Inaczej było z ludźmi. Wliczając w to jego samego. Zgrzytnął zębami. Nie lubił wracać do tej kwestii. Powinien pogrążyć się w pracy, robić coś, cokolwiek, byle tylko nie myśleć. Zresztą lubił pracę. A ostatnio jakoś nie miał zbyt wielu okazji, żeby jej zakosztować.
– Następny! – powiedział, a słowo głuchym echem zadudniło pod wozem.
– Powinniśmy zaatakować, mój panie! – odezwał się obok czyjś gromki głos.
Głowa Perrina ciężko spoczęła na zdeptanej trawie, odruchowo przymknął powieki. Bertain Gallenne, Lord Kapitan Skrzydlatej Gwardii, był w Mayene tym, kim Arganda w Ghealdan. Pominąwszy jednak analogiczność piastowanej pozycji, obu dowódców nic nie łączyło. Otworzywszy oczy, Perrin zobaczył wielkie, pięknie wykończone buciory Bertaina z klamrami odrobionymi w kształt jastrzębi.
– Mój panie – kontynuował Bertain. – Porządna szarża Skrzydlatej Gwardii rozproszy ten aielski motłoch, gwarantuję to. W końcu bez trudu poradziliśmy sobie z tymi Aielami w mieście!
– Wtedy mieliśmy u boku Seanchan – przypomniał mu Perrin, który skończył oględziny tylnej osi i pełzł teraz na przód wozu, żeby zająć się drugą. Specjalnie włożył do tej roboty stary poplamiony kaftan. Faile z pewnością nie puści mu tego płazem. Uważała, że powinien zawsze wyglądać jak lord. Ale czy naprawdę mogła oczekiwać, że włoży swoje najlepsze ubranie po to, aby tarzać się w nim godzinami po błotnistej trawie, oglądając wozy od spodu?
Przede wszystkim, Faile najpewniej zabroniłaby mu tarzania się po błotnistej trawie. Z dłonią na przedniej osi wozu Perrin zawahał się – przed oczyma stanęła mu jej twarz: kruczoczarne włosy, charakterystyczny saldaeański nos. Była całą jego miłością. Była dlań wszystkim.
Udało mu się – uratował ją. Więc skąd to niepokojące odczucie, że sprawy toczą się niemal tak samo źle, jak wcześniej? Powinien się cieszyć, szaleć z radości, czuć jedynie ulgę. Tak strasznie się zamartwiał przez cały ten czas, który spędziła w niewoli. A teraz, kiedy już była bezpieczna, wciąż nie potrafił się opędzić od wrażenia, że coś jest nie w porządku. Że jest jakoś nie tak. Nie potrafił tego bliżej wyjaśnić.
Światłości! Czy nic już nigdy nie będzie tak, jak być powinno? Odruchowo sięgnął dłonią do kieszeni, żeby musnąć palcami rzemyk, na którym codziennie zawiązywał supełki. Lecz natychmiast sobie przypomniał, że przecież go wyrzucił.
„Przestań!” – napomniał się w myślach. „Odzyskałeś ją. Możemy wrócić do naszego dawnego życia. Prawda?”.
– No cóż, mój panie – nie ustępował Bertain. – Zapewne brak Seanchan rzeczywiście nas osłabi. Z drugiej strony, tych Aielów jest znacznie mniej niż w armii, którą rozbiliśmy. Zresztą, jeśli to cię martwi, to po prostu poślij po tę generał Seanchan i każ jej wracać. Z pewnością nie będzie miała nic przeciwko temu, aby po raz drugi stanąć przy naszym boku!
Perrin oderwał się od swych rozmyślań i znów skupił na pracy. Jego głupie problemy były zupełnie nieważne, ważne było to, aby wozy wreszcie ruszyły w drogę. Stan przedniej osi nie budził niepokoju. Odwrócił się na brzuch i wypełzł spod wozu.
Bertain był średniego wzrostu, choć trzy pióra na szczycie hełmu sprawiały, że wydawał się wyższy. Wypolerowana zbroja lśniła. Jeden oczodół przysłaniała czerwona opaska – Perrin po dziś dzień nie dowiedział się, w jakich okolicznościach żołnierz stracił oko. W jedynym oku błyszczało podniecenie, jakby niewiadomym sposobem zinterpretował milczenie Perrina jako zgodę na atak.
Perrin wstał, otrzepał z ziemi proste brązowe spodnie.
– Odjeżdżamy – oznajmił, a potem uniósł dłoń, dając tamtemu do zrozumienia, że nie życzy sobie dalszej dyskusji. – Pokonaliśmy szczepy, ale najpierw otumaniliśmy ich Mądre widłokorzeniem, a po naszej stronie walczyły damane. Jesteśmy zmęczeni, poranieni, odzyskaliśmy Faile. Nie ma po co dalej walczyć. Wycofujemy się.
Bertain nie wyglądał na uszczęśliwionego, skinął jednak głową, odwrócił się i ruszył przez błotnisty plac ku oczekującym go kawalerzystom. Perrin potoczył spojrzeniem po niewielkiej grupce ludzi, którzy zgromadzili się przy wozie, żeby zamienić z nim choć kilka słów. Kiedyś, dawno temu, tego rodzaju obowiązki wywoływały u Perrina zniechęcenie. Nie potrafił pojąć, jaki jest sens dawania rad, których treść petenci zazwyczaj z góry już znali.
Potem zrozumiał, dlaczego muszą te słowa usłyszeć z jego ust, i zrozumiał, jakie to dla nich ważne. Poza tym miał nadzieję, że ich rzeczowe pytania pozwolą mu zapomnieć o dziwnym napięciu, które nie opuszczało go od chwili uratowania Faile.
Ruszył w stronę kolejnego wozu, jego niewielki orszak podążył w ślad za nim. Tabor liczył co najmniej pięćdziesiąt pojazdów. Te z przodu załadowane były po brzegi dobrami ze splądrowanego Malden, do następnych ustawiały się już kolejki tragarzy. Perrinowi zostały tylko dwa do sprawdzenia. Przed zachodem słońca chciał już być daleko stąd. Wtedy powinni być bezpieczni.
O ile ci nowi Shaido nie zdecydują się szukać pomsty w pościgu. Ślad rzeszy, którą Perrin miał pod swoją opieką, wypatrzyłby nawet ślepy.
Słońce powoli zmierzało w stronę horyzontu – jasna plamka przeświecająca przez powłokę chmur. Światłości, co za bałagan! Niełatwo było zarządzać uchodźcami i oddzielnymi obozami wojskowymi. A przecież odwrót to rzekomo najprostsza część sztuki wojennej!
Obóz Shaido stanowił prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy. Jego ludzie złożyli już i spakowali większość zdobytych namiotów. Pusty teren wokół miasta powoli zmieniał się w zasłane śmieciami grzęzawisko. Shaido zwyczajem Aielów woleli obozować pod murami miasta niż wewnątrz. To był dziwny lud, nikt tego nie kwestionował. Jaki normalny człowiek zrezygnowałby z wygodnego łóżka – nie wspominając już o dogodnej pozycji strategicznej – żeby spać w namiocie na ziemi?
Jednak wszyscy wiedzieli, że Aielowie nie lubili miast. Większość budynków Malden została albo spalona podczas pierwszego szturmu, albo później bezlitośnie złupiona. Wyłamane drzwi, rozbite okna, dobytek walający się na ulicach i deptany przez gai’shain biegających w tę i we w tę z koromysłami.
Po terenie zajmowanym niedawno przez obóz Shaido ludzie kręcili się niczym mrówki, ratując, co się da, i pakując na wozy; przez bramę miasta płynęła prawdziwa ludzka rzeka. Gdyby Perrin zdecydował się na Podróżowanie, musiałby porzucić wozy – Grady nie potrafił stworzyć bramy dostatecznie dużej, żeby któryś się w niej zmieścił – a trudno mu było sobie wyobrazić, jak daliby sobie bez nich radę. Poza tym były jeszcze woły w sporej liczbie; ktoś już się nimi zajmował, sprawdzając, czy są w stanie pociągnąć ładunek. Shaido rozpędzili sporą część koni, które zastali w mieście. Szkoda. Ale trzeba się zadowolić tym, co się ma pod ręką.
Perrin dotarł do kolejnego wozu, inspekcję zaczął od długiego dyszla, do którego miały być zaprzężone woły.
– Następny!
– Mój panie – odezwał się któryś skrzeczącym głosem. – Myślę, że to ja jestem następny.
Perrin zerknął przez ramię na właściciela głosu. To był Sebban Balwer, jego osobisty sekretarz. Mężczyzna miał skurczoną, pomarszczoną twarz i nieustannie się garbił, co nadawało mu wygląd przyczajonego padlinożernego ptaka. I choć kaftan i spodnie zawsze miał nieskazitelnie czyste, Perrin nie potrafił się pozbyć wrażenia, że przy każdym kroku sypią się zeń obłoczki kurzu. Pachniał pleśnią niczym stara księga.