Выбрать главу

Merise kontynuowała swoje pytania dotyczące Graendal. Al’Thor podejrzewał, że tamta Przeklęta może przebywać gdzieś w Arad Doman. Cadsuane znacznie bardziej interesowały inne kwestie, ale miejsce pobytu Graendal stanowiło niezły punkt wyjścia.

Semirhage tym razem postanowiła zupełnie ignorować pytania Merise, tak więc myśli Cadsuane zbłądziły na osobę Randa al’Thora. Ten chłopak opierał się jej naukom równie wytrwale co Semirhage pytaniom śledczych. Och, prawda, nauczył się paru pomniejszych rzeczy – chociażby jak ją traktować z minimalną dozą szacunku, a przynajmniej jak udawać uprzejmość. Ale nic więcej.

Cadsuane nienawidziła tych chwil, gdy musiała uznać swoją porażkę. To nie była porażka, jeszcze nie, niemniej było już blisko. W przeznaczenie tego chłopaka wpisano zniszczenie świata. A może uratowanie go. Pierwsza rzecz była nieuchronna, druga warunkowa. Żałowała, że nie było odwrotnie, lecz zdawała sobie sprawę, że żale i pragnienia były warte tyle, co monety wykonane z drewna.

Można było je pomalować na dowolny odcień złota, niemniej drewno pozostawało drewnem.

Zacisnęła zęby, przepędzając z głowy myśli na temat chłopaka. Należało obserwować Semirhage. Za każdym razem, gdy tamta otwierała usta, mogła powiedzieć coś, co okaże się wskazówką. Semirhage odpowiedziała spojrzeniem na jej spojrzenie, wciąż ignorując Merise.

Jak można złamać najpotężniejszą kobietę, jaka kiedykolwiek chodziła po świecie? Kobietę, która popełniła niezliczone okropności w wieku cudów, zanim nawet Czarny zdołał wydostać się ze swego więzienia? Trzeba patrzeć w te ciemne, onyksowe oczy. Zakaz al’Thora, dotyczący krzywdzenia cielesnego Semirhage, był całkowicie bezsensowny. Bólem nie złamią tej kobiety. Wśród Przeklętych Semirhage uchodziła za mistrzynię tortur, wielką badaczkę śmierci i udręki.

Nie, w ten sposób nie da się jej złamać, nawet gdyby miały pozwolenie. Cadsuane patrzyła w te oczy, aż w pewnym momencie przeszył ją zimny dreszcz i pomyślała, że dostrzegła w tej istocie jakąś część samej siebie. Wiek, zręczność i nieugięty opór przed ustąpieniem choćby na jotę.

To podsunęło jej pewną myśclass="underline" Co by zrobiła, gdyby kazano jej złamać samą siebie?

Myśl była tak niepokojąca, że poczuła prawdziwą ulgę, kiedy kilka chwil później do pokoju weszła Corele, żeby przerwać przesłuchanie. Szczupła, radosna Murandianka była całkowicie lojalna wobec Cadsuane, a dzisiejszego popołudnia wypełniała zlecone przez nią zadanie obserwacji al’Thora. Oczywiście wiadomość przyniesiona przez nią – że al’Thor wkrótce spotka się ze swymi wodzami Aielów – musiała zakończyć przesłuchanie. Do pomieszczenia weszły trzy siostry, które miały utrzymywać tarczę i przenieść skrępowaną, zakneblowaną Przeklętą do pomieszczenia, gdzie spędzi noc.

Cadsuane przyglądała się tej operacji, kręcąc głową. Semirhage była tylko pierwszą przygodą tego dnia. Czas wziąć się za chłopaka.

6.

Kiedy topi się żelazo.

Rodel Ituralde widział już w życiu niejedno pole bitwy. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. Ciała poległych leżące w stosach jak sterty szmat. Kruki żądne żeru. Jęki, krzyki i nieartykułowany bełkot tych, którzy nie mieli dość szczęścia, aby umrzeć od razu.

Każde pole bitwy cechowało się także własnym, indywidualnym piętnem. Można było z niego odczytać jej przebieg, jak odczytuje się ze śladu trop łownej zwierzyny. Ciała leżące w niepokojąco równych rzędach zdradzały, że w tym miejscu nastąpił atak piechoty, która natknęła się na nawałę strzał. Rozrzucone i zdeptane trupy jasno wskazywały, że tutaj front piechoty pękł pod szarżą ciężkiej kawalerii. Doświadczony wzrok Ituralde mimowolnie odnotowywał pozycje, na których przyparte do murów Darluny oddziały Seanchan z desperacją walczyły do końca. I gdzie ostatecznie zostały zmiażdżone. W jednym z takich miejsc fragment murów został wręcz wydarty spośród ich litego masywu – najwyraźniej zdesperowana damane próbowała przebić się do miasta. W walce na ulicach i między domami Seanchanie z pewnością mieliby więcej szans. Nie udało im się jednak wedrzeć za mury.

Ituralde jechał na swym dereszowatym wałachu przez chaos pobojowiska. Po bitwach zawsze zostawały pobojowiska. I tylko jakoś chętnie zapominały o nich opowieści oraz dzieła historyczne, oczyszczone, uładzone w dłoniach uczonych poszukujących lapidarności i ścisłości. „Najeźdźcy zwyciężyli, poległy pięćdziesiąt trzy tysiące” albo „Obrońcom udało się odeprzeć atak, poległo dwadzieścia tysięcy”.

Jakiej wzmianki doczeka się ta bitwa? To będzie zależało od tego, kto napisze jej historię. Ale niezależnie od tego, która strona to uczyni, historyk i tak pominie krew, która wsiąkła w ziemię, tworząc czerwone błoto. Ciała – połamane, pokłute, poharatane. Powierzchnię ziemi rozdartą ciosami oszalałych damane. Może zapamięta liczby, z jakiegoś powodu one zawsze wydawały się ważne dla parających się piórem. Ze stu tysięcy, które przyprowadził ze sobą Ituralde, połowa nie żyła. Przy każdej innej bitwie takie straty stanowiłyby powód do wstydu i gniewu dowódcy na samego siebie. Ale tym razem stanął naprzeciwko sił trzykrotnie liczniejszych, które nadto miały ze sobą damane.

Ruszył w ślad za młodym łącznikiem, który przed chwilą przybył po niego. Chłopak miał może dwanaście lat, odziany był w seanchański zielono-czerwony mundur. Po chwili minęli powalony sztandar na złamanym drzewcu, którego koniec wciąż tkwił w błocie. Ituralde objął przelotnym spojrzeniem godło na sztandarze: sześć mew na tle tarczy słońca. Nie znosił, kiedy musiał walczyć z ludźmi, których imion i rodów nie znał, ale w przypadku zupełnie obcych Seanchan było to nieuniknione.

Promienie gasnącego wieczornego słońca długimi cieniami znaczyły pole bitwy. Wkrótce kołdra ciemności otuli ciała, a ocaleli przez krótki czas będą mogli udawać, że otaczający ich step jest grobem dla poległych przyjaciół. l dla tych, którzy padli z ich ręki. Z ponurych rozważań wyrwał go widok sztabu polowego Seanchan, który nieoczekiwanie roztoczył się przed jego oczyma za mijanym właśnie pagórkiem. Większość poległych miała na głowach hełmy w kształcie owadzich łbów. Pogięte, popękane, poszczerbione. Martwe oczy patrzyły pustym wzrokiem ze szczelin między poskręcanymi czułkami.

Seanchański generał jeszcze żył, choć ledwo. Głowę miał obnażoną, na wargach zaschłą krew. Siedział oparty o wielki, porośnięty mchem głaz, ktoś podłożył mu pod plecy zwinięty płaszcz; wyglądał, jakby czekał na posiłek czy coś w tym rodzaju. Oczywiście spokój tchnący z doskonale statycznego obrazu psuł nieco widok skręconej pod nienaturalnym kątem nogi i ułamane drzewce włóczni sterczące z brzucha.

Ituralde zsiadł z konia. Jak większość jego żołnierzy, miał na sobie ubranie robocze – proste brązowe spodnie i kaftan, wszystko pożyczone od człowieka, który wziął jego mundur, żeby odegrać rolę przynęty w pułapce.

Bez munduru czuł się dziwnie. Dzielny żołnierz, jakim z pewnością był leżący przed nim generał Turan, niczym sobie nie zasłużył, żeby jego kapitulację przyjmował człowiek w łachmanach. Ituralde gestem kazał łącznikowi odejść poza zasięg głosu, a sam podszedł do leżącego Seanchanina.

– A więc to ty – powiedział senachańskim śpiewnym akcentem Turan, unosząc wzrok.

Był krępym mężczyzną, nikt z pewnością nie nazwałby go wysokim. Z twarzy sterczał haczykowaty nos. Krótko przystrzyżone czarne włosy były nad uszami gładko wygolone na szerokość dwóch palców, na ziemi obok leżał hełm ozdobiony trzema białymi piórami. Skończywszy mówić, uniósł drżącą dłoń w czarnej rękawicy i otarł z kącika ust zaschniętą krew.