Spojrzał na nią uważnie, po czym roześmiał się w głos. Ona też nie potrafiła powstrzymać uśmiechu wypełzającego na twarz. Cóż, po takiej wymianie zdań na zawsze zapamięta, kto tu jest górą.
Ale… Światłości! Dlaczego opowiedziała mu o Przepowiedni? Przecież nigdy o niej nikomu nie wspominała! Pakując koszule do kufra, zerknęła przez ramię na Bryne’a, który wciąż kręcił głową i chichotał.
„Kiedy te pozostałe przysięgi nie będą już miały nade mną władzy, kiedy będę pewna, że Smok Odrodzony robi to, co mu przeznaczone, być może wtedy znajdę czas. Chyba po raz pierwszy w życiu z wytęsknieniem wyglądam końca mej misji”. Było to nadzwyczaj dziwne uczucie.
– Powinnaś już się kłaść, Siuan – powiedział Bryne.
– Jeszcze wcześnie – odparła.
– Tak, ale słońce już zaszło. A ty co trzeci dzień kładziesz się spać osobliwie wcześnie, mając na szyi ten dziwny pierścień, który chowasz pod poduszką swego siennika. – Przewrócił kolejną kartkę na biurku. – Proszę przekaż ode mnie Amyrlin wyrazy szacunku.
Odwróciła się ku niemu z szeroko otwartymi ustami. Przecież nie mógł niczego wiedzieć o Tel’aran’rhiod, prawda? Na jego twarzy zobaczyła uśmiech pełen satysfakcji. Może nic nie wiedział o Tel’aran’rhiod, ale z pewnością domyślił się, że ten pierścień i rygor wczesnego układania się do snu służą komunikacji z Egwene. Chytre. Kiedy go mijała, zerknął znad rozłożonych papierów, w jego oczach dostrzegła wesołe iskierki.
– Nieznośny człowiek – mruknęła, siadając na sienniku i gasząc kulę światła. Potem z głupią miną wydobyła spod poduszki pierścień ter’angreala i zawiesiła na szyi. Wreszcie odwróciła się doń plecami i umościła na legowisku, próbując się zmusić do zaśnięcia. Dbała o to, aby co trzeci dzień wstawać wcześnie, żeby potem łatwiej zasypiać. Żałowała, że nie potrafi robić tego z taką samą swobodą jak Egwene.
Nieznośny… nieznośny człowiek! Musiała wymyślić coś, czym mu się zrewanżuje. Myszy w pościeli. To będzie dobre.
Przez czas jakiś nie mogła zasnąć, ale w końcu zdołała, ukołysana wizjami stosownego rewanżu. Obudziła się w Tel’aran’rhiod, nie mając na sobie nic prócz skandalicznej, ledwie okrywającej ciało przepaski. Jęknęła, natychmiast zastępując ją – siłą koncentracji – zieloną suknią. Zieloną? Dlaczego zieloną? Przecież chciała niebieską. Światłości! Jak to możliwe, że Egwene zawsze tak sobie łatwo poczyna w Tel’aran’rhiod, podczas gdy ona musi cały czas pozostawać skoncentrowana, ponieważ przy każdej najgłupszej myśli jej ubiór zaczyna się zmieniać? To musiało mieć coś wspólnego z tą gorszą kopią prawdziwego ter’angreala, która nie działała równie dobrze jak oryginał. To dlatego w oczach innych jej postać wydawała się nieco bezcielesna.
Znajdowała się pośrodku obozu Aes Sedai, w otoczeniu namiotów. Klapy każdego z nich co raz to otwierały się, to znów zamykały. Na niebie szalała fioletowa, zadziwiająco cicha burza. Osobliwe zjawisko, ale tak często bywało z różnymi rzeczami w Tel’aran’rhiod. Zamknęła oczy, siłą woli próbując się przenieść do gabinetu Mistrzyni Nowicjuszek w Białej Wieży. Kiedy je otworzyła, już tam była. Małe, wykładane boazerią pomieszczenie z przysadzistym biurkiem i stoliczkiem do chłosty.
Wolałaby mieć do dyspozycji jeden z oryginalnych pierścieni, ale te zarezerwowały dla siebie Zasiadające Komnaty. Powinna więc chyba być wdzięczna nawet za niewielki haczyk, jak mawiał jej ojciec. Przecież mogłaby skończyć z niczym. Zasiadające były pewne, że ten ter’angreal miała w swym posiadaniu Leane, kiedy ją pojmano.
Czy z Leane wszystko w porządku? W każdej chwili fałszywa Amyrlin mogła wydać dekret nakazujący jej egzekucję. Siuan wiedziała aż nadto dobrze, jak mściwa potrafi być Elaida, wciąż czuła ukłucie żalu na myśl o biednym Alricu. Czy Elaidę choćby przez chwilę dręczyło poczucie winy z powodu zamordowania z zimną krwią Strażnika, zanim jeszcze kobieta, przeciwko której wystąpiła, została zgodnie z prawem zdetronizowana?
– Miecz, Siuan? – znienacka dobiegł do jej uszu głos Egwene. – To coś nowego.
Siuan spuściła wzrok i przekonała się, oszołomiona, że trzyma w dłoni przeklęty miecz, którym zapewne chciała przebić serce Elaidy. W jednej chwili sprawiła, że zniknął, potem spojrzała na Egwene. Dziewczyna w każdym calu wyglądała niczym Amyrlin, począwszy od wspaniałej szaty ze złotogłowiu, a skończywszy na misternej fryzurze brązowych włosów przetykanych perłami. Jej twarz nie była jeszcze owym charakterystycznym dla Aes Sedai obliczem pozbawionym śladu przeżytych lat, niemniej Egwene bardzo dobrze wychodziła pogoda ducha, którą siostry powinny nieustannie okazywać. Po prawdzie, od wzięcia do niewoli była w tym coraz lepsza.
– Dobrze wyglądasz, Matko – powiedziała Siuan.
– Dziękuję ci – odparła Egwene z lekkim uśmiechem. W obecności Siuan starała się jeszcze bardziej niż w towarzystwie pozostałych. Obie wiedziały, ile jej zawdzięczała, że tylko dzięki niej stała się tą, którą była.
„Choć prawdopodobnie sama by sobie też poradziła” – przyznała Siuan w myślach. „Tylko trwałoby to trochę dłużej”.
Egwene rozejrzała się po pokoju i skrzywiła lekko.
– Wiem, że sama zaproponowałam to miejsce, ale ostatnimi czasy zbyt często je oglądam. Spotkamy się w refektarzu nowicjuszek. – Powiedziawszy te słowa, zniknęła.
Dziwny wybór, ale dający szansę uniknięcia ciekawskich uszu. Siuan i Egwene nie były jedynymi, które wykorzystywały Tel’aran’rhiod do potajemnych spotkań. Siuan zamknęła oczy – nie musiała, ale dzięki temu jakoś łatwiej jej szło – i wyobraziła sobie refektarz nowicjuszek, z jego rzędami ław i surowymi ścianami. Kiedy otworzyła oczy, znajdowała się na miejscu, Egwene już na nią czekała. Amyrlin wykonała takich ruch, jakby chciała usiąść, lecz zanim klapnęła na posadzkę, znikąd pojawił się majestatyczny wyściełany fotel, który wdzięcznie objął jej ciało. Siuan nie ufała swoim umiejętnościom na tyle, żeby spróbować podobnie skomplikowanej sztuczki – po prostu przysiadła na jednej z ławek.
– Myślę, że powinnyśmy się spotykać częściej, Matko – zagaiła Siuan, postukując palcem w stół, co zazwyczaj pomagało jej zebrać myśli.
– Tak? – westchnęła Egwene, prostując się. – Coś się stało?
– Kilka rzeczy – odpowiedziała Siuan – i obawiam się, że pachną jak złowiona przed tygodniem ryba.
– Opowiedz.
– Jedna z Przeklętych była w naszym obozie – zaczęła Siuan. Starała się unikać nawet myślenia o tej sprawie. Za każdym razem czuła mrówki biegające po skórze.
– Czy ktoś zginął? – zapytała Egwene spokojnym głosem, choć w jej oczach błyszczała stal.
– Dzięki Światłości, nie – uspokoiła ją Siuan. – Poza tymi, o których już wiesz. To Romanda się wszystkiego domyśliła. Egwene, ten potwór był z nami od dłuższego czasu, ukrywała się.
– Kto to był?
– Delana Mosalaine – powiedziała Siuan. – Albo jej służąca, Halima. Raczej jednak Halima, ponieważ Delanę znałam od dawna. – Oczy Egwene rozszerzyły się odrobinę. Halima przez czas jakiś zajmowała się Egwene. Usługiwała jej i dotykała ją Przeklęta. Ale wieści zniosła dobrze. Jak przystało na Amyrlin.
– Ale Anaiyę zabił mężczyzna – zauważyła Egwene. – Czymś się te morderstwa różniły?
– Nie. Anaiya nie została zabita przez mężczyznę, lecz przez kobietę posługującą się saidinem. Musiało tak być… to jedyne sensowne wyjaśnienie.
Egwene powoli pokiwała głową. W przypadku Czarnego wszystko było możliwe. Siuan uśmiechnęła się z zadowoleniem. Ta dziewczyna naprawdę uczy się, jak być Amyrlin. Światłości, ona jest Amyrlin!