Minęły prawie dwa tygodnie od zwycięstwa Ituralde pod Darluną. Zwycięstwo to kosztowało go wiele. Być może zbyt wiele.
„Ach, Alsalam” – pomyślał. „Mam nadzieję, stary przyjacielu, że w końcu okaże się, iż było warto. Mam nadzieję, że to nie był tylko nagły poryw twego szaleństwa. Być może Rajabi jest głazem, lecz Seanchanie są niczym lawina, która właśnie wali się z hukiem na nasze głowy”.
– Co teraz? – spytał ponownie Rajabi.
– Czekamy – odparł Ituralde. Światłości, jakże nienawidził czekania. – Potem walczymy. Albo znowu manewrujemy i unikamy przeciwnika. Jeszcze nie zdecydowałem.
– Tarabonianie…
– Nie przybędą.
– Obiecali!
– Zaiste. – Ituralde udał się do nich wtedy osobiście, wygłosił żarliwe przemówienie, na koniec poprosił, żeby jeszcze jeden, ostatni raz ruszyli w pole u jego boku przeciwko Seanchanom. Wiwatowali, wznosili bojowe okrzyki, lecz w końcu nie poszły za tym żadne konkretne działania. Teraz było już jasne, że grają na zwłokę. W końcu ile razy namawiał ich na ten „ostatni raz”? Kilkanaście? A ponieważ doskonale zdawali sobie sprawę, ku czemu zmierza ta wojna, nie sądził, aby pokładane w nich nadzieje mogły się ziścić. O ile cała sprawa od początku nie była przegrana…
– Przeklęci tchórze – mruknął Rajabi. – A więc, niech sczezną w Światłości! Sami sobie poradzimy. Jak wcześniej.
Ituralde powoli, z namaszczeniem, wydmuchnął dym. W końcu uznał, że naszedł czas na resztkę tytoniu z Dwu Rzek. Ta fajka była ostatnią, odkładał ją od miesięcy. Znakomita woń. Najlepsza ze wszystkich.
Znowu zajął się mapami leżącymi na stole, podniósł do oczu najmniejszą z nich. Przydałyby się lepsze mapy, nie miał co do tego wątpliwości.
– Nowy generał Seanchan – powiedział – ma pod swymi rozkazami ponad trzysta tysięcy ludzi i co najmniej dwie setki damane.
– Pobiliśmy wcześniej większe siły. Kto dowodził pod Darluną? Starłeś ich na proch, Rodelu!
Tamten triumf wymagał zaangażowania całego talentu, zręczności i szczęścia, jakimi Ituralde dysponował. I mimo to stracił ponad połowę ludzi. A teraz kulejąc, uciekał przed następną nieprzyjacielską armią, jeszcze silniejszą od tamtej.
Tym razem Seanchanie unikną popełnionych wcześniej błędów. I z pewnością nie będą polegać wyłącznie na rakenach. Żołnierze Ituralde schwytali już kilku zwiadowców, co oznaczało, że kilkukrotnie większa ich liczba dotarła z raportami do swych dowódców. Tym razem Seanchanie będą znali prawdziwy rozmiar sił Ituralde i zajmowane przez niego pozycje.
Oczywiście zmienili też strategię – nie dawali się już szarpać w wojnie podjazdowej, lecz napierali bez litości, zręcznie unikając wszelkich pułapek, jakie na nich zastawiał. Ituralde pierwotnie planował ciągły odwrót w głąb terytorium Arad Doman, który miał mu zapewnić lepszą pozycję i rozciągnięcie linii zaopatrzeniowych nieprzyjaciela. Uznał, że w ten sposób zyska cztery do pięciu miesięcy. Okazało się jednak, że plany te spełzły na niczym – układając je, nie miał pojęcia o obecności całej przeklętej armii Aielów w Arad Doman. Jeżeli wierzyć raportom zwiadu – a raporty dotyczące Aielów często były bardzo przesadzone, więc z tą wiarą mogło być różnie – północne terytoria, wraz z samym Bandar Eban, były okupowane przez sto tysięcy dzikich wojowników.
Sto tysięcy Aielów było warte tyle, co dwieście tysięcy żołnierzy Domani. A może i więcej. Ituralde jak dziś pamiętał bitwę sprzed dwudziestu lat nazwaną Krwawym Śniegiem, kiedy na jednego poległego Aiela on stracił dziesięciu żołnierzy.
Wychodziło na to, że znalazł się w pułapce niczym orzech między dwoma kamieniami. Najlepsze, co mu przyszło do głowy, to odwrót do miejsca, gdzie obecnie się znajdował – opuszczonego stedding. Pozycja ta zapewniała mu pewną przewagę w starciu z Seanchanami. Niewielką. Ponieważ Seanchanie i tak dysponowali przewagą liczebną sześciu na jednego, a nawet najbardziej niedoświadczony generał rozumiał, że walka przy takiej dysproporcji sił oznacza samobójstwo.
– Miałeś kiedykolwiek okazję widzieć sztukmistrza, Rajabi? – zapytał Ituralde, nie odrywając oczu od mapy.
Kątem oka dostrzegł, jak czoło potężnego niby byk mężczyzny pokryły zmarszczki konsternacji.
– Widziałem raz barda, który…
– Nie, nie chodzi o jakiegoś tam barda. Pytam o sztukmistrza.
Rajabi pokręcił głową.
Ituralde przez czas jakiś pykał w milczeniu, wreszcie zaczął opowiadać:
– Ja raz widziałem. Sztukmistrz był nadwornym minstrelem w Caemlyn. Nadzwyczaj żwawy człowiek, choć o dowcipie i ubiorze pasującym raczej do sali wspólnej gospody niż na królewski dwór. Minstrele rzadko żonglują, ale ten nie miał nic przeciwko. Żonglował, żeby zabawić młodą Dziedziczkę Tronu, więc jak sądzę…
Wyjął fajkę z ust, ubił żar w główce.
– Rodelu – przerwał Rajabi. – Seanchanie…
Ituralde uniósł w górę wskazujący palec, włożył cybuch do ust i ciągnął dalej:
– Minstrel zaczął od żonglowania trzema kulami. Potem zapytał, czy sądzimy, że poradzi sobie z jeszcze jedną. Zareagowaliśmy aplauzem. Więc zaczął żonglować czterema, potem pięcioma, potem sześcioma. Z każdą kolejną kulą nasze okrzyki były coraz bardziej entuzjastyczne, a on powtarzał swoje pytanie. Oczywiście odpowiadaliśmy wszyscy: tak! Siedem, osiem, dziewięć. Wkrótce w powietrzu krążyło dziesięć kul, kreśląc trajektorie tak skomplikowane, że nie potrafiłem śledzić wszystkich równocześnie. W tym momencie minstrel musiał się już bardzo starać, od czasu do czasu pochylał się, łapiąc niesforną kulę tuż nad ziemią. Był zbyt skoncentrowany, żeby zapytać nas, czy chcemy kolejnej, ale tłum sam się tego domagał. Jedenaście! Spróbuj jedenastu! I w końcu jego asystent rzucił kolejną kulę w gęstwę krążącą nad jego głową.
Ituralde pyknął.
– Upuścił? – zapytał Rajabi.
Rodel pokręcił głową.
– Okazało się, że ta ostatnia „kula” nie była żadną kulą. To była jakaś sztuczka Iluminatorów, doleciała do barda i wybuchła w niespodzianym rozbłysku światła i dymu. Nim widzowie odzyskali wzrok, barda już nie było, a na posadzce leżał rząd dziesięciu kul. Kiedy rozejrzałem się dookoła, zobaczyłem go siedzącego za stołem w towarzystwie pozostałych biesiadników. Pił wino i flirtował z żoną lorda Fimmdala.
Biedny Rajabi wyglądał na kompletnie skołowanego. Lubił jasne i proste odpowiedzi. Zresztą z Ituraldem było tak samo i dopiero te dni – nienaturalnie zaciągnięte chmurami niebo, wszechobecne złe przeczucia – wprawiły go w filozoficzny nastrój.
Wyciągnął rękę i wziął ze stołu pomarszczoną, wielokrotnie złożoną kartkę papieru, na której wcześniej spoczywał kapciuch. Podał ją Rajabiemu.
– „Uderz całą siłą na Seanchan” – przeczytał na głos tamten. – „Odepchnij ich, pognaj ku ich statkom, a potem na drugi brzeg przeklętego oceanu. Liczę na ciebie, stary przyjacielu. Król Alsalam”. – Rajabi uniósł wzrok znad listu. – Wiem, jak brzmiały jego rozkazy, Rodelu. Nie walczę tu przez wzgląd na niego. Przyłączyłem się do ciebie.
– Tak, lecz ja walczę, ponieważ takie były jego rozkazy – wyjaśnił Ituralde. Był człowiekiem króla, zawsze nim był. Teraz wstał, wystukał żar z fajki, a potem rozgniótł go obcasem buta. Odłożył fajkę na stół, odebrał list z ręki Rajabiego i ruszył do wyjścia.
Musiał podjąć decyzję. Zostać i walczyć czy zarządzić odwrót na gorsze z całą pewnością pozycje, odwrót, który jednak pozwoli znów zyskać na czasie?