uczennicą i choć nie można jej było zmusić do mówienia, wiedziała, że Amys nie odpuści, póki nie wyśpiewa jej wszystkiego. Pozostawało mieć nadzieję, że skutkiem jej odpowiedzi nie będzie zbyt wielkie toh.
– Wiesz o wizjach tej Min? – spytała Aviendha.
Amys przytaknęła.
– W jednej z tych wizji pojawił się Rand al’Thor i trzy kobiety, które kocha. Inna mówiła o dziecku, które będę miała z Car’a’carnem. Nie miała ochoty mówić nic więcej, a Amys nie naciskała. Te słowa jej wystarczyły. Obie wiedziały, że łatwiej znaleźć tchórzliwego Kamiennego Psa niż wizję Min, która by się nie sprawdziła. Z jednej strony pewność, że Rand al’Thor w końcu będzie jej, z drugiej dręcząca świadomość, że będzie musiała się nim podzielić. Wobec Elayne nie żywiła oczywiście zazdrości, ale Min… cóż, Aviendha tak naprawdę nie miała okazji jej poznać. Poza tym, wizja była jednak pocieszająca. I równocześnie niepokojąca. Aviendha kochała Randa al’Thora, ponieważ tak sama zdecydowała, a nie dlatego, że takie było jej przeznaczenie. Oczywiście wizja Min nie gwarantowała, że Aviendha rzeczywiście poślubi Randa, więc może jednak wprowadziła Amys w błąd. Będzie kochał trzy kobiety, a trzy kobiety będą kochać jego, ale czy Aviendha znajdzie sposób, aby go poślubić?
Nie, przyszłość żadną miarą nie była określona. Ta myśl przyniosła jej ulgę. Być może powinna się martwić, ale jakoś się nie martwiła. Odzyska swój honor, a potem poślubi Randa al’Thora. Może on zginie wkrótce po tym, ale przecież oni też w każdej chwili mogą wpaść w zasadzkę i wtedy to ona padnie od strzały. Zamartwianie się do niczego nie prowadzi.
Natomiast toh to była całkiem inna sprawa.
– Źle się wyraziłam, Mądra – rzekła Aviendha. – Z moich słów mogło wynikać, że według wizji poślubię Randa al’Thora. Ale w wizji tego nie było. Według wizji wszystkie trzy będziemy go kochać, a na ile małżeństwo jest koniecznym warunkiem miłości, tego powiedzieć nie potrafię.
Amys tylko pokiwała głową. Więc nie straciłam toh – ucieszyła się w myślach Aviendha. To dobrze. Nie miała najmniejszej ochoty dodawać kolejnej hańby do listy poprzednich wstydów.
– Dobrze – rzekła w końcu Amys, nie odrywając wzroku od ścieżki, po której biegły. – Porozmawiajmy o twojej karze.
Aviendha poczuła przypływ ulgi. A więc wciąż jeszcze miała czas, żeby odkryć, co zrobiła źle. Mieszkańców mokradeł często w całkowitą konfuzję wprawiała sprawiedliwość Aielów, ale to dlatego, że mieli niewielkie pojęcie, co znaczy honor. Honor nie rodził się z samego aktu poniesienia kary, zmazę na honorze usuwała zgoda na karę i umiejętność jej zniesienia z godnością. Taki był duch toh – decyzja o samoponiżeniu się, dzięki której odzyskiwało się to, co się utraciło. Dziwnym wydawało jej się, że mieszkańcy mokradeł nie potrafili tego pojąć; zaiste, dziwnym jej się wydawało, że instynktownie nie przestrzegali ji’e’toh. Czym było życie bez honoru?
Amys, co było całkiem zrozumiałe, nie miała zamiaru wyjaśniać Aviendzie, gdzie ta zbłądziła. Ponieważ jednak ona sama nie potrafiła sobie udzielić odpowiedzi na to pytanie, mniejszą hańbą będzie dla niej, jeśli poruszy kwestię w rozmowie.
– Tak – zaczęła Aviendha, starannie dobierając w myślach słowa. – Powinnam zostać ukarana. Przypuszczam, że skutkiem zbyt długiego czasu spędzonego w Caemlyn mogłam stać się słaba.
Amys parsknęła.
– Nie jesteś teraz ani odrobinę słabsza, niż w czasach, gdy nosiłaś włócznie, dziewczyno. Powiedziałabym nawet, że stałaś się silniejsza. Czas, który spędziłaś ze swoją pierwszą siostrą, okazał się dla ciebie korzystny.
A więc nie o to chodziło. Kiedy Dorindha i Nadere przyszły po nią, powiedziały, że musi wrócić, by kontynuować nauki. Jednakże w czasie pomiędzy jej przybyciem do obozu Aielów a wymarszem do Arad Doman Aviendha nie otrzymała żadnych lekcji. Kazano jej nosić wodę, cerować szale, podawać herbatę. Wymierzano jej też szereg najróżniejszych kar, nie wyjaśniając przy tym, na czym polegały przewiny. A kiedy w oczywisty sposób popełniła jakieś wykroczenie – na przykład udała się na zwiad, kiedy rzekomo nie powinna – surowość kary była zawsze znacznie większa niż waga wykroczenia, jakim sobie na nią zasłużyła.
Wszystko wyglądało niemalże tak, jakby kara była tą rzeczą, której chciały nauczyć ją Mądre, ale to przecież było niemożliwe. Nie była przecież mieszkanką mokradeł, którą wciąż trzeba pouczać w najprostszych kwestiach dotyczących honoru. A więc jaki może być cel ciągłych, niewyjaśnionych kar, jeśli nie jest nim ostrzeżenie przed stałym popełnianiem tej samej poważnej pomyłki?
Amys sięgnęła ręką do boku i odwiązała coś od paska w talii. Podniosła w górę wełniany woreczek rozmiarów mniej więcej pięści.
– Doszłyśmy do wniosku – oznajmiła – że zbyt łagodnie traktowałyśmy cię podczas nauki. Czasu zostało już niewiele, więc postanowiłyśmy przestać ci pobłażać.
Aviendha ledwie zdołała ukryć zaskoczenie. Wszystkie te poprzednie kary były łagodne?
– Dlatego też – kontynuowała Amys, podając jej woreczek – weźmiesz to. Wewnątrz są ziarna. Jedne czarne, inne brązowe, jeszcze inne białe. Dziś wieczorem przed pójściem spać, oddzielisz od siebie ziarna wedle kolorów, a potem policzysz. Jeżeli się pomylisz, pomieszamy je znowu i zaczniesz od początku.
Aviendha przyłapała się na tym, że biegnie z otwartymi ustami, potknęła się, omal nie upadła. Noszenie wody było pracą, którą ktoś musiał wykonać. Podobnie konieczne było cerowanie odzieży. Gotowanie posiłków też było ważne, zwłaszcza gdy w grupie nie było żadnego gai’shain.
Ale to… to była bezużyteczna praca! Nie tylko nieważna, niepotrzebna, ale też błazeńska. To był rodzaj kary zarezerwowanej wyłącznie dla najbardziej upartych lub najbardziej zhańbionych z ludzi. W propozycji tej kryła się niemal… niemal sugestia, że Mądre uważają ją za da’tsang!
– Na Oczy Tego Który Oślepia Wzrok – szepnęła, równocześnie ze wszystkich sił starając się trzymać równe tempo biegu. – Co ja zrobiłam?
Amys zerknęła na nią i Aviendha natychmiast odwróciła wzrok. Obie wiedziały, że nie chciała poznać odpowiedzi na to pytanie. Nie mówiąc nic więcej, odebrała z rąk kobiety woreczek. To była najbardziej upokarzająca z kar, jakich dotychczas zaznała.
Amys zostawiła ją, żeby biec z pozostałymi Mądrymi. Aviendha w końcu jakoś otrząsnęła się, a determinacja obudziła się w niej na powrót. Błąd, który popełniała, musiał być znacznie poważniejszy, niż jej się to wcześniej wydawało. Na to wskazywała kara wymierzona jej przez Amys, woreczek był wskazówką.
Otworzyła go i zajrzała do środka. W środku zobaczyła trzy puste torebki algode, do których miała wkładać nasiona i tysiące maleńkich nasion, które je prawie zakrywały. Ta kara została specjalnie pomyślana tak, żeby widziano, jak Aviendha ją odbywa, co tylko powiększy jej hańbę. Cokolwiek zrobiła, musiało stanowić przestępstwo nie tylko wobec Mądrych, lecz wszystkich otaczających ją ludzi, nawet jeśli ci – podobnie jak sama Aviendha – nie byli tego świadomi.
Należało stąd wyciągnąć wniosek taki, że potrzebna jest jeszcze większa determinacja.