– Mała Romanda nie poszukuje sensu – tłumaczyła Siuan. – Osobiście podejrzewam, że u podstaw jej protestów leży chęć rozdrażnienia ciebie. W zeszłym tygodniu na własne oczy widziałam, jak naradzała się z Maralendą.
Lelaine zmarszczyła brwi. Maralenda była odległą kuzynką Domu Trakand.
Siuan stłumiła wypełzający na twarz uśmiech. Zabawne, ile można było osiągnąć, jeśli otaczający ludzie cię lekceważyli. Ile kobiet ona sama zlekceważyła tylko dlatego, że brakowało im widocznych oznak władzy? Ile razy manipulowano nią w identyczny sposób, jak ona teraz manipulowała Lelaine?
– Muszę się przyjrzeć tej sprawie – stwierdziła Lelaine.
Nie miało większego znaczenia, co uda jej się odkryć; póki jej czas będzie zajmować Romanda, nie starczy jej go na działania mające na celu odebranie władzy Egwene.
Egwene. Amyrlin naprawdę powinna się pospieszyć i zakończyć swe intrygi w Białej Wieży. Co dobrego przyjdzie z podkopania władzy Elaidy, skoro równocześnie pod nieobecność Egwene rozpadnie się kruchy sojusz buntowniczek? Siuan nie mogła bez końca odwracać uwagi Lelaine i Romandy, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy Lelaine zdołała sobie zapewnić wyraźnie lepszą pozycję. Światłości! Bywały dni, kiedy czuła się, jakby próbowała żonglować dwoma żywymi, śliskimi srebrawami.
Siuan oceniła pozycję słońca na niebie zasnutym chmurami. Było późne popołudnie.
– Na rybie flaki – mruknęła. – Muszę pędzić, Lelaine.
Lelaine spojrzała na nią.
– Czeka cię pranie, jak mniemam? Dla tego twojego gburowatego generała?
– Nie jest gburem – zaprotestowała Siuan i zaraz skarciła się w myślach. Straci całą przewagę, jeśli będzie warczała na każdą, która uważa się za lepszą od niej.
Ale Lelaine tylko się uśmiechnęła, a jej oczy rozbłysły, jakby wiedziała lepiej. Nieznośna kobieta. Przyjaciółka czy nie, Siuan już się prawie zdecydowała, żeby zetrzeć jej ten uśmiech…
Nie.
– Przepraszam, Lelaine – wydusiła z siebie. – Wpadam w szewską pasję, kiedy myślę, czego on ode mnie wymaga.
– Tak -powiedziała Lelaine, a uśmieszek zniknął z jej ust. O tym też myślałam, Siuan. Amyrlin może sobie znosić bezprzykładnie brutalne traktowanie, jakiego siostra zaznaje z rąk Bryne’a, ale ja na to nie pozwolę. Odtąd należysz do mojego orszaku.
„Mam być twoją damą do towarzystwa?” – pomyślała Siuan. „A myślałam, że mam cię jedynie wspierać do powrotu Egwene”.
– Tak– zadumała się Lelaine. – Powinnam wiedzieć, że nadszedł już najwyższy czas, aby położyć kres twej służbie u Bryne’a. Chętnie spłacę twój dług, Siuan.
– Mój dług? – powtórzyła tępo Siuan, czując jak ogarnia ją panika. – Czy to rozważne? Oczywiście chciałabym się od niego uwolnić, ale z drugiej strony dzięki mojej pozycji mam niekiedy sposobność zorientowania się w jego planach.
– Jego planach? – zapytała Lelaine, marszcząc brwi.
Siuan aż skurczyła się w środku. Ostatnią rzeczą, na jakiej jej zależało, było wciągnięcie Bryne’a w sieć podejrzeń. Światłości, ten człowiek był tak uczciwy i skrupulatny, że przy nim nawet Strażnicy wydawali się niekiedy niedbali w wypełnianiu przysiąg.
Powinna pozwolić Lelaine, aby położyła kres jej głupiej służbie, jednak na samą myśl skręcało ją w żołądku. Jak dziś pamiętała rozczarowanie Bryne’a, kiedy złamała swoją przysięgę, choć od tego czasu minęło już parę miesięcy. Cóż, w istocie wcale nie złamała żadnej przysięgi, po prostu samowolnie przesunęła termin spłaty swego zobowiązania. Ale spróbuj to wytłumaczyć temu upartemu głupcowi!
Gdyby teraz zdecydowała się na łatwą drogę wyjścia z sytuacji, co by sobie o niej pomyślał? Pomyślałby, że wygrał, że okazała się niezdolna dotrzymać słowa. Nie ma mowy, żeby tak to się skończyło.
Poza tym nie dopuści, aby to Lelaine ją uwolniła. W ten sposób jej dług przeszedłby z Bryne’a na Lelaine. Aes Sedai odebrałaby wprawdzie swoją należność w sposób znacznie bardziej subtelny, niemniej każdy grosz musiałaby spłacić w taki czy inny sposób, choćby monetą lojalności.
– Lelaine – cicho zaczęła Siuan – o nic nie podejrzewam naszego poczciwego generała. Jednakowoż, to on dowodzi naszymi armiami. Czy naprawdę można mu ufać do tego stopnia, żeby zostawić go bez żadnego nadzoru?
Lelaine parsknęła.
– Nie wydaje mi się, aby jakiegokolwiek mężczyznę można było zostawić bez nadzoru.
– Nienawidzę tego prania – podjęła Siuan. Cóż, naprawdę nienawidziła. Lecz nie przestałaby za całe złoto Tar Valon. – Ale jeśli dzięki tej służbie mogę być blisko niego, mając cały czas oczy i uszy szeroko otwarte…
– Tak – powiedziała Lelaine, powoli kiwając głową. – Tak, teraz widzę, że masz rację. Nie zapomnę ci tego poświęcenia, Siuan. Cóż, dobrze, możesz odejść.
To rzekłszy, Lelaine odwróciła się i odeszła, po drodze wpatrując we własne dłonie takim wzrokiem, jakby męczyła ją jakaś niewypowiedziana tęsknota. Zapewne wyczekiwała dnia, gdy – już jako Amyrlin – będzie mogła na pożegnanie z drugą siostrą podsunąć jej do pocałowania pierścień z Wielkim Wężem. Światłości, Egwene naprawdę powinna jak najszybciej wracać. Wysmarowana masłem srebrawa! Przeklęta wysmarowana masłem srebrawa!
Siuan ruszyła w kierunku skraju obozu Aes Sedai. Armia Bryne’a rozłożyła się wokół szerokim pierścieniem, jednak żeby dotrzeć do namiotu generała, Siuan musiałaby przejść przez cały obóz. Cała droga pewnie zajęłaby jej z pół godziny. Na szczęście wkrótce znalazła woźnicę, który na wozie wyładowanym zapasami zmierzał ku bramie, a potem do obozowiska armii. Natychmiast zgodził się, by jechała na stercie rzepy, choć widać po nim było lekkie zdumienie, że nie wzięła konia, jak przystałoby Aes Sedai. Cóż, nie było to aż tak daleko, a jazda z warzywami uchybiała godności kobiety w znacznie mniejszym stopniu niż niezdarne podskakiwanie na końskim grzbiecie. Jeśli Gareth Bryne zechce się uskarżać na jej opieszałość, to już ona mu powie, co o nim sądzi!
Oparła się o worek rzep i przewiesiła nogi w brązowych pończochach przez burtę wozu. Kiedy pojazd toczył się w górę lekkiego wzniesienia, mogła podziwiać obóz Aes Sedai z jego białymi namiotami i urbanistyczną organizacją. Armia otaczała go pierścieniem, w jej obozie namioty były mniejsze i stały w schludnych równych rzędach, a jeszcze za nimi z każdym dniem rosły tabory i obóz dekowników.
W tle tego wszystkiego rozpościerał się zbrązowiały krajobraz, gdzie śnieg już wprawdzie stopniał, lecz tylko z rzadka kiełkowały zielone pędy. Okolicę porastały zagajniki karłowatych dębów, cienie w dolinach i kręte smugi dymu unoszące się znad kominów wskazywały na obecność wiosek. Zaskoczyło ją, jak znajoma i gościnna wydawała jej się ta równina. Kiedy po raz pierwszy przybyła do Białej Wieży, była pewna, że nigdy nie pokocha życia w środku lądu.
Kiedy się teraz nad tym zastanawiała, wychodziło na to, że przeżyła więcej lat w Tar Valon niż we Łzie. Niekiedy trudno jej było sobie przypomnieć dziewczynę, która naprawiała sieci i wyruszała na poranne połowy w towarzystwie ojca. Stała się kimś innym – kobietą, której profesją były już nie ryby, a sekrety.
Sekrety, te wszechwładne, straszne sekrety. Stały się jej życiem. Nie zaznała w nim miłości, nie licząc młodzieńczych zauroczeń. Nie miała czasu na związki i niewiele miejsca w swym życiu na przyjaźnie. Wszystko poświęciła jednemu celowi – znaleźć Smoka Odrodzonego. Pomóc mu, pokierować nim, a w dalszej przyszłości może i kontrolować go.
Moiraine poświęciła swe życie tej samej misji, ale ona przynajmniej mogła podróżować i zobaczyła trochę świata. Siuan natomiast postarzała się – duchem, bo przecież nie ciałem – zamknięta w Wieży, pociągając sznurki i kierując świat na właściwą ścieżkę. Nie miała wątpliwości, że uczyniła dużo dobrego. Ale dopiero przyszłość pokaże, czy to wystarczy.