– Balwer… – zaczął Perrin, a potem oblizał palce i przesunął nimi wzdłuż pasów uprzęży. – Sądziłem, że przesłuchujesz jeńców.
– Istotnie spędziłem z nimi jakiś czas – odrzekł Balwer. – Jednak w międzyczasie zaciekawiła mnie pewna kwestia. Dlaczego oddałeś w ręce Seanchan wszystkie potrafiące przenosić Moc kobiety Shaido?
Perrin zerknął na swego zmurszałego sekretarza. Te Mądre, które potrafiły przenosić, straciły przytomność pod wpływem widłokorzenia; po bitwie zostały przekazane Seanchanom, którzy mieli z nimi postąpić wedle woli. Decyzja ta nie przysporzyła Perrinowi popularności u sprzymierzonych z nim Aielów, ale nie mógł przecież wypuścić władających Mocą kobiet na wolność, nie ryzykując ich zemsty.
– Nie wyobrażam sobie, co miałbym z nimi zrobić.
– Cóż, mój panie, tego i owego się dowiedziałem – odparł Balwer. – Na przykład okazało się, że wielu Shaido bynajmniej nie akceptowało wszystkich poczynań klanu. Wśród ich Mądrych też były podziały. Poza tym doniesiono mi, że niektóre z nich wchodziły w konszachty z nadzwyczaj podejrzanymi indywiduami, oferującymi im przedmioty mocy z Wieku Legend. Kimkolwiek tamci byli, potrafili tworzyć bramy.
– Przeklęci – mruknął Perrin i wzruszył ramionami, przyklękając obok prawego przedniego koła. – Wątpię, abyśmy byli w stanie ustalić ich imiona. Najprawdopodobniej i tak skryli się pod powłoką iluzji.
Kątem oka dostrzegł, że Balwer zareagował na tę uwagę skrzywieniem ust.
– Nie zgadzasz się ze mną? – zapytał.
– Zgadzam się, mój panie – odparł szybko sekretarz. – Lecz to tylko utwierdza mnie w opinii, że „przedmioty”, jakie otrzymali Shaido, są czymś nadzwyczaj podejrzanym. Aielowie zostali oszukani, choć z jakich powodów, nie potrafię pojąć. Niemniej, gdybyśmy poświęcili jeszcze trochę czasu na przeszukanie miasta…
Światłości! Czy każdy w tym obozie będzie go zadręczał prośbami ó rzeczy niemożliwe? Położył się na ziemi, żeby sprawdzić stan wewnętrznej części piasty. Coś z nią było nie tak.
– Przecież wiemy nie od dziś, że wśród naszych wrogów są Przeklęci, Balwerze. Niewielkie są szanse, że powitają Randa z otwartymi ramionami i pozwolą mu się zapieczętować na powrót, czy co tam on ma z nimi zrobić…
Eksplozja kolorów i oblicze Randa pojawiło się przed oczyma jego duszy! Odepchnął od siebie tę wizję. Przychodziła za każdym razem, gdy pomyślał o Randzie czy o Mat’cie, a za nią kolejne obrazy.
– Tak czy siak – kontynuował Perrin – nie bardzo rozumiem, czego ode mnie chcesz. Zabieramy ze sobą gai’shain Shaido. Panny zdobyły należną im część. Możesz wszystkich przesłuchiwać do woli. Ale decyzja zapadła: odjeżdżamy.
– Tak, mój panie – zgodził się Balwer. – Po prostu żałuję, że wypuściliśmy z rąk te Mądre. Z mojego doświadczenia wynika, że spośród Aielów one potrafią się wykazać największym… zrozumieniem.
– Seanchanie je chcieli, więc je dostali. Nie ugiąłem się przed naleganiami Edarry, a poza tym, co się stało, to się nie odstanie. O co ci właściwie chodzi, Balwerze?
– Zastanawiam się, czy nie można by wysłać wiadomości z prośbą, aby po przebudzeniu Seanchanie zadali Mądrym kilka pytań. Chętnie… – Urwał, przygarbił się jeszcze bardziej, żeby móc spojrzeć Perrinowi w oczy. – Mój panie, ta sytuacja jest raczej niezbyt komfortowa. Czy inspekcji wozów nie można by zlecić komuś innemu?
– Wszyscy pozostali są albo zbyt zmęczeni, albo zajęci gdzie indziej – uciął Perrin. – Uchodźcy mają siedzieć w obozie i czekać w gotowości na rozkaz wymarszu, a nie pałętać się po okolicy. Większość żołnierzy jest w mieście, szukając jedzenia… będziemy potrzebowali każdej garści ziarna, którą uda im się znaleźć. Tak czy siak, połowa zapasów już teraz nadaje się tylko do wyrzucenia. Sam nie mogę się tym zajmować, ponieważ muszę być w miejscu, gdzie każdy może mnie znaleźć. – Zrozumiał już, że to konieczne, choć wciąż czuł się w tej sytuacji nieswojo.
– Tak, mój panie – potulnie odrzekł Balwer. – Ale z pewnością mógłbyś wymyślić takie miejsce, w którym rozmowa z tobą nie będzie oznaczała konieczności wczołgiwania się pod wóz.
– Jest to praca, podczas której mogę bez większych przeszkód rozmawiać z ludźmi – warknął Perrin. – Nie potrzebujesz moich rąk, tylko mojego ucha i języka. A język mówi ci: zapomnij o Aielach.
– Ale…
– Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić, Balwerze – stwierdził zdecydowanie Perrin, patrząc na swego rozmówcę przez szprychy koła. – Ruszamy na północ. Skończyłem już z Shaido. Jeśli o mnie chodzi, niech sczezną.
Wąskie usta Balwera znowu zacisnęły się w cienką kreskę, a w jego postawie dało się dostrzec irytację.
– Oczywiście, mój panie – powiedział, kłaniając się lekko, po czym odszedł.
Perrin tymczasem wydostał się spod wozu, wyprostował i skinął głową stojącej z boku młodej kobiecie w brudnej sukience oraz zniszczonych butach.
– Znajdź Lyncona – rozkazał. – Powiedz mu, żeby sprawdził piastę tego koła. Wydaje mi się, że podpiaście się zdarło i cholerstwo może w każdej chwili odpaść.
Młódka pokiwała skwapliwie głową i ruszyła biegiem. Lyncon był mistrzem ciesielskim, który miał pecha bawić z wizytą u rodziny w Malden akurat wtedy, gdy nastąpił atak Shaido. W niewoli bito go tak często, że został z niego cień człowieka. Być może to on powinien się zajmować inspekcją wozów, ale widok jego nawiedzonych oczu sprawił, że Perrin uznał, iż bezpieczniej będzie nie składać losów całego taboru w jego ręce. Niemniej, kiedy już mu się pokazało, na czym polega problem, całkiem zręcznie radził sobie z jego usunięciem.
Poza tym prawda była taka, że póki Perrin coś robił, miał wrażenie, że coś od niego zależy, że przyczynia się do wspólnego dobra. I nie musiał myśleć o innych sprawach. Wóz można było naprawić bez większych ceregieli. Z ludźmi było inaczej, zupełnie inaczej.
Odwrócił się, objął wzrokiem panoramę opustoszałego obozu, upstrzoną śladami ognisk i jaśniejszymi plamami porzuconych łachmanów. W oddali dojrzał zmierzającą ku miastu Faile. Wcześniej zebrała swoich ludzi i wysłała ich na zwiad w okolicy. Była uderzająco piękna. Jej piękno nie ograniczało się do twarzy i szczupłej figury, piękne było to, jak dowodziła ludźmi, jak zawsze wiedziała, co robić. Była mądra w taki sposób, o jakim Perrin mógł tylko marzyć.
Nie był głupi, po prostu lubił najpierw się zastanowić, zanim coś zrobi. Był jednak przekonany, że z ludźmi radzi sobie raczej kiepsko – o kobietach już nie wspominając – nie to co Mat czy Rand. Dopiero Faile pokazała mu, że wcale nie musi się tego uczyć, póki będzie w stanie nakłonić tę jedną, jedyną osobę, żeby go zrozumiała. Ją. Wierzył, że porozumienie z nią jakimś sposobem uwolni go od konieczności podejmowania karkołomnych rozmów ze wszystkimi pozostałymi.
Ostatnio wszakże jakoś nie potrafił znaleźć słów. Martwił się tym, co mogła przeżyć w niewoli, lecz nie wyobrażał sobie żadnych konkretnych rzeczy. Oczywiście to i owo zapewne rozeźliłoby go nie na żarty, ale przecież rozumiałby, że cokolwiek się stało, nie było jej winą. Żeby przeżyć, robi się to, co zrobić trzeba. Szanował w niej tę jej siłę.
„Światłości!” – pomyślał. „Znowu o tym myślę! Trzeba brać się do roboty”.
– Następny! – zawołał, pochylając się, żeby kontynuować inspekcję wozu.
– Gdybym miał wnioskować tylko z wyrazu twojej twarzy, chłopcze – oznajmił serdeczny głos – uznałbym, że przegraliśmy tę bitwę.