– Niewielu jest na świecie ludzi takich jak Rodel Ituralde – rzekł w końcu Bashere. – Z pewnością mógłby się okazać wartościowym sprzymierzeńcem naszej sprawy. Z drugiej strony, zawsze się zastanawiałem, czy byłbym w stanie go pokonać.
– Nie – krótko uciął Rand, pochylając się nad mapą.
Na ile Nynaeve była w stanie dostrzec z miejsca, gdzie siedziała, na mapie zaznaczone były punkty koncentracji wojsk opatrzone krótkimi adnotacjami. Ta zorganizowana masa szarych kropek w górnej części Arad Doman to byli Aielowie; siły Ituralde znajdowały się obecnie w głębi równiny Almoth, walcząc z Seanchanami. Środkowe partie Arad Doman zajmowało morze chaotycznych czarnych adnotacji, zapewne osobiste wojska rozmaitej walczącej ze sobą szlachty.
– Rhuarku, Baelu – podjął Rand. – Chciałbym, żebyście porwali członków Rady Kupców.
W namiocie zaległa cisza.
– Jesteś pewien, że to mądre posunięcie, chłopcze? – zapytała na koniec Cadsuane.
– Znajdują się w niebezpieczeństwie, którego źródłem jest jedna z Przeklętych – odparł Rand, machinalnie stukając palcem w mapę. – Jeżeli okaże się, że Alsalam naprawdę wpadł w ręce Graendal, to nawet gdybyśmy go uwolnili, wielkiego pożytku mieć zeń nie będziemy. Tak długi okres spędzony pod splotem Przymusu zapewne cofnął jego umysł do poziomu rozwoju dziecka. Poza tym Graendal nie jest subtelna, nigdy nie była. Potrzebna nam będzie Rada Kupców, która wybierze nowego króla. Nie widzę innego sposobu na zapewnienie w tym królestwie pokoju i ładu.
Bashere pokiwał głową.
– Śmiały plan.
– Nie jesteśmy porywaczami – protestował Bael, marszcząc czoło.
– Będziecie tym, kim każę wam, abyście byli, Baelu – cicho powiedział Rand.
– Wciąż jesteśmy wolnymi ludźmi, Randzie al’Thorze – wtrącił Rhuarc.
– Moje dzieło na tym świecie zmieni Aielów – zaczął Rand, kręcąc głową. – Nie wiem, kim się staniecie, kiedy to wszystko się już skończy, ale nie pozostaniecie tymi, którymi byliście dotąd. Musicie wziąć na siebie to zadanie. Ze wszystkich, którzy stoją po mojej stronie, wam ufam najbardziej. Jeśli mamy uprowadzić członków Rady i nie zepchnąć przy tym kraju w dalsze odmęty wojny, potrzebny mi będzie wasz spryt i zręczność. Nikt inny nie zdoła wkraść się ukradkiem do ich pałaców i dworów tak jak wy. Dowiedliście tego, zdobywając Kamień Łzy.
Rhuarc i Bael popatrywali po sobie spod zmarszczonych brwi.
– A kiedy już Rada Kupców znajdzie się w naszych rękach – ciągnął dalej Rand, z pozoru zupełnie nieświadom ich niepokoju – wprowadzicie Aielów do miast, w których wcześniej rządzili jej członkowie. Zadbacie o to, żeby rozkład nie postępował dalej. Przywrócicie porządek, jak to uczyniliście w Bandar Eban. A potem wykorzystacie miasta jako bazy wypadowe dla wyplenienia z prowincji bandytów i przywrócenia rządów prawa. Możemy przypuszczać, że niedługo przybędą okręty Ludu Morza z zapasami żywności i towarów. Zacznijcie zatem od miast na wybrzeżu, a potem ruszajcie w głąb lądu. Zobaczycie, że nie minie miesiąc, jak Domani zaczną uciekać nie przed wami, a pod wasze skrzydła. Zaoferujecie im bezpieczeństwo i pożywienie, a z czasem porządek wyłoni się już sam.
Zaskakująco rozumna strategia. Jak na mężczyznę, Rand faktycznie dysponował bystrym umysłem. Poza tym miał w sobie wiele innych dobrych cech, być może dość, żeby być wielkim przywódcą – tylko musiał się jeszcze nauczyć panować nad nastrojami.
Rhuarc wciąż pocierał podbródek.
– Przydałoby się nam trochę twoich Saldaean, Davramie Bashere. Mieszkańcy mokradeł niechętnie godzą się na władzę Aielów. Jeżeli uda nam się ich przekonać, że to Saldaeanie dowodzą, zapewne okażą się bardziej skłoni do współpracy.
Bashere roześmiał się w głos.
– Świetnie też nadamy się do roli ruchomych celów. Gdy tylko porwiemy pierwszych przedstawicieli Rady Kupców, pozostali członkowie wyślą za nami asasynów!
Rhuarc zawtórował mu, jakby przed chwilą usłyszał przedni żart. Poczucie humoru Aielów było jedną z najdziwniejszych wśród dziwnych cech tego ludu.
– Obronimy cię, Davramie Bashere. A jeżeli nam się nie uda, wypchamy twoje zwłoki, posadzimy na tego twojego rumaka i dopiero wtedy staniesz się świetnym celem dla ich strzał!
W tym momencie i Bael się roześmiał, a stojące u wejścia Panny zamigotały mową dłoni.
Bashere też chichotał przez chwilę, choć najwyraźniej nie do końca rozumiał sens dowcipu.
– Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz? – zapytał w końcu Randa.
Rand skinął głową.
– Wydziel część swoich sił i niech Rhuarc zdecyduje, jak zostaną rozlokowane w oddziałach Aielów.
– A co z Ituralde? – zapytał Bashere, zerkając po raz ostatni na mapę. – Pokój nie nastanie, póki on będzie przekonany, że dokonaliśmy inwazji na jego ojczyznę.
Rand kilka raz delikatnie stuknął palcem w mapę.
– Nim zajmę się osobiście – rzekł w końcu.
8.
Czyste koszule.
Niebo komendanta portu – tak nazywano taką pogodę. Szare chmury przesłaniające słońce, chimeryczne i ponure. I choć zapewne pozostałe siostry – to znaczy te w obozie rozbitym pod Tar Valon – nie zwróciły uwagi na uporczywie utrzymujące się chmury, nie umknęły one uwadze Siuan. Każdy żeglarz od razu by je dostrzegł. Nie były na tyle czarne, żeby wróżyć burzę, ale też nie na tyle jasne, żeby zwiastować gładkie wody.
O takiej pogodzie nie wiadomo było, co sądzić. Można było wypłynąć w morze i nie ujrzeć nawet kropli deszczu czy najdalszego mgnienia błyskawicy. Z drugiej strony szkwał mógł dopaść łódź w jednej chwili. Taka powłoka chmur była wyjątkowo zwodnicza.
W większości portów opłatę za cumowanie łodzi wnosiło się każdego dnia, jednak podczas sztormu – kiedy żaden rybak nie wypływał na połów – opłatę tę ograniczano do połowy lub w ogóle z niej rezygnowano. Ale przy takiej pogodzie, kiedy nad głowami wisiały ponure chmury, jednak nic bezpośrednio nie zwiastowało sztormu, komendant życzył sobie pełną sumę portowego. Dlatego też rybacy stawali przez trudnym wyborem. Albo zostać w porcie i czekać, albo udać się na połów, żeby zdobyć pieniądze. Najczęściej w takie dni nie było sztormów, a połów ostatecznie okazywał się bezpieczny.
Jeśli jednak po takiej pogodzie jak ta sztorm w końcu nadszedł, zazwyczaj był paskudny. Wiele z najgorszych nawałnic pamiętanych przez ludzi poprzedzał okres nieba komendanta portu. Dlatego też niektórzy rybacy mieli jeszcze inną nazwę dla takich chmur. Nazywali je woalem lworyba. Minęło już wiele dni od czasu, gdy niebo wyglądało choćby trochę inaczej. Siuan zadrżała i otuliła się szalem. Zły znak.
Wątpiła, aby wielu rybaków zdecydowało się dzisiaj wypłynąć na połów.
– Siuan? – Dobiegł ją pobrzmiewający irytacją głos Lelaine. – Pośpiesz się. l nie chcę już dłużej słuchać żadnych zabobonnych nonsensów na temat pogody. Mówię poważnie. – Z tymi słowy wysoka Aes Sedai odwróciła się i odeszła.
„Zabobony?” – zirytowała się w myślach Siuan. „Wiedza tysiąca pokoleń to nie są zabobony. To zdrowy rozsądek!”. Ale nie powiedziała nic i ruszyła w ślad za tamtą. Wokół nich wrzała codzienna, miarowa jak w zegarku aktywność obozu Aes Sedai wiernych Egwene. Jeżeli było coś, co Aes Sedai naprawdę świetnie wychodziło, to z pewnością były to ład i porządek. Namioty stały zgrupowane wedle Ajah, a ich układ odzwierciedlał rozkład Białej Wieży. W obozie przebywali tylko nieliczni mężczyźni – żołnierze przysłani z jakimś zleceniem przez Garetha Bryne’a, stajenni doglądający koni, którzy szybko załatwiali, co mieli do zrobienia, i odchodzili. Pracujących kobiet było nieporównanie więcej, wiele z nich wyhaftowało nawet Płomień Tar Valon na swych sukniach i kaftanach.