Выбрать главу

„Nie!” – znowu napomniała się w myślach. „Nie będzie sam. Zadbałam o to”.

– Dobrze – powiedziała w końcu Nynaeve, opanowując gonitwę myśli – kontynuujmy. – Bynajmniej nie ustępowała Daigian. Robiła tej kobiecie tylko przysługę, odciągając jej uwagę od żałoby. Przynajmniej takie wyjaśnienia zaproponowała Cadsuane. Absolutnie nie było mowy o tym, że z ich spotkań Nynaeve wyniesie jakieś korzyści. Ona nie musiała nic udowadniać. Była Aes Sedai, niezależnie, co sobie pozostałe myślały na ten temat.

To był tylko drobny podstęp dla dobra Daigian. Nic więcej.

– Oto splot osiemdziesiąty pierwszy – rzekła Biała siostra. Otoczyła ją poświata saidara, po chwili przeniosła, tworząc nadzwyczaj skomplikowany splot Ognia, Powietrza i Ducha. Skomplikowany, lecz bezużyteczny. Splot operował w ten sposób, że jego skutkiem były trzy kręgi płonącego w powietrzu ognia, jarzące się niezwykłym światłem. Co z tego miało wynikać? Nynaeve już umiała tworzyć kule ognia i kule światła, po co marnować czas na splot, będący bardziej skomplikowanym powtórzeniem tego, co już umiała zrobić? I dlaczego każdy z pierścieni miał świecić odrobinę innym kolorem?

Nynaeve zrobiła kilka gestów niechętną dłonią, dokładnie powtarzając splot.

– Szczerze mówiąc – oznajmiła – ten akurat wydaje mi się najbardziej bezużyteczny ze wszystkich, jakie ćwiczyłyśmy! Jaki w tym sens?

Daigian zacisnęła usta. Nic nie powiedziała, ale Nynaeve doskonale wiedziała, co tamta myśli. Z pewnością spodziewała się, że Nynaeve będzie miała znacznie więcej trudności z wykonaniem ćwiczenia, niż faktycznie miała. Na koniec Biała siostra odezwała się:

– O inicjacji nie mogę ci wiele powiedzieć. Tyle jednak ci powiem, że będziesz w jej trakcie musiała idealnie odtworzyć te sploty, i to w skrajnie trudnych warunkach. Zrozumiesz wszystko, kiedy przyjdzie twój czas.

– Wątpię – odparła bezbarwnym głosem Nynaeve, trzykrotnie rekonstruując ćwiczony splot i nie przestając przy tym mówić. – Ponieważ, o czym, jak mniemam, wspominałam ci już kilkanaście razy, nie będę przechodziła prób. Już jestem Aes Sedai.

– Oczywiście, że nią jesteś, moja droga.

Nynaeve omalże nie zazgrzytała zębami. To był zły pomysł. Kiedy zwróciła się z tym do Corele – kobiety należącej rzekomo do tych samych Ajah co ona – tamta odmówiła jej uznania za równą sobie. Przekazała jej to w słowach miłych i uprzejmych, jak to miała w zwyczaju, niemniej nie pozostawiających żadnych wątpliwości. Okazała jej nawet stosowne współczucie. Współczucie! Jakby Nynaeve chciała jej litości. Na dodatek zasugerowała, że kiedy Nynaeve opanuje sto splotów, których każda Przyjęta musiała się nauczyć na czas próby, z pewnością podwyższy to jej wiarygodność.

Problem polegał na tym, że stawiało to Nynaeve znów w położeniu uczennicy. Sama potrafiła zrozumieć korzyści wynikające ze znajomości stu splotów – zdawała sobie sprawę, że zbyt mało czasu spędziła na ich studiowaniu, choć przecież wszystkie pozostałe siostry znały je doskonale. Niemniej zgadzając się na lekcje, wcale nie zamierzała pokazać, że sama uważa się za uczennicę!

Sięgnęła dłonią ku warkoczowi, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Jednym z powodów takiego a nie innego traktowania jej przez pozostałe Aes Sedai była z pewnością niezdolność do zapanowania nad jawnymi manifestacjami emocji. Gdyby tylko miała to oblicze, z którego nie sposób odgadnąć przeżytych lat! Ba!

Następny splot Daigian skutkował dźwiękiem podobnym do odkorkowywania butelki i znowuż był niepotrzebnie skomplikowany. Nynaeve odtworzyła go machinalnie, równocześnie zapamiętując strukturę.

Daigian przez chwilę wpatrywała się w splot, na jej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia.

– O co chodzi? – zapytała rozdrażniona Nynaeve.

– Hmm? Och, nic. Po prostu… ostatnim razem, gdy wykonałam ten splot, przestraszyłam… och… nieważne.

Ebena. Jej Strażnik był młody, miał nie więcej niż piętnaście, szesnaście lat, byli ze sobą bardzo związani emocjonalnie. Eben i Daigian bawili się ze sobą, grali w różne gry niczym chłopiec i jego starsza siostra, a nie Aes Sedai i jej Strażnik.

„Chłopak, ledwie szesnastoletni” – pomyślała Nynaeve – „i już martwy. Czy Rand musi ich szkolić od tak młodego wieku?”.

Wyraz twarzy Daigian stał się całkowicie nieodgadniony, ewidentnie potrafiła kontrolować swe emocje znacznie lepiej, niż Nynaeve kiedykolwiek się nauczy.

„Światłości, spraw, abym nigdy w życiu nie znalazła się w takiej sytuacji” – pomyślała. „A przynajmniej, niech najpierw minie wiele, wiele lat”. Lan nie był jeszcze jej Strażnikiem, jednak postanowiła sobie, że nałoży mu więź zobowiązań najszybciej, jak to tylko będzie możliwe. Dobrze chociaż, że był już jej mężem. Nadal gniewało ją, że to Myrelle wciąż połączona była z nim więzią.

– Być może mogłabym ci pomóc, Daigian – powiedziała Nynaeve, pochylając się i kładąc tamtej dłoń na kolanie. – Może, gdybym spróbowała Uzdrawiania…

– Nie – ucięła tamta krótko.

– Ale…

– Wątpię, abyś mogła mi pomóc.

– Wszystko można Uzdrowić – upierała się Nynaeve – nawet jeśli jeszcze nie wiemy jak. Wszystko oprócz śmierci.

– I co niby chciałabyś zrobić, moja droga? – zapytała Daigian.

Nynaeve nie wiedziała, czy tamta celowo nie zwraca się do niej po imieniu, czy po prostu była to nieświadoma reakcja na niejasny status relacji między nimi. Nie mogła mówić „dziecko”, którą to formą posługiwałaby się wobec każdej Przyjętej, z drugiej strony używanie imienia mogłoby sugerować równorzędność ich pozycji w hierarchii.

– Coś mogę zrobić – zapewniła ją Nynaeve. – Ten ból, który odczuwasz, musi być skutkiem istnienia więzi, a więc musi mieć jakiś związek z Jedyną Mocą. A jeżeli to Moc wywołuje twój ból, Moc również może go usunąć.

– Ale dlaczego miałabym tego chcieć? – zapytała Daigian, już w pełni panując nad sobą.

– No, cóż… choćby dlatego, że to ból. Że boli.

– I powinno boleć – odparła Daigian. – Eben nie żyje. Czy naprawdę chciałabyś zapomnieć o bólu, gdybyś straciła tego swojego olbrzyma? Wycięłabyś swoje uczucia do niego, jakby były tylko przypalonym kawałkiem mięsa na pod każdym innym względem dobrej pieczeni?

Nynaeve już otworzyła usta, żeby znowu coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Czy naprawdę by chciała? To nie było takie proste – jej uczucie do Lana było szczere i więź nie miała z nim nic wspólnego. Był jej mężem, kochała go. Daigian wprawdzie strasznie opiekuńczo traktowała swego Strażnika, niemniej było to uczucie, jakim ciotka otacza ulubionego siostrzeńca. To nie to samo.

Ale czy Nynaeve naprawdę chciałaby pozbyć się bólu? Zamknęła usta, ponieważ nagle zrozumiała, ile godności zawartej jest w słowach Daigian.

– Rozumiem. Przepraszam.

– Nie ma za co, moja droga – ciągnęła Daigian. – Czasami logika tych słów wydaje mi się bardzo prosta, wręcz oczywista, obawiam się jednak, że dla wielu jest ona nie do zaakceptowania. W rzeczy samej, niektórzy mogą twierdzić, że logika tej kwestii zależy od chwili i osoby. Pokazać ci następny splot?

– Tak, proszę – odparła Nynaeve, marszcząc brwi. Ona sama dysponowała tak wielką zdolnością przenoszenia Mocy, że prawdopodobnie była jedną z najsilniejszych kobiet żyjących na świecie i często traktowała swe zdolności jako rzecz oczywistą. Przypominało to poniekąd sytuację naprawdę wysokiego człowieka, który rzadko zwraca uwagę na wzrost innych. Wszyscy są niżsi od niego, więc to, o ile są niżsi, nie ma znaczenia.