Выбрать главу

Działania Gawyna były praktycznie rzecz biorąc bezprzedmiotowe. Z samego tego faktu można było wyciągnąć wniosek, że Amyrlin po prostu chciała go – oraz innych Młodych – usunąć z drogi. Już przed Studniami Dumai Gawyn zaczął ją o to podejrzewać. Teraz z każdą chwilą zyskiwał coraz większą pewność.

„Mimo to wciąż wypełniam jej rozkazy” – rzekł sobie w duchu. Pokręcił głową. Zwiadowcy Bryne’a byli już niebezpiecznie blisko centrum jego operacji, Gawyn nie mógł ryzykować zabijania następnych, nie zdradzając miejsca swego pobytu. Czas wracać do Dorlan. Może przebywające tam Aes Sedai będą miały jakieś pomysły na dalszą strategię.

Pochylił się nad końskim karkiem i dalej gnał w noc. „Światłości, jak żałuję, że nie mogę zobaczyć gwiazd” – pomyślał.

5.

Historia krwi.

Rand szedł po stratowanym trawniku dworu. Przed nim powiewały sztandary, wokół wznosiły się namioty, po zachodniej stronie obozowiska rżały przywiązane do palików konie. W powietrzu wisiała woń dobrze zorganizowanego obozu żołnierskiego; dym i zapachy dobiegające z kotłów z gulaszem niemal całkowicie dławiły smród końskiego łajna i niemytych ciał.

Żołnierze Bashere wiedzieli, co należy robić, żeby obóz wyglądał porządnie, niestrudzenie zajmowali się tymi wszystkimi drobnymi zadaniami, dzięki którym armia funkcjonuje sprawnie: ostrzyli miecze, oliwili uprzęże, naprawiali siodła, nosili wodę ze strumienia. Po lewej, na odległym krańcu trawnika, w przestrzeni między linkami namiotów a nierówną linią drzew, paru ludzi ćwiczyło szarżę wzdłuż strumienia. Kawalerzyści starali się utrzymać groty lanc w równej linii, podczas gdy kopyta końskie tratowały błotnistą ziemię, rzeźbiąc z niej długi szlak. Manewry nie tylko miały na celu udoskonalenie kunsztu żołnierzy, ale pozwalały też koniom rozprostować kości.

Jak zawsze za Randem ciągnęła niewielka eskorta. Panny, jego straż przyboczna, teraz ze spojrzeniami wbitymi czujnie w saldaeańskich żołnierzy. Kilka Aes Sedai. Ostatnimi czasy zawsze mu towarzyszyły. Wzór najwyraźniej zignorował jego dawne postanowienie, aby trzymać się jak najdalej od nich. Koło tkało Wzór wedle własnych reguł, a ponadto Aes Sedai okazały się nadzwyczaj przydatne. To, czego on sam sobie życzył, nie miało już żadnego znaczenia. W końcu musiał to pojąć.

Niewielką pociechę mógł stanowić fakt, że Aes Sedai z jego obozu złożyły mu przysięgę wierności. Każdy jednak wiedział, że te kobiety przestrzegają swoich przysiąg na własny sposób i zapewne również w tym wypadku same zdecydują, co znaczy „przysięga lenna”.

Elza Penfell – wchodząca dzisiaj w skład jego orszaku – była jedną z tych, które złożyły mu przysięgę. Wywodziła się z Zielonych Ajah. Miała twarz, którą chętnie uznałby za śliczną, gdyby nie rysy, z których nie można było wyczytać wieku, a jedynie naturę: Aes Sedai. Jak na Aes Sedai była nawet miła w obyciu, mimo iż wcześniej przyłożyła rękę do porwania Randa, a potem wraz z innymi trzymała go w skrzyni i poddawała codziennej chłoście.

W głębi jego głowy Lews Therin jęknął.

Ale to już minęło. Elza złożyła przysięgę. To wystarczyło Randowi, żeby móc skorzystać z jej pomocy. Druga towarzysząca mu dzisiaj kobieta była mniej przewidywalna, wchodziła w skład orszaku Cadsuane. Corele Hovian – smukła Żółta siostra z niebieskimi oczami, burzą czarnych włosów i uśmiechem stale goszczącym na twarzy – nie przysięgała, że będzie słuchać rozkazów Randa. Mimo to instynktownie skłaniał się do zaufania jej, ponieważ już raz uratowała mu życie. Rand ocalał wówczas tylko dzięki niej, Samitsu i Damerowi Flinnowi. Jedna z dwóch niegojących się ran w jego boku – pamiątka po przeklętym sztylecie Padana Faina – stanowiła wciąż żywe wspomnienie tego dnia. Nieustanny ból jątrzącego się zła kładł się cieniem emocji na ukrytą pod nią starszą ranę, którą Rand odniósł w trakcie walki z Ishamaelem, tak dawno już temu.

Wkrótce z jednej z tych ran – a może z obu naraz – krew Randa tryśnie na skały Shayol Ghul. Nie miał pewności, czy to go zabije, czy nie. W obliczu liczby i różnorodności czynników, które zagrażały jego życiu, nawet Mat nie wiedziałby, na który postawić.

Gdy tylko Rand pomyślał o Mat’cie, przed jego oczyma zawirowały kolory i po chwili zakrzepły w postać szczupłego mężczyzny o brązowych oczach, w kapeluszu z szerokim rondem, który rzucał właśnie kości przed garstką pochylonych żołnierzy. Na twarzy Mata widniał szeroki uśmiech, sprawiał wrażenie, że się popisuje, co w jego wypadku nie byłoby niczym niezwykłym. Niezwykłe natomiast było, że nie dostrzegało się żadnych pieniędzy, które po kolejnych rzutach zmieniałyby właścicieli.

Tego rodzaju wizje pojawiały się za każdym razem, gdy tylko pomyślał o Mat’cie lub Perrinie i Rand w końcu przestał się ich wystrzegać. Nie wiedział, co jest odpowiedzialne za pojawianie się obrazów– być może chodziło o jakieś oddziaływania między jego naturą ta’veren a naturą dwóch pozostałych ta’veren, pochodzących na dodatek z tych samych stron, z tej samej wioski. Cokolwiek to było, zapewne można to było wykorzystać. Po prostu kolejne narzędzie. Wyglądało na to, że Mat wciąż jest z Legionem, choć nie obozuje już na lesistym terenie. Z tego kąta nie mógł tego stwierdzić z całą pewnością, ale w oddali widać było chyba jakieś miasto. A na pewno w pobliżu przebiegała szeroka droga. Od jakiegoś czasu Rand nie widywał już przy boku Mata drobnej kobiety o smagłej skórze. Kim była? Dokąd odeszła?

Wizja się rozwiała. Miał mieć nadzieję, że Mat wkrótce do niego dołączy. Pod Shayol Ghul bardzo się przydadzą jego taktyczne zdolności.

Jeden z kwatermistrzów Bashere – mężczyzna z sumiastym wąsem, wykrzywionymi od siodła nogami i przysadzistym brzuchem – zobaczył Randa i natychmiast szybkim krokiem ruszył w jego stronę. Rand oddalił go gestem, nie miał teraz czasu na raport o stanie zapasów. Kwatermistrz zasalutował i się oddalił. Niegdyś Rand z pewnością zdziwiłby się, jak szybko wcielane są w życie jego rozkazy, ale teraz był już innym człowiekiem. Żołnierze byli po to, żeby słuchać rozkazów. A Rand był królem, choć w tej chwili na jego skroniach nie spoczywała Korona Mieczy.

Przeszedł przez pełen koni i namiotów obszar trawnika. Wyszedł z obozu, mijając nieukończony wał ziemny. Przed sobą miał łagodne zbocze porośnięte sosną. Nieopodal po prawej, wciśnięty w zagajnik, znajdował się teren, którego używali do Podróżowania – kwadratowy obszar ziemi ograniczony linami, na którym można było w miarę bezpiecznie otwierać bramy.

Jedna właśnie srebrzyła się w powietrzu – drzwi do innego miejsca. Niewielka grupka ludzi wychodziła z jej przestrzeni, gramoląc się na grunt zaścielony szyszkami. Rand widział sploty, przy pomocy których wykonano bramę, była więc dziełem saidina.

Większość ludzi w obserwowanej grupce miała na sobie barwne szaty Ludu Morza – mimo chłodnego powietrza wczesnej wiosny mężczyźni paradowali obnażeni do pasa, kobiety miały na sobie luźne jaskrawe bluzki. Wszyscy w spodniach i wszyscy z kolczykami w uszach i nosach – liczba oraz misterność ozdób stanowiły u nich wyznacznik pozycji społecznej.