Выбрать главу

Egwene zmarszczyła brwi. Jakby próbowała sobie wyobrazić, jakie też jasne strony może mieć osłabienie potencjału władania Jedyną Mocą. Pokręciła głową.

– Elayne wspominała mi raz, że jest w Wieży pomieszczenie pełne przedmiotów Mocy. Zakładam, że naprawdę istnieje?

– Oczywiście – zapewniła ją Siuan. – Magazyn w podziemiach. Znajduje się na drugim piętrze piwnic, od strony północno-wschodniej. Maleńki pokoik z prostymi drewnianymi drzwiami, których nie sposób jednak przegapić. Jako jedyne w korytarzu są zamknięte.

Egwene pokiwała głową do swoich myśli.

– Cóż, brutalną siłą nie pokonam Elaidy. A jednak miło wiedzieć, że mam coś takiego do dyspozycji. Czy chciałabyś mi jeszcze o czymś donieść?

– W tej chwili nie, Matko – rzekła Siuan.

– Wobec tego wracaj do siebie i zażyj trochę snu. – Egwene się zawahała. – Następnym razem spotkamy się za dwa dni. Tutaj, w refektarzu nowicjuszek, choć niewykluczone, że powinnyśmy się zacząć spotykać w mieście. Coraz mniej ufam temu miejscu. Skoro w naszym obozie znalazła się Przeklęta, gotowa jestem się założyć o gospodę mojego ojca, że do Wieży też któraś zagląda.

Siuan pokiwała głową.

– Słuszny wniosek. – Zamknęła oczy i w jednej chwili znalazła się, całkowicie przebudzona, w namiocie Bryne’a. Świeca już zgasła, słyszała cichy, miarowy oddech generała dobiegający z siennika po drugiej stronie namiotu. Usiadła, spojrzała w tamtą stronę, choć było zbyt ciemno, aby zobaczyć cokolwiek prócz cieni. Dziwne, ale po tych wszystkich rozmowach na temat Przeklętych i Asha’manów obecność silnego żołnierza stanowiła prawdziwą pociechę.

„Czy chciałabym ci jeszcze o czymś donieść, Egwene?” – pomyślała bezsensownie, wstając, żeby przebrać się za parawanem. Zdjęła suknię i włożyła koszulę nocną. „Chyba się zakochałam. Czy to jest dostatecznie godne uwagi?”. Dla niej wydawało się to czymś znacznie bardziej dziwnym niż oczyszczenie męskiej połowy Źródła ze skazy albo kobieta przenosząca saidina.

Kręcąc głową, wsunęła ter’angreal z powrotem pod poduszkę i skuliła się pod kocami.

Tym razem zrezygnuje z myszy, ale tylko tym razem.

9.

Wyjazd z Malden.

Podmuchy chłodnego wiosennego wiatru szczypały twarz. O tej porze roku bryza powinna nieść ze sobą wonie kwiatowych pyłków, świeżej porannej rosy, gleby rozpychanej przez kiełki rwące do światła, nowego życia i odrodzonej ziemi.

A niosła tylko zapach krwi i śmierci.

Perrin odwrócił się plecami do kolejnego podmuchu i przyklęknął, żeby obejrzeć koło. Wóz był masywnym wehikułem z orzechowego drewna pociemniałego od wieku. Wszelkie znaki wskazywały na to, że był dobrze konserwowany i stale naprawiany, lecz gdy w grę wchodził sprzęt z Malden, Perrin zdążył się już nauczyć ostrożności. Wprawdzie Shaido nie odnosili się do wozów i ciągnących je wołów z taką pogardą, z jaką traktowali konie pod wierzch, niemniej – jak wszyscy Aielowie – zazwyczaj podróżowali bez nadmiernego obciążenia. Wozy i furmanki zaniedbywali, skutkiem czego Perrin podczas swego przeglądu natknął się na niejedno uszkodzenie.

– Następny! – Krzyknął, sprawdziwszy stan osi.

Słowa skierowane były do grupki ludzi czekających na możliwość porozmawiania z nim.

– Mój panie – odezwał się ktoś. Głos był głęboki i skrzypiący, brzmiał, jakby ktoś drewnem pocierał drewno. Gerard Arganda, Pierwszy Kapitan Ghealdan. Głosowi towarzyszył zapach dobrze naoliwionej zbroi. – Muszę znowu wrócić do kwestii naszego wyjazdu. Proszę o pozwolenie towarzyszenia Jej Wysokości na czele kolumny. „Jej Wysokość”, o której wspominał, to była Alliandre, królowa Ghealdan. Perrin nic nie odpowiedział, dalej oglądał koło; wprawdzie nie znał się na kołodziejstwie tak dobrze jak na kowalstwie, ale jego ojciec zadbał, aby wszyscy jego synowie mieli rozeznanie w zasadniczych przyczynach awarii wozów. Lepiej się z góry zabezpieczyć, niż potem utknąć w pół drogi do miejsca przeznaczenia. Perrin przesunął palcami wzdłuż gładkiego, ciemnego drewna. Z przyjemnością przesunął palcami po rysunku słojów, ale tak naprawdę szukał maleńkich szczelin, sprawdzając dokładnie miejsca, w którym nacisk na koło był największy. Wszystkie cztery koła wydawały się w porządku.

– Mój panie? – dopominał się Arganda.

– Wszyscy pójdziemy razem – oznajmił Perrin. – Takie wydałem rozkazy, Argando. Nie pozwolę, żeby uchodźcy zaczęli podejrzewać, że chcemy ich porzucić.

Uchodźcy. Mieli w swojej pieczy prawie sto tysięcy ludzi. Sto tysięcy! Światłości, to więcej niż mieszkało w całych Dwu Rzekach. A Perrin musiał zadbać o wyżywienie każdego z nich. Wozy. Ludzie zazwyczaj nie rozumieli, ile znaczy dobry wóz. Położył się więc na plecach, chcąc sprawdzić oś na całej długości, i zastygł na chwilę, wpatrzony we fragment zachmurzonego nieba, częściowo przesłoniętego masywem pobliskich murów obronnych Malden.

Jak na daleką północ Altary, miasto było duże. Właściwie bardziej forteca niż miasto – najeżone basztami, otoczone onieśmielającymi murami. Do wczoraj tereny wokół stanowiły niepodzielną domenę Aielów Shaido, dziś po okupantach nie było śladu: wielu zginęło, pozostali uciekli, a ich jeńców wyzwoliły połączone siły Perrina i Seanchan.

Po Shaido został tylko zapach krwi wiszący w powietrzu i sto tysięcy uchodźców, którymi ktoś musiał się zająć. I choć Perrin czuł prawdziwą satysfakcję za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, że zwrócił wolność tylu ludziom, faktyczny cel, jaki sobie stawiał, wyzwalając Malden, był znacznie skromniejszy – chodziło wyłącznie o uratowanie Faile.

Zwiadowcy donieśli mu, że na jego pozycje maszeruje kolejny oddział Aielów, lecz wkrótce okazało się, że tamci najpierw spowolnili pochód, potem rozbili obóz, a w chwili obecnej trwali na zajętych pozycjach. Być może od uciekających z pola bitwy Shaido dowiedzieli się, że czeka na nich wielka armia, której sami nie potrafili stawić czoła, mimo iż dysponowali kobietami przenoszącymi Moc. Najwyraźniej nowa siła Aielów za plecami Perrina miała równie wielką ochotę na starcie co on sam.

Dzięki temu, że się zatrzymali, zyskał czas. Tę odrobinę czasu, której potrzebował.

Arganda wciąż mu się przyglądał. Miał na sobie polerowany napierśnik, pod pachą hełm z wąską szczeliną. Przysadzisty, o cokolwiek brutalnej twarzy, nie był jakimś tam fircykowatym oficerkiem, lecz człowiekiem z gminu, który pracowicie wspinał się po kolejnych szczeblach awansów. Walczył dobrze i skrupulatnie wypełniał rozkazy. Zazwyczaj.

– W tej sprawie nie ustąpię, Argando – oznajmił Perrin, przesuwając się na plecach po wilgotnej ziemi.

– Nie moglibyśmy skorzystać z bram? – spytał Arganda, klękając obok wozu, by zajrzeć pod spód, a jego krótko obcięte siwe włosy niemal musnęły glebę.

– Asha’mani są ledwie żywi ze zmęczenia – warknął Perrin. – Dobrze o tym wiesz.

– Rozumiem, że są zbyt zmęczeni, by otworzyć dużą bramę – upierał się Arganda – ale może starczy im sił, by wysłać naprawdę niewielki oddział. Moja pani jest umordowana niewolą! Nie potrafię uwierzyć, że chcesz ją skazać na mozolną włóczęgę!

– Uchodźcy też są zmęczeni – odparł Perrin. – Alliandre dostanie konia, ale pojedzie razem ze wszystkimi. Niech Światłość sprawi, aby stało się to jak najszybciej.

Arganda westchnął, ale nic już nie powiedział, tylko wstał i skinął głową. Perrin nadal badał palcami oś wozu. Potrafił na pierwszy rzut oka stwierdzić, czy drewno nie zaznało nadmiernych naprężeń, lecz wolał dotyk. Zmysł dotyku był bardziej godny zaufania. W miejscach, gdzie materiał osłabł, zawsze pojawiała się jakaś rysa lub wgłębienie po odłupanej drzazdze, można było wyczuć, że tam wkrótce dojdzie do pęknięcia. Na drewno zawsze można było liczyć – zawsze samo ujawniało swoją słabość.