Выбрать главу

Perrin odwrócił się, zaskoczony. Nie zdawał sobie sprawy, że wśród oczekujących na rozmowę jest też Tam al’Thor. Tłumek zdążył się już porządnie przerzedzić, a sporą jego część stanowili gońcy i słudzy. Potężnie zbudowany, szczery pasterz stał dotąd z tyłu oparty na pałce i czekał na swoją kolej. Włosy na jego głowie już bez reszty pokryła siwizna. Perrin pamiętał czasy, gdy były jeszcze całkiem czarne. On sam był wtedy dopiero chłopcem, którego ręce nie znały młota ani żaru kuźni.

Jakby kierowane własną wolą palce Perrina pomknęły w dół, ku głowicy młota za pasem. Ostatecznie przedłożył młot nad topór. Decyzja okazała się właściwa, mimo iż w bitwie pod Malden w końcu stracił panowanie nad sobą i wpadł w bojowy szał. Może to go tak gryzło?

A może wspomnienie radości, którą przyniosło mu zabijanie?

– Czego ci potrzeba, Tamie? – zapytał.

– Przynoszę tylko raport, mój panie. Ludzie z Dwu Rzek czekają gotowi do wymarszu, każdy z nich poniesie na plecach po dwa namioty. Ze względu na widłokorzeń nie mogliśmy korzystać z miejskiej wody, więc posłałem kilku chłopców do akweduktu, żeby tam napełnili beczki. Przydałby się dla nich jakiś wóz.

– Załatwione – rzekł Perrin, uśmiechając się. W końcu ktoś, kto robi co trzeba, nie potrzebując uprzedniej aprobaty! – Powiedz ludziom z Dwu Rzek, że mam zamiar jak najszybciej odesłać ich do domu. Nastąpi to, kiedy Grady i Neald odpoczną na tyle, że będą mogli stworzyć bramę. Choć chwilę to może potrwać.

– Doceniamy twą troskę, mój panie – powiedział Tam. Należny mu tytuł w tych ustach wciąż brzmiał dziwnie. – Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności?

Perrin skinął głową, kątem oka dojrzawszy idącego ku wozom Lyncona – po chromym chodzie można było go poznać z daleka. Opuścili grupkę gońców oraz sług i wolnym krokiem ruszyli w stronę cienia zalegającego pod murami Malden. Podstawy masywnych bloków kamienia porastał mech – Perrinowi wydawało się dziwne, że mech miał barwę znacznie żywszą niż stratowana, pokryta błotem trawa pod ich stopami. Lecz tej wiosny nie zieleniło się nic prócz mchów.

– O co chodzi, Tamie? – zapytał Perrin, gdy znaleźli się dostatecznie daleko.

Tam potarł dłonią policzek, pod palcami zachrzęścił siwy zarost. Przez ostatnich kilka dni Perrin wykorzystywał swych ludzi bez litości, nie zostawiając im czasu nawet na golenie. Tam miał na sobie prosty kaftan z niebieskiej wełny, gruba materia zapewne świetnie chroniła przed zimnym górskim wiatrem.

– Chłopcy się zastanawiają, Perrinie – zaczął Tam, teraz, gdy zostali sami, przybierając mniej formalny ton. – Czy mówiłeś poważnie o rezygnacji z przywrócenia Manetheren?

– Tak – odpowiedział Perrin. – Od czasu, gdy wzniosłem ten sztandar, nie przyniósł mi nic prócz zgryzot. Niech się więc dowiedzą i Seanchanie, i wszyscy pozostali. Nie jestem żadnym królem.

– Masz królową, która złożyła ci przysięgę lenną.

Przez moment zastanawiał się nad słowami Tama, szukając najlepszej odpowiedzi. Ongiś z takiego zachowania ludzie wyciągali wniosek o jego umysłowej ociężałości. Teraz najwyraźniej sądzili, że częste chwile przedłużającego się namysłu świadczą o zręczności politycznej i bystrości umysłu. Jaką różnicę mogło stanowić kilka śmiesznych tytułów przed imieniem!

– Osobiście uważam, że postąpiłeś właściwie – oznajmił nieoczekiwanie Tam. – Sztandar Manetheren powiewający nad Dwoma Rzekami nie tylko antagonizuje Seanchan, lecz i nie ułatwia stosunków z królową Andoru. Wzniesienie sztandaru skłania do podejrzeń, że nie chodzi ci tylko o Dwie Rzeki, lecz być może dążysz do odzyskania terenów należących kiedyś do Manetheren.

Perrin pokręcił głową.

– Nie chodzi mi o żadne podboje, Tamie. Światłości! Nie mam zamiaru utrwalać władzy, którą w ludzkiej opinii sprawuję. Im szybciej Elayne odzyska tron i odda Dwie Rzeki właściwemu panu, tym lepiej. Będziemy mogli skończyć z całą tą sprawą „lorda Perrina” i wszystko dalej potoczy się normalnie.

– A królowa Alliandre? – zapytał Tam.

– Niech złoży przysięgę lenną Elayne – upierał się Perrin. – Albo bezpośrednio Randowi. Rand połyka jedno królestwo po drugim. Jak dziecko w zabawie w fanty.

Perrin czuł bijący od Tama zapach zakłopotania. Niepokoju. Odwrócił wzrok. Świat powinien być prostszy. Powinien.

– O co chodzi?

– Po prostu myślałem, że już ci przeszło – rzekł Tam.

– Od porwania Faile nic się nie zmieniło – Perrin nie dawał się przekonać. – Wilczy sztandar… Jakoś nie umiem znaleźć dlań miejsca w sercu. Czasami myślę, że czas już zdjąć go z masztu.

– Ludzie ciągną pod ten sztandar, Perrinie, chłopcze… – cicho stwierdził Tam. Zawsze zachowywał się powściągliwie, a mówił cicho, co zresztą skłaniało ludzi do uważniejszego wsłuchiwania się w jego słowa. Rzecz jasna, zazwyczaj mówił też z sensem. – Wziąłem cię na bok, ponieważ chciałem cię ostrzec. Jeżeli dasz chłopcom szansę powrotu do Dwu Rzek, niektórzy z niej skorzystają. Ale niewielu. Przeważają głosy tych, którzy przysięgają iść za tobą do Shayol Ghul. Wiedzą, że nadchodzi Ostatnia Bitwa… któż mógłby tego nie wiedzieć w obliczu tych wszystkich znaków? Nie pozwolą się odesłać. – Zawahał się. – I ja także. – Teraz znienacka zaczął pachnieć zdecydowaniem.

– Zobaczymy – rzekł Perrin, marszcząc czoło. – Zobaczymy.

Posłał Tama z pełnomocnictwem zarekwirowania jednego z wozów, na który trafią beczki z wodą. Żołnierze posłuchają. Tam był Pierwszym Kapitanem Perrina, mimo iż wciąż uważał, że to stawianie spraw na głowie. Perrin nie znał zbyt dokładnie przeszłości tamtego, wiedział jednak, że dawno temu Tam walczył w Wojnach z Aielami, a więc trzymał miecz w ręku, zanim jeszcze Perrin przyszedł na świat. A teraz musiał słuchać jego rozkazów.

Wszyscy słuchali. I najwyraźniej tego właśnie pragnęli! Niczego się nie nauczyli? Oparł się o mur. Nie chciał wracać do swych sług, wolał postać chwilę w cieniu.

Kiedy tak dumał, przyszło mu do głowy, że może tu tkwi źródło jego trosk. Z pewnością nie wszystkich, ale sporej ich części. I powrót Faile nic w tej kwestii nie zmienił, bo nie mógł.

Był złym przywódcą. Rzecz jasna, nigdy nie był ideałem suwerena, nawet gdy Faile stała przy nim. Ale pod jej nieobecność bardzo się zaniedbał. Za bardzo. Ignorował rozkazy docierające od Randa, ignorował wszystko, co nie przyczyniało się bezpośrednio do jej odzyskania.

Cóż jednak innego mógł zrobił mężczyzna? Przecież porwano jego żonę!

Uratował ją. Lecz tym samym spisał na straty wszystko pozostałe. Przez niego ginęli ludzie. Dobrzy ludzie. Ludzie, którzy obdarzyli go zaufaniem.

Stojąc tak w cieniu murów obronnych, wspomniał chwilę – ledwie wczoraj – kiedy przyjaciel padł od strzały Aielów; przyjaciel, którego serce wcześniej zatruł Masema. Aram był mu naprawdę bliski, a on odepchnął go, ponieważ myślał tylko o ratowaniu Faile. Aram zasłużył na lepszy los.

„Nie powinienem dopuścić, żeby Druciarz wziął do ręki miecz” – pomyślał, ale po chwili się zreflektował. To nie jest właściwy moment na zmaganie się z tymi problemami. Szkoda sił. Zbyt wiele zostało jeszcze do zrobienia. Oderwał plecy od muru i wrócił do taboru, aby przeprowadzić inspekcję ostatniego wagonu.

– Następny! – warknął, przystępując do dzieła.

Na front grupki wystąpiła Aravine Carnel. Amadicjanka zrzuciła już szaty gai’shain, zamiast nich miała na sobie prostą jasnozieloną suknię, niezbyt czystą, zapewne pochodzącą z któregoś domu w mieście. Była pulchną kobietą, niemniej jej twarz wciąż nosiła ślady wynędznienia spowodowanego niewolą. Otaczała ją aura zdecydowania. W trakcie minionego dnia okazała się całkiem sprawną organizatorką, Perrin podejrzewał, że to oznaka szlacheckiego pochodzenia. W otaczającej ją woni po prostu było coś takiego… może pewność siebie, może świadomość, że jej rozkazy zostaną wysłuchane. Dziwne, że cechy te nie doznały większego uszczerbku pod butem Aielów.