Выбрать главу

– Co też sprowadza cię tutaj w środku nocy, dziecko? -zapytała ostro. – Wysłała cię któraś z sióstr? Powinnaś już zasypiać w swoim łóżku.

Egwene bez słowa wskazała za okno. Spod zmarszczonych brwi Negaine wyjrzała na zewnątrz. Po chwili zamarła i cichy jęk wydobył się z jej gardła. Spojrzała na korytarz, a potem jeszcze kilka razy przenosiła spojrzenie w jedną i drugą stronę, jakby nie potrafiąc zrozumieć tego, co ma przed oczami.

W ciągu kilku minut całą Wieżę ogarnęło szaleństwo. Zapomniana Egwene stała pod ścianą korytarza w towarzystwie grupki nowicjuszek o zaczerwienionych oczach, podczas gdy siostry wykłócały się podniesionymi głosami, próbując ustalić, co robić. Wychodziło na to, że podmienione zostały dwie partie Wieży, a pogrążone w śnie Brązowe siostry zostały bez swej wiedzy przeniesione wraz z apartamentami na niższe piętro. Natomiast pokoje nowicjuszek – zresztą całkowicie nietknięte – znalazły się na miejscu kwater Brązowych. Kiedy nastąpiła zamiana, żadna z kobiet nie wiedziała, żadna też nie pamiętała najdrobniejszego wrażenia ruchu ani bodaj drgnienia, na dodatek zamiana nie pozostawiła śladu w konstrukcji Wieży. Ucięty równo jak nożem szereg płytek posadzki zlewał się po prostu z granicą sekcji budowli, która została przeniesiona.

„Z każdą chwilą jest coraz gorzej” – pomyślała Egwene, gdy Brązowe siostry doszły do wniosku, że nie pozostaje im nic innego, jak pogodzić się z przemianą. Nie mogły przecież ulokować sióstr w niewielkich pokojach dla nowicjuszek.

Ale przy takim rozwiązaniu kwatery sióstr zostaną podzielone, połowa będzie mieszkać w jednym skrzydle, połowa na starym miejscu – a poza tym będą miały wśród siebie gromadkę nowicjuszek. Co zresztą, jak pomyślała Egwene, będzie jawnym symbolem znacznie bardziej niejawnych podziałów, które trapiły Ajah.

W końcu wyczerpana Egwene i pozostałe nowicjuszki zostały odesłane do łóżek – od których teraz dzieliło je wiele kondygnacji schodów.

7.

Strategia dla Arad Doman.

– Burza nadciąga – oznajmiła Nynaeve, zerkając za okno.

– Tak – zgodziła się Daigian, siedząca na krześle przy kominku. Nawet nie pofatygowała się podejść do okna. – Myślę, że możesz mieć rację, kochana. Przysięgłabym, że od wielu tygodni niebo jest cały czas zaciągnięte!

– Nie przesadzaj – sprostowała Nynaeve, owijając wokół dłoni pojedynczy długi warkocz czarnych włosów. Zerknęła na tamtą. – Po raz ostatni skrawek jasnego nieba widziałam jakieś dziesięć dni temu.

Daigian zmarszczyła brwi. Wywodziła się z Białych Ajah, figurę miała pulchną i obdarzoną licznymi krągłościami. Na czole nosiła na łańcuszku mały kamień, jak kiedyś – jakże już dawno temu – Moiraine, ale w jej przypadku był to stosowny kamień księżycowy. Najwyraźniej była to tradycyjna ozdoba cairhieniańskich szlachcianek, podobnie jak czterokolorowe rozcięcia w sukni.

– Od dziesięciu dni, powiadasz? – powtórzyła Daigian. – Jesteś pewna?

Nynaeve była pewna. Zawsze bacznie obserwowała przyrodę, kiedyś należało to do jej obowiązków wioskowej Wiedzącej. Teraz nie była już Wiedzącą, była Aes Sedai, ale to nie powód, żeby rezygnować z utrwalonych nawyków. Wrażliwość na zmiany pogody zawsze tkwiła w niej głęboko. W szeptach wiatru potrafiła usłyszeć deszcz, słońce lub śnieg.

Ostatnimi czasy nie miało to już jednak nic wspólnego z nasłuchiwaniem delikatnych szeptów wiatru. Przypominało raczej wsłuchiwanie się w odległe krzyki, które z każdym dniem stawały się głośniejsze. W łoskot zderzających się morskich fal, wciąż dobiegający z odległej północy, coraz trudniejszy do ignorowania.

– Cóż – mruknęła Daigian. – Pewna jestem, że to nie pierwszy taki wypadek w dziejach świata, gdy niebo było zachmurzone przez dziesięć dni!

Nynaeve pokręciła głową, szarpiąc warkocz.

– To nie jest normalne – powiedziała. – A poza tym to zachmurzone niebo nie ma nic wspólnego z burzą, o której mówię. Burza jest wciąż daleko, niemniej zbliża się wielkimi krokami. l zapowiada się straszna. Gorsza niż wszystkie, które w życiu widziałam. Znacznie gorsza.

– Więc, cóż… – flegmatycznie odrzekła Daigian, choć w jej głosie zaczęła pobrzmiewać lekka nuta niepokoju. – Zajmiemy się nią, gdy nadciągnie. Masz zamiar tak sterczeć, czy możemy kontynuować?

Nynaeve zerknęła na pulchną Aes Sedai. Daigian dysponowała żałośnie niewielkim potencjałem Mocy. Takie kobiety często wybierały Białe Ajah. Nigdzie nie wypowiedziana tradycja przewidywała, że w takiej sytuacji Nynaeve powinna być przez tamtą traktowana z należnym szacunkiem.

Nieszczęśliwie się jednak składało, że pozycja Nynaeve wciąż była dość niejednoznaczna. Egwene dekretem wyniosła ją do szala, podobnie jak postąpiła w przypadku Elayne – ale nie odbyła się inicjacja, ani też Nynaeve nie złożyła przysięgi na Różdżkę Przysiąg. W oczach większości – nawet wśród tych, które uznały Egwene za prawdziwą Zasiadającą na Tronie Amyrlin – te niedostatki czyniły z Nynaeve mniej niż pełną Aes Sedai. Raczej nie upierałyby się, że jest tylko Przyjętą, ale równą innym siostrom też nie była.

Siostry towarzyszące Cadsuane traktowały ją szczególnie źle, choćby dlatego, że nie opowiedziały się ani po stronie Białej Wieży, ani po stronie buntowniczek. A siostry zaprzysiężone Randowi były jeszcze gorsze, ponieważ większość wciąż pozostawała wierna Białej Wieży i jakimś sposobem nie dostrzegały w tym żadnego konfliktu lojalności. Nynaeve nie mogła przestać się zastanawiać, jaki też Rand miał cel, gdy zmusił je do złożenia przysięgi lennej. Przy kilku okazjach próbowała mu wyjaśnić błąd, jaki popełnił – odwołując się do całkiem zresztą racjonalnych argumentów – ale ostatnimi czasy rozmowa z Randem przypominała mówienie do ściany. Tylko że było to jeszcze bardziej bezproduktywne i nieskończenie bardziej frustrujące.

Daigian wciąż czekała, aż Nynaeve wróci na swoje miejsce. Żeby nie wdawać się w niepotrzebny pojedynek woli, Nynaeve zdecydowała się usiąść. W końcu Daigian wciąż nie doszła do siebie po stracie swego Strażnika – Ebena, który był Asha’manem – podczas walki z Przeklętą. Wspomnienia Nynaeve z tej bitwy ograniczały się do czerpania ze Źródła nieograniczonych z pozoru porcji saidara, które potem Rand splatał.

Wciąż pamiętała najczystszą radość – niezwykłą euforię, siłę i poczucie życia w jego niewyobrażalnej pełni – jakie towarzyszyły czerpaniu tak wielkich ilości mocy. Wspomnienia te z lekka ją zresztą przerażały. Mimo wszystko była zadowolona, że ter’angreal, dzięki któremu zdołała wejść w kontakt z taką mocą, został zniszczony.

Niemniej męski ter’angreal pozostał nietknięty – mógł ewentualnie posłużyć jako klucz do potężnego sa’angreala. Na ile jednak Nynaeve wiedziała, Randowi nie udało się wyperswadować Cadsuane, aby mu go zwróciła. I bardzo dobrze. Żadna istota ludzka, nawet będąca Smokiem Odrodzonym, nie powinna mieć dostępu do takiego ogromu Jedynej Mocy. Pokusa mogłaby się okazać zbyt silna, a jej skutki niewyobrażalne…

Tyle razy mówiła Randowi, że powinien zapomnieć o kluczu dostępu. Jakby mówiła do ściany. Do wielkiego, rudego, zaciętego w grymasie posągu z kamienia. Nynaeve aż parsknęła gniewnie pod nosem. Daigian zareagowała uniesieniem brwi. Ta kobieta naprawdę umiała panować nad swoim poczuciem straty, choć Nynaeve po nocach słyszała – a jej pokój sąsiadował w dworze z pokojem Białej siostry – jak tamta płacze w poduszkę. Utrata Strażnika była czymś naprawdę niełatwym do zniesienia.

„Lan…”.

Nie, lepiej o nim nie myśleć w tej chwili. Z Lanem wszystko będzie dobrze. Tylko u samego końca tysiącmilowej podróży może nań czyhać niebezpieczeństwo. To tam umyślił sobie rzucić się w Cień niczym strzała z łuku w ceglany mur…