Выбрать главу

– To ja – potwierdził Ituralde.

– W Tarabon nazywają cię „Wielkim Komendantem”.

– Zaiste.

– Całkiem zasłużenie – podjął Turan, lecz na moment przerwał mu atak kaszlu. – Jak ci się udało tego dokonać? Nasi zwiadowcy… – kolejny atak kaszlu, który nim wstrząsnął, był znacznie bardziej gwałtowny.

– To przez rakeny – powiedział Ituralde, kiedy tamten się uspokoił. Przykucnął przy swoim wrogu. Nad zachodnim horyzontem wciąż lśnił rąbek tarczy słońca, kładąc na polu bitwy czerwoną pozłotę. – Twoi zwiadowcy unoszą się wysoko w górze, a z oddali prawda jest trudna do wypatrzenia.

– A ta armia za nami?

– Głównie kobiety i podrostki – wyjaśniał dalej Ituralde. – A poza tym rzesza wieśniaków. W mundurach moich żołnierzy.

– A gdybym zawrócił i zaatakował?

– Nie mogłeś. Z informacji dostarczonych przez rakeny wiedziałeś, że mamy przewagę liczebną. Rozsądnym było dalej ścigać mniejsze siły przed sobą. A jeszcze lepiej skierować się do miasta, które wedle raportów twoich zwiadowców było ledwie bronione, choćby oznaczało to marsz tak forsowny, że wyczerpie siły żołnierzy.

Turan znowu się rozkaszlał. Kiedy mu przeszło, pokiwał głową.

– Tak. Tak, ale miasto było przecież zupełnie opuszczone. Jak ci się udało ulokować w nim swoich żołnierzy?

– Napowietrzni zwiadowcy – rzekł Ituralde – nie są w stanie zajrzeć do wnętrza domów.

– Zmusiłeś żołnierzy, żeby przez tak długi czas nie wyściubiali nosa na zewnątrz?

– Tak – stwierdził krótko Ituralde. – Wprowadziłem rotację, dzięki której małe grupy mogły każdego dnia pracować w polu.

Turan pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Zdajesz sobie sprawę, do czego doprowadziłeś… – zaczął. W jego głosie nie było groźby. Po prawdzie, to dźwięczało w nim coś na kształt podziwu. – Wysoka Lady Suroth nigdy nie pogodzi się z tą porażką. Teraz będzie musiała cię zniszczyć, choćby po to, żeby zachować twarz.

– Wiem – skonstatował Ituralde, wstając. – Ale nie poradziłbym sobie z tobą, gdybyś się zamknął w fortecy. Musiałem cię zmusić, żebyś za mną ruszył.

– Nie zdajesz sobie sprawy z siły, jaką dysponujemy… – mówił dalej Turan. – My, których dzisiaj pokonałeś, byliśmy jak lekki wietrzyk w porównaniu z burzą, która po nas nadciągnie. Wystarczająco wielu moim ludziom udało się dzisiaj uciec, żeby dostarczyć dowództwu wieści o twoich sztuczkach. Następnym razem ci się nie uda.

Miał rację. Seanchanie uczyli się szybko. Już wcześniej Ituralde musiał ograniczyć swoje rajdy w Tarabon ze względu na szybkość, z jaką Seanchanie dostosowali swoją taktykę do jego manewrów.

– Dobrze wiesz, że nie zdołasz nas pokonać – stwierdził cicho Turan. – Widzę to w twoich oczach Wielki Komendancie.

Ituralde pokiwał głową.

– Więc po co? – zapytał Turan.

– A dlaczego wrona fruwa?

Turan zakaszlał słabo.

Ituralde doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie wygrać wojny z Seanchanami. Dziwne, ale z każdym kolejnym zwycięstwem tylko nasilała się w nim świadomość ostatecznej porażki. Seanchanie byli bystrzy, znakomicie wyposażeni i zdyscyplinowani. A co więcej, byli wytrwali i uparci.

Od momentu, w którym otworzyły się wrota miasta, Turan musiał sobie zdawać sprawę, że już po nim. Ale nie poddał się, walczył dopóty, dopóki jego armia nie poszła w rozsypkę, zmuszając wyczerpanych żołnierzy Ituralde do pościgu za małymi grupkami zbiegów. Turan rozumiał. Czasami kapitulacja się nie opłacała. Nikt nie chce umierać, ale czasami to drugie wyjście jest znacznie gorsze. Porzucenie ojczyzny na łaskę najeźdźców… Cóż, Ituralde od początku zdawał sobie sprawę, że to nie wchodzi w grę. Nawet jeśli walka mogła zakończyć się tylko klęską.

Robił to, co trzeba było zrobić i wtedy, kiedy to zrobić należało. A w chwili obecnej Arad Doman musiało walczyć. Przegrają, rzecz jasna, ale dzieci będą pamiętać, że ich ojcowie się nie poddali. A opór, który stawili wrogom, przetrwa w ludzkich umysłach sto lat, aż zrodzi owoce powstania. Jeżeli zrodzi.

Ituralde powstał, zamierzając już wracać do czekających nań żołnierzy.

Turan wykonał kilka bezradnych ruchów dłonią, szukając miecza.

Ituralde zawahał się, zawrócił.

– Może ty to zrobisz? – zapytał Turan.

Ituralde skinął głową, obnażył własne ostrze.

– To był zaszczyt – rzekł jeszcze Turan i zamknął oczy.

Moment później klinga z wygrawerowaną czaplą zdjęła mu głowę z ramion. Ituralde dostrzegł kątem oka, że na ostrzu miecza, który Turan zdołał częściowo wyjąć z pochwy, również znajduje się sylwetka czapli. Naprawdę szkoda, że nie udało im się skrzyżować broni w bezpośrednim pojedynku, choć z drugiej strony ostatnie dwa tygodnie były takim właśnie pojedynkiem, choć toczonym w innej skali.

Ituralde otarł ostrze miecza, potem wsunął go z powrotem do pochwy. W ostatnim geście szacunku obnażył do końca broń tamtego i wbił w ziemię obok ciała. Potem dosiadł konia, skinął dłonią łącznikowi i ruszył z powrotem tą samą drogą przez pole śmierci.

Kruki zaczęły już swe dzieło.

– Próbowałam ośmielać służących i pałacowych gwardzistów – powiedziała cicho Leane, przytulona do kraty. – Ale to nie jest łatwa sprawa. – Uśmiechnęła się i zerknęła na Egwene, która zajęła miejsce na stołku pod drzwiami celi. – Nie czuję się ostatnio szczególnie powabna.

Uśmiech, jakim Egwene obdarzyła ją w odpowiedzi, był dość sztuczny, co tamta zdawała się jednak doskonale rozumieć. Leane miała na sobie tę samą suknię, w której została pojmana, nie trzeba chyba dodawać, że od tego czasu suknia ani razu nie była prana. Co trzeci dzień z rana zdejmowała ją i – już po tym, jak umyła się za pomocą wilgotnej szmatki – próbowała jakoś oczyścić w wiadrze z wodą. Ale bez mydła wiele zdziałać nie mogła. Splatała też swoje włosy, żeby nadać im bardziej schludny wygląd, niemniej, ponieważ do pomocy miała wyłącznie połamane paznokcie, i tu szczególnych sukcesów nie osiągała.

Leane westchnęła, myśląc o tych wszystkich porankach spędzonych w kącie celi, kiedy ukryta przed wzrokiem strażników czekała, aż jej suknia i bielizna wyschną. Z samego tylko faktu, że była Domani, nie wynikało, iż lubi paradować bez skrawka odzieży na sobie. Uwodzenie wymagało zręczności i subtelności – w nagości nie było żadnej z tych dwóch rzeczy.

Zdawała sobie sprawę, że jej cela nie jest takim znowu strasznym miejscem – miała w niej wąską pryczę, posiłki, dość wody i nocnik, który codziennie wymieniano. Ale nigdy nie wypuszczano jej na zewnątrz i zawsze strzegły jej dwie siostry, oddzielające tarczą od źródła. Jedynym gościem – nie licząc tych, które przychodziły, aby wydobyć z niej informacje dotyczące Podróżowania – była Egwene.

Amyrlin siedziała na stołku, zatopiona w myślach. Tak, to była jej Amyrlin. Leane nie potrafiła już myśleć o niej w żaden inny sposób. Jak ktoś tak młody mógł się uczyć tak szybko? Poza tym ten sztywny kark, ten dumny wyraz twarzy… Panowanie nad otoczeniem nie tyle ograniczało się do rzeczywiście posiadanej władzy, ile do umiejętności przekonania innych o władzy i potędze, jaką ewentualnie można mieć do swej dyspozycji. Po prawdzie, w wielkim stopniu przypominało to umiejętność radzenia sobie z mężczyznami.

– Może… coś słyszałaś? – zapytała Lenae. – Na temat tego, co planują ze mną zrobić?

Egwene pokręciła głową. Dwie Żółte siostry siedziały nieopodal na ławce pogrążone w plotkach, ich nachylone ku sobie głowy oświetlała lampa na stojącym w pobliżu stoliku. Jak dotąd Leane nie odpowiedziała na żadne pytanie postawione przez te, które ją wtrąciły do celi, a w Wieży obowiązywały bardzo rygorystyczne zasady dotyczące możliwości przesłuchiwania innej siostry. Nie mogły jej zrobić żadnej krzywdy, a już pod żadnym pozorem używając Mocy. Niemniej mogły ją zostawić tutaj samą, żeby zgniła.