Amys parsknęła.
– Nie jesteś teraz ani odrobinę słabsza, niż w czasach, gdy nosiłaś włócznie, dziewczyno. Powiedziałabym nawet, że stałaś się silniejsza. Czas, który spędziłaś ze swoją pierwszą siostrą, okazał się dla ciebie korzystny.
A więc nie o to chodziło. Kiedy Dorindha i Nadere przyszły po nią, powiedziały, że musi wrócić, by kontynuować nauki. Jednakże w czasie pomiędzy jej przybyciem do obozu Aielów a wymarszem do Arad Doman Aviendha nie otrzymała żadnych lekcji. Kazano jej nosić wodę, cerować szale, podawać herbatę. Wymierzano jej też szereg najróżniejszych kar, nie wyjaśniając przy tym, na czym polegały przewiny. A kiedy w oczywisty sposób popełniła jakieś wykroczenie – na przykład udała się na zwiad, kiedy rzekomo nie powinna – surowość kary była zawsze znacznie większa niż waga wykroczenia, jakim sobie na nią zasłużyła.
Wszystko wyglądało niemalże tak, jakby kara była tą rzeczą, której chciały nauczyć ją Mądre, ale to przecież było niemożliwe. Nie była przecież mieszkanką mokradeł, którą wciąż trzeba pouczać w najprostszych kwestiach dotyczących honoru. A więc jaki może być cel ciągłych, niewyjaśnionych kar, jeśli nie jest nim ostrzeżenie przed stałym popełnianiem tej samej poważnej pomyłki?
Amys sięgnęła ręką do boku i odwiązała coś od paska w talii. Podniosła w górę wełniany woreczek rozmiarów mniej więcej pięści.
– Doszłyśmy do wniosku – oznajmiła – że zbyt łagodnie traktowałyśmy cię podczas nauki. Czasu zostało już niewiele, więc postanowiłyśmy przestać ci pobłażać.
Aviendha ledwie zdołała ukryć zaskoczenie. Wszystkie te poprzednie kary były łagodne?
– Dlatego też – kontynuowała Amys, podając jej woreczek – weźmiesz to. Wewnątrz są ziarna. Jedne czarne, inne brązowe, jeszcze inne białe. Dziś wieczorem przed pójściem spać, oddzielisz od siebie ziarna wedle kolorów, a potem policzysz. Jeżeli się pomylisz, pomieszamy je znowu i zaczniesz od początku.
Aviendha przyłapała się na tym, że biegnie z otwartymi ustami, potknęła się, omal nie upadła. Noszenie wody było pracą, którą ktoś musiał wykonać. Podobnie konieczne było cerowanie odzieży. Gotowanie posiłków też było ważne, zwłaszcza gdy w grupie nie było żadnego gai’shain.
Ale to… to była bezużyteczna praca! Nie tylko nieważna, niepotrzebna, ale też błazeńska. To był rodzaj kary zarezerwowanej wyłącznie dla najbardziej upartych lub najbardziej zhańbionych z ludzi. W propozycji tej kryła się niemal… niemal sugestia, że Mądre uważają ją za da’tsang!
– Na Oczy Tego Który Oślepia Wzrok – szepnęła, równocześnie ze wszystkich sił starając się trzymać równe tempo biegu. – Co ja zrobiłam?
Amys zerknęła na nią i Aviendha natychmiast odwróciła wzrok. Obie wiedziały, że nie chciała poznać odpowiedzi na to pytanie. Nie mówiąc nic więcej, odebrała z rąk kobiety woreczek. To była najbardziej upokarzająca z kar, jakich dotychczas zaznała.
Amys zostawiła ją, żeby biec z pozostałymi Mądrymi. Aviendha w końcu jakoś otrząsnęła się, a determinacja obudziła się w niej na powrót. Błąd, który popełniała, musiał być znacznie poważniejszy, niż jej się to wcześniej wydawało. Na to wskazywała kara wymierzona jej przez Amys, woreczek był wskazówką.
Otworzyła go i zajrzała do środka. W środku zobaczyła trzy puste torebki algode, do których miała wkładać nasiona i tysiące maleńkich nasion, które je prawie zakrywały. Ta kara została specjalnie pomyślana tak, żeby widziano, jak Aviendha ją odbywa, co tylko powiększy jej hańbę. Cokolwiek zrobiła, musiało stanowić przestępstwo nie tylko wobec Mądrych, lecz wszystkich otaczających ją ludzi, nawet jeśli ci – podobnie jak sama Aviendha – nie byli tego świadomi.
Należało stąd wyciągnąć wniosek taki, że potrzebna jest jeszcze większa determinacja.
4.
Nastanie nocy.
Gawyn przyglądał się, jak na zachodzie chmury giną w pożarze nieba, jak umierają ostatnie promienie światła. Wieczna mgła mrocznych oparów spowijała słońce całunem, zaś nocą przesłaniała gwiazdy. W ciągu dnia, który właśnie mijał, chmury wędrowały nienaturalnie wysoko po niebie. W pochmurne dni szczyt Góry Smoka zazwyczaj krył się w obłokach, ale gruba, szara mgła zalegała dostatecznie wysoko, aby ledwie muskać poszarpany, złamany czubek.
– Dobierzmy się do nich – szepnął Jisao, przykucnięty obok Gawyna na szczycie wzgórza.
Gawyn odwrócił wzrok od wiszącej nad horyzontem tarczy słońca, spojrzał znów na niewielką wioskę w dole. Jej mieszkańcy powinni już układać się do snu, może z wyjątkiem jednego czy drugiego gospodarza, który dogląda po raz ostatni inwentarza. Wioska powinna być ciemna, nie licząc może kilku łojowych świec w oknach, przy których rolnicy kończą wieczorny posiłek.
Ale nie była ciemna. I nie była cicha. Zalewało ją światło najmniej kilkunastu pochodni, trzymanych w rękach przez uwijające się między zabudowaniami krępe sylwetki. W słabym świetle żagwi i ostatnich promieni zachodzącego słońca Gawyn potrafił zobaczyć tylko tyle, że postacie odziane były w czarnobrązowe, bliżej niezidentyfikowane mundury. I choć na mundurach nie potrafił dostrzec insygniów trzech gwiazd, wiedział, że tam są.
Z odległego punktu obserwacyjnego Gawyn przyglądał się, jak ostatni ludzie chwiejnie wychodzą ze swych domów i z wyrazem przestrachu oraz niepokoju na twarzach dołączają do tłumu zebranego na placu. Wieśniacy najwyraźniej niechętnie witali zbrojnych, którzy nawiedzili ich wioskę. Kobiety tuliły dzieci w ramionach, mężczyźni nie odrywali wzroku od ziemi. „Nie chcemy żadnych kłopotów” – można było wyczytać z ich postawy. Bez wątpienia musiały do nich dojść wieści z innych wiosek, że ci najeźdźcy dochowywali wymogów dyscypliny. Żołnierze płacili za zarekwirowane towary i nikogo nie wcielali przymusowo do służby – choć nikogo też szczególnie nie zniechęcali. Zaiste dziwna armia najeźdźców. Gawyn doskonale potrafił sobie wyobrazić, o czym myślą wieśniacy. Tą armią dowodziły Aes Sedai, a któż mógłby jednoznacznie stwierdzić, co w zachowaniach Aes Sedai należy nazwać dziwnym, a co normalnym.
Temu konkretnemu patrolowi nie towarzyszyły siostry, dzięki Światłości przynajmniej za to. Grzeczni, choć zdecydowani żołnierze ustawili wieśniaków w szeregu, a potem obejrzeli sobie każdego z osobna. Potem dwójkami skontrolowali stodoły i wnętrza domów. Niczego nie zabrali, niczego nie zniszczyli. Bardzo to zgrabne, niemalże serdeczne. Gawin prawie słyszał słowa oficera, przepraszającego wójta za perturbacje.
– Gawynie? – rzekł Jisao. – Naliczyłem ich ledwie tuzin. Gdybyśmy wysłali szwadron Rodica, żeby ich zaszedł od północy, odcięlibyśmy ich z obu stron, a potem moglibyśmy zmiażdżyć między nami. Robi się ciemno, nie zobaczą nas. Możemy ich załatwić i nawet się przy tym nie spocimy.
– A wieśniacy? – zapytał Gawyn. – Tam są dzieci.
– Innymi razy nas to nie powstrzymało.
– Wtedy to była inna sprawa – upierał się Gawyn, kręcąc głową. – Ostatnie trzy wioski, które przeszukali, układają się w prostą linię wskazującą na Dorlan. Jeżeli ten oddział zniknie bez śladu, dowódca następnego będzie się zastanawiał, co też mogli znaleźć. I tym sposobem ściągniemy sobie na głowy całą armię.
– Ale…
– Nie – cicho, lecz zdecydowanie uciął Gawyn. – Trzeba wiedzieć, kiedy zrezygnować, Jisao.
– A więc przejechaliśmy tę całą drogę na próżno?
– Przejechaliśmy całą tę drogę, szukając sposobności do potyczki – wyjaśnił Gawyn, wycofując się już ze szczytu wzgórza, uważając przy tym, by jego sylwetka nie zaznaczała się na tle nieba. -A teraz, po zbadaniu tej sposobności, zdecydowaliśmy, że z niej nie skorzystamy. Tylko głupiec marnuje strzałę, ponieważ nie może się oprzeć widokowi siedzącego na gałęzi ptaka.