Merise zgrzytnęła zębami, zerknęła na Narishmę. Asha’man był w zwyczajowym czarnym kaftanie i czarnych spodniach, jego długie ciemne włosy zaplecione były w warkoczyki, na których końcach kołysały się dzwoneczki. Stał oparty o zewnętrzną ścianę, Na chłopięcej twarzy zaznaczało się ostatnio coraz bardziej widoczne poczucie zagrożenia. Być może było ono skutkiem szkoły, jaką mu dawali pozostali Strażnicy Merise. A może wynikało stąd, iż powoli docierało do niego, że związał się z ludźmi, którzy schwytali Przeklętą i poddawali ją śledztwu.
– Ostrzegam… – znowu odezwała się Merise.
– Jeden z podmiotów poddanych przeze mnie eksperymentowi żył jeszcze całą godzinę po transfuzji – oznajmiła Semirhage spokojnym tonem przyjacielskiej pogawędki. -To był jeden z moich największych sukcesów. Rzecz jasna, przez cały ten czas męczył go ból. Prawdziwy ból, udręka, którą odczuwał w każdej żyle swego ciała, aż do tych najmniejszych, niewidzialnych, w palcach. Nie znam innego sposobu, żeby w jednej chwili sprowadzić takie cierpienie na całe ciało równocześnie.
Ponownie jej spojrzenie i spojrzenie Merise się spotkały.
– Któregoś dnia nauczę cię tego splotu.
Merise lekko pobladła.
Zamaszystym gestem dłoni Cadsuane splotła wokół głowy Semirhage tarczę Powietrza, która miała uniemożliwić jej usłyszenie tego, co zostanie powiedziane, po czym przed twarzą Przeklętej zawisły dwie niewielkie kule światła zrobione z Ognia i Powietrza. Światełka nie były na tyle mocne, żeby ją oślepić czy uszkodzić wzrok, lecz dzięki nim nie będzie mogła nic zobaczyć. Ta druga sztuczka była własnym pomysłem Cadsuane – wiele sióstr sądziło, że wystarczy uniemożliwić jeńcowi słyszenie, zapominały, iż może on swobodnie się przyglądać. Nigdy nie można było mieć pewności, czy przesłuchiwany nie nauczył się czytania z warg, a Cadsuane można było oskarżyć o wiele rzeczy, ale nie o niedocenianie tej, która aktualnie znalazła się w jej mocy.
Merise zerknęła na Cadsuane, w jej oczach błysnęła przelotna iskierka irytacji.
– Tracisz nad nią kontrolę – oznajmiła zdecydowanie Cadsuane, stawiając filiżankę z herbatą na podłodze obok krzesta.
Merise zawahała się, w końcu skinęła głową. Wyglądała na bardzo rozzłoszczoną. Najwyraźniej na samą siebie.
– Ta kobieta… nic na nią nie działa – oznajmiła. – Nawet nie zmienia jej się tonu głosu, nieważne, co jej robimy. Na każdą niedogodność, jaką potrafię wymyślić, reaguje tylko kolejnymi groźbami. A każda z nich jest bardziej ponura od poprzedniej! Światłości! – Znowu zazgrzytała zębami, zaplatając ramiona, wykręcając ręce i parskając głośno. Narishma poruszył się, jakby chciał do niej podejść, ale powstrzymała go gestem dłoni. Merise traktowała swych Strażników z odpowiednim rygorem, choć równocześnie karciła wszystkich, którzy próbowali pokazać im, gdzie ich miejsce.
– Możemy ją złamać – oznajmiła Cadsuane.
– Doprawdy, Cadsuane?
– Ba! Oczywiście, że tak. Jest człowiekiem, jak wszyscy.
– Prawda – zgodziła się Merise. – Pamiętajmy jednak, że żyje już od trzech tysięcy lat. Trzy tysiące lat, Cadsuane.
– Większość tego czasu spędziła w odosobnieniu – stwierdziła Cadsuane z pogardliwym prychnięciem. – Wieki zamknięcia w więzieniu Czarnego, w transie, hibernacji, czy jak tam zwał. Odejmij te lata, a otrzymasz kobietę wcale nie starszą od nas, a po prawdzie, to znacznie młodszą, jak mniemam.
To była subtelna aluzja do jej własnego wieku, kwestii rzadko omawianej w kręgach Aes Sedai. Cała ta rozmowa na temat wieku była w istocie oznaką tego, jakim niepokojem Przeklęta napawała Merise. Aes Sedai wprawiały się w stwarzaniu pozorów zewnętrznego spokoju, lecz Cadsuane nie bez powodu kazała trzem kobietom utrzymywać tarczę i ulokowała je na zewnątrz pokoju. Przeklęta zbyt wiele mogłaby wyczytać z ich twarzy i samej obecności. Nawet niewzruszona w normalnych okolicznościach Merise często traciła panowanie nad sobą podczas tych przesłuchań.
Rzecz jasna, i Merise, i pozostałe siostry – nie inaczej niż wszystkie kobiety zamieszkujące Wieżę – nie dorównywały standardom, jakich Cadsuane wymagała od Aes Sedai. Te młódki rozpuszczono tak, że stały się miękkie i słabe, skłonne do głupich kłótni. Niektóre dały się zastraszyć do tego stopnia, że złożyły przysięgi lenne Randowi al’Thorowi. Czasami Cadsuane żałowała, że nie może po prostu odesłać ich na kilkudziesięcioletnią pokutę.
Oczywiście Cadsuane zdawała sobie sprawę, że być może przemawiają przez nią lata, które przeżyła. Była stara i to czyniło ją coraz mniej tolerancyjną wobec głupoty. Przeszło dwieście lat temu przysięgła sobie, że dożyje Ostatniej Bitwy, nieważne, jak długo miałaby na nią czekać. Praca z Jedyną Mocą zwiększała liczbę przeznaczonych człowiekowi dni, a ona sama odkryła, że determinacja i charakter mogą tę liczbę dodatkowo zwiększyć. Była jedną z najstarszych istot ludzkich na świecie.
Niestety, wszystkie te lata nauczyły ją, że ani największy nawet wysiłek włożony w planowanie, ani determinacja nie sprawią, iż sprawy potoczą się po twojej myśli. Mogło się wydawać, że z czasem porażki nie będą tak irytować, ale w jej przypadku było odwrotnie. Można by sądzić, że te lata nauczyły ją także cierpliwości, było jednak wręcz odwrotnie. Im była starsza, tym większe miała kłopoty z czekaniem, być może właśnie dlatego, że wiedziała, jak niewiele czasu jej zostało.
Każdy, kto twierdzi, że z wiekiem nauczył się cierpliwości, kłamie albo ulega starczej demencji.
– Można i da się ją złamać – powtórzyła Cadsuane. – Nie zamierzam dopuścić, aby kobieta znająca sploty Wieku Legend, uciekła nam w ręce kata. Wyciągniemy najdrobniejszy skrawek wiedzy z jej mózgu, nawet gdybyśmy miały zastosować wobec niej któreś z jej „twórczych” splotów.
– Najlepsze byłoby a’dam. Gdyby tylko Lord Smok pozwolił nam… – wtrąciła Merise, zerkając na Semirhage.
Jeżeli kiedykolwiek w ostatnich czasach Cadsuane gotowa była złamać dane słowo, to właśnie w tej kwestii. Nałożyć tej kobiecie a’dam i… Nie, żeby skłonić kogoś do mówienia przy pomocy a’dam, trzeba było zadać mu ból. A to równało się torturom, jednoznacznie zabronionym przez al’Thora.
Semirhage miała oczy zamknięte, aby ochronić je przed światełkami Cadsuane, ale na jej twarzy pozostawał ten sam wyraz spokoju i opanowania. Co się działo za tymi zamkniętymi oczyma? Czy czekała, aż ją ktoś uwolni? Czy myślała o tym, jak zmusić je do stracenia jej i dzięki temu uniknąć tortur? Czy naprawdę wydawało jej się, że będzie w stanie uciec, a potem zemścić się na Aes Sedai, które ją przesłuchiwały?
Zapewne w grę wchodziła ta ostatnia możliwość i Cadsuane trudno było nie odczuwać choć odrobiny podziwu dla tej kobiety. Znała tajemnice Jedynej Mocy, które nie przetrwały nawet w legendach. Trzy tysiące lat to był długi, długi czas. Czy Semirhage potrafiłaby przebić się przez tarczę w sposób nieznany nikomu ze współczesnych? A jeśli tak, dlaczego tego jeszcze nie zrobiła? Cadsuane wiedziała, że nie zazna spokoju, dopóki nie uda jej się zdobyć choć odrobiny widłokorzenia.
– Możesz już rozplątać sploty, Cadsuane – stwierdziła Merise. – Panuję nad sobą. Obawiam się jednak, że nie pozostaje nam nic innego, jak wywiesić ją za okno, jak wcześniej mówiłam. Może powinnyśmy jej zagrozić torturami? Skąd ma wiedzieć o głupich zastrzeżeniach al’Thora?
Cadsuane pochyliła się i uwolniła sploty światełek wiszących przed obliczem Przeklętej, ale nie tknęła tarczy Powietrza, która uniemożliwiała jej usłyszenie wypowiadanych słów. Oczy Semirhage otworzyły się w jednej chwili, jej wzrok poszukał wzroku Cadsuane. Tak, doskonale wiedziała, kto tu rządzi. Zwarły się w pojedynku na spojrzenia.